piątek, 15 stycznia 2016

POCZĄTEK

To jak uciekanie tyłem. Żeby nie spuścić z oka tego, co niebezpieczne. Powolny ruch, który jedynie na moment odsuwa cię od nieuchronnego biegu wydarzeń. Taki bieg, taki strach, takie naoczne rejestrowanie faktów skończy się prędzej lub później, a przecież do pewnego momentu każdy z nas myśli, że to się nie skończy wcale. Że może inni, może tamci, albo po prostu ktoś, kogo się nie zna. Oni tak, ja nie. Nigdy.
Kiedy byłam dzieckiem czasami przed zaśnięciem wyobrażałam sobie, że umarłam. I że jest pogrzeb, że przyszli różni ludzie. I że im szkoda, i że wszyscy tacy wzruszeni, jak nigdy. Żal im było, bardzo żal. Nie wyobrażałam sobie żadnych szczegółów, tylko ten ich żal był dla mnie istotny, bo znaczył on, że odczuwali stratę, jakąś pustkę, którą niełatwo będzie im zapełnić. I czułam się wtedy szczęśliwa. Miałam łóżko, bodajże po stryjku, który umarł tragicznie; to łóżku wciśnięte w narożnik, gdzie spotkały się ściany pokoju, by trwać tak w trójkącie związku postawionego do kąta. Moje najwcześniejsze wspomnienie mówi mi, że ściany były zielone, potem białe, a potem przemalowałam je na bordowo. Przemalowałam je razem z sufitem i miałam wrażenie, że mieszkam w wielkim buraku. Ale fantazje o własnym pogrzebie snułam jednak wśród tych zielonych ścian. Zasypiałam po nich z dziwnym spokojem i ulgą. W dzień starałam się zasłużyć usilnie na żal przyszłych żałobników, lecz z reguły były to próby kompletnie nieudane.

- Zejdź mi z drogi.
- Nie.
- Zejdz mi z drogi!
- Nie.
- Powiedziałem – zejdź mi z drogi, dziwko!
I tyle? – sapnęłam. – Na tyle cię stać? Dziwko? Na tyle stać pisarza, którego czytają, kupują i zapraszają do telewizji? – zaraz za tym retorycznym znakiem zapytania zaczęłam się śmiać. Zupełnie nie złośliwie, po prostu ta sytuacja była zabawna. Ale Brutus kipiał ze złości.
- Pożałujesz – rzucił mi nienawistnie i uderzył mnie tak mocno, że się przewróciłam. Musiałam uderzyć głową o stół, bo w jednej chwili zrobiło się ciemno, jak w windzie, gdy znika zasilanie. Przeleżałam na tej podłodze dobrych parę godzin, zanim znalazł mnie brat. Zadawał mi pytania, seriami; krzyczał na mnie, że znowu to samo, że to się musi wreszcie skończyć; ja tymczasem głowę trzymałam metr po taflą wielkiego jeziora, słysząc tylko napastliwy bulgot jakiś niezrozumiałych słów. Nie wiedziałam, że jest taki biegły w starożytnym języku Etrusków.
- Odejdź, zostaw mnie samą, proszę. – czułam się jak na karuzeli, wychyliłam głowę nad powierzchnię gęstej wody tylko na moment, żeby go uciszyć. Zrobiło mi się niedobrze. Śniadanie chciało opuścić moje trzewia w trybie awaryjnym.
- A co, jeśli on cię kiedyś zabije? – popatrzył na mnie z nieudawaną troską.
- Urządzicie mi ładny, ale skromny pogrzeb. – uśmiechnęłam się i poszłam do łazienki opatrzyć rozbitą głowę. Oraz się wyrzygać. Kanapeczki – możecie wychodzić, kochane! 

Brutus wrócił wieczorem. Minę miał jak zwykle trudną do opisania. Ni to żal, że znowu poszło mu ze mną tak łatwo, ni to duma z kolejnej wygranej walki w trwającym już od tylu lat meczu „damski bokser kontra chuda żona“. Że też nie nudzi mu się to ciągłe wygrywanie przez nokaut. Zapytał mnie, co będzie dalej. Popatrzyłam na niego, jak na ludożercę, który każe mi wybrać panierkę dla siebie.
- Nie wiem, nic nie wiem. Po prostu, kurwa nie wiem, co dalej i jak! Czy skręcić w lewo, czy w prawo na tym skrzyżowaniu. Czy iść dalej prosto. Nie wiem i nie będę wiedzieć w najbliższym czasie, więc jeśli tak bardzo wkurza cię, że stoję ciągle w tym samym, cholernym miejscu, chociaż wcale nie chcę stać, to jest twój pierdolony problem! Rozumiesz?! Niczyj inny, tylko twój. Bo ja nie wiem! Nie dostałam pieprzonej instrukcji obsługi, jak mnie wyciągnęli z krocza mojej matki, nie powiedzieli, jak to wszystko przejść bez szwanku, a może nawet i ze szwankiem, z wielką raną na plecach i urwaną nogą. Wszystko jedno! Ale nic takiego mi nie powiedzieli. Więc nie wiem. Już? Dotarło? Dasz mi wreszcie jebany,  święty spokój?
- Dam. – trzy litery. Tylko na tyle było go stać w tamtej chwili po tym moim całym monologu, podczas którego oplułam się chyba z siedem razy i rzuciłam szklanką do zlewu. Szkło rozprysło się wszędzie; eksplozja supernowej kobiecego gniewu. Potem, gdy wyciągałam rozbite szkło skaleczyłam się w obie dłonie. Specjalnie. Żeby zobaczyć, jak wypływa ze mnie krew. Żeby się przekonać, że jeszcze żyję. Że to jest wszystko naprawdę, że jeszcze mam czas, żeby to jakoś wszystko poukładać. Żeby nie mówić ciągle „nie wiem“. Żeby się wreszcie dowiedzieć. 
- Daj mi te plasty, przyklęję ci. – wszedł do kuchni, nawet nie wiem kiedy.
- Nie trzeba.
- Nie zachowuj się jak dziecko.
- Dlaczego?
- Dobra, to do niczego nie prowadzi. Wyjeżdżam. Muszę od ciebie odpocząć. Postaraj się w tym czasie nie zabić.
- W życiu. Nie dam ci tej satysfakcji, pojebie.
Machnął tylko ręką na to wszystko i wyszedł. Nie widziałam go trzy miesiące. Czy tęskniłam? Nie wiem.


Tamtego wieczoru przemalowałam ściany sypialni na zielono i wepchnęłam w kąt swoje łóżko. Ale nie po ty, by odwiedzać w wyobraźni swój pogrzeb, lecz by myśleć o swych ponownych narodzinach. Tu i teraz.

3 komentarze: