środa, 12 października 2016

452

Dwanaście tysięcy mil. Tylko z dokładnością do jednej mili miał do przebycia, by w sobotni poranek, a sobota w tamtych stronach nietypowo wypadała po piątku, napić się kawy w towarzystwie dwójki ulubionych ludzi. Z przybraną siostrą i wyimaginowanym bratem. Wychowywali się razem, w jednym dużym, drewnianym domu z werandą, który stał na tyłach miasteczka, pełniąc tam ariergardę przez sto dwadzieścia osiem lat. Dom, oprócz werandy, miał też nietypowe okiennice, które nie zostały przymocowane po bokach okien, jak Bóg przykazał, tylko u góry i dołu. Wyglądały jak powieki. Dom zamykał oczy na noc i w deszczowe dni. 
Picie kawy w sobotę, po otwarciu powiek - domu i ludzi - na okalającej werandzie należało do największych przyjemności, jakie można było sobie wyobrazić w tamtych stronach. Kawa była właściwie zwykła, kupiona dwie ulice dalej, w małym sklepie wtłoczonym między szeregówki – jak nie pasująca plomba, która na początku koliduje w zgryzie, ale jak się potem okazuje, spełnia swoją rolę nie do przecenienia. Do kawy wlewano mleka kupionego w mlekomacie przy parku, w którym, przepełniony nocą pęcherz, wypróżniał pół rasowy szpic. A słodzono w trójnasób: cukrem, miodem i melasą. Nie mogło nigdy zabraknąć żadnej z trzech słodyczy! Bez tego sobotnia kawa nie była sobotnią kawą i nie warto było przemierzyć dwunastu tysięcy mil. A on je przebył, dokładnie połowę i jeszcze czterysta pięćdziesiąt dwie. Właśnie w tej chwili podróżował drezyną przez prerię.
Nadciągała noc. Miała być chłodniejsza od poprzednich i bał się o swoje wątłe zdrowie. Od urodzenia był taki – cherlawy, jak mówiła jego matka. Takie… pięć minut. Badyl na wietrze. Mizerota, byleco. Skóra cienka jak papier, pod spodem wiązki niebieskich żył i żyłeczek, przez co wyglądał jeszcze bardziej niezdrowo. W wietrzną pogodę matka wkładała mu kamienie do kieszeni lub ołowiane ciężarki, by go pierwszy lepszy podmuch nie zabrał do sąsiedniej wsi. Albo i dalej? A potem szukaj wiatru w polu i tej chudziny!
Drezyna zatrzymała się z obolałym stęknięciem. Nie była to już dama pierwszej młodości, nawykła raczej do krótkodystansowych przejażdżek, niż do maratonów tego rodzaju. Zszedł z jej drewnianego pokładu, a pod butami zachrzęściły żwirowe kamyczki. Rozejrzał się powoli. Chłód. Bezkres. To mój dzisiejszy dom, moja sypialnia. Jeszcze tylko drugie tyle i stanę na werandzie, a nozdrza wyczują znajomy… Myśl przerwał świdrujący ucho dzwonek telefonu. Cholerna komórka. A mógł zastawić ją w domu. Odebrał. Przybrana siostra z rozpaczą w głosie informowała o śmierci wyimaginowanego brata. Do tego spłonął drewniany dom z werandą i okiennicami. I sobotniej kawy też nie będzie, bo zepsuł się młynek, a i melasy już od ponad miesiąca w rodzinnych stronach nie uświadczysz. Więc, chyba wiesz, rozumiesz, w tych okolicznościach… nie ma co. Jasne…

Wsiadł do drezyny i odjechał. Z powrotem miał tylko połowę z dwunastu tysięcy mil do przebycia. I jeszcze czterysta pięćdziesiąt dwie.