wtorek, 15 listopada 2016

PALEC

W pokoju jest zimno i ciemno, a w rogach odłażą tapety. Liczę palce u rąk i u stóp. Jednego mi brakuje. Kiedy mnie opuścił? Dokąd poszedł? Czy jeszcze gdzieś się odnajdzie?
W nocy mróz namalował mi rysunek na szybie. Jest droga wśród pól, właściwie miedza. Po obu jej stronach rachityczne drzewka. Liche, bez liści, oszronione. Na jednym siedzi kawka, na drugim wisi zgniłe jabłko. Trochę dalej pies stoi i patrzy. W zębach trzyma mój palec.
Na biurku wystygła herbata. Zrobił się na niej herbaciany kożuch. Zostaje na ściance kubka, kiedy robię łyk. Potem drugi i trzeci. Oglądam w komputerze serial. Morderca odcina komuś palec. Ciekawe… bo to mój.
I znowu dzwoni telefon. Znowu włącza się jakiś automat, gdy odbieram. Żebym czekałam, bo będzie rozmowa. Z kim? Po co? O czym? Nie chcę czekać, nie będę. Nie mam czasu czekać na nikogo.
Muszę wyjść na dwór, żeby się trochę przewietrzyć. Schody skrzypią z każdym krokiem, reumatyzm je męczy. Ileż to nóg je zdeptało? Czy ktoś policzy te wszystkie kroki?
Przed domem cisza. Ciemno. Para leci z ust, gdy oddycham. Para leci też z nosa. Idzie jakaś kobieta, ma plecak. Pyta mnie o drogę. Chcę jej pokazać, ale przecież nie tym palcem, którego nie mam. Wskazuję kiwnięciem głowy. Tam.
Idę zobaczyć do sadu. Drzewa, zbutwiałe liście i taki zapach, który czuć tylko jesienią, gdy ziemi i roślinom się już nie chce. Nie mają się po co wysilać. Wtedy oddychają wolnością i ona właśnie tak pachnie. Rozkładem obowiązków i powinności. Myślę, gdzie ten palec. Czy ja go jeszcze zobaczę? Lubiłam go, chociaż sama nie wiem czemu. Może dlatego, że był mój? I nikomu, naprawdę nikomu nie będzie tak pasował jak mnie.

Palcu. Wróć. Jeśli to czytasz, jeśli mnie lubisz i jeśli ci mnie brakuje.

środa, 12 października 2016

452

Dwanaście tysięcy mil. Tylko z dokładnością do jednej mili miał do przebycia, by w sobotni poranek, a sobota w tamtych stronach nietypowo wypadała po piątku, napić się kawy w towarzystwie dwójki ulubionych ludzi. Z przybraną siostrą i wyimaginowanym bratem. Wychowywali się razem, w jednym dużym, drewnianym domu z werandą, który stał na tyłach miasteczka, pełniąc tam ariergardę przez sto dwadzieścia osiem lat. Dom, oprócz werandy, miał też nietypowe okiennice, które nie zostały przymocowane po bokach okien, jak Bóg przykazał, tylko u góry i dołu. Wyglądały jak powieki. Dom zamykał oczy na noc i w deszczowe dni. 
Picie kawy w sobotę, po otwarciu powiek - domu i ludzi - na okalającej werandzie należało do największych przyjemności, jakie można było sobie wyobrazić w tamtych stronach. Kawa była właściwie zwykła, kupiona dwie ulice dalej, w małym sklepie wtłoczonym między szeregówki – jak nie pasująca plomba, która na początku koliduje w zgryzie, ale jak się potem okazuje, spełnia swoją rolę nie do przecenienia. Do kawy wlewano mleka kupionego w mlekomacie przy parku, w którym, przepełniony nocą pęcherz, wypróżniał pół rasowy szpic. A słodzono w trójnasób: cukrem, miodem i melasą. Nie mogło nigdy zabraknąć żadnej z trzech słodyczy! Bez tego sobotnia kawa nie była sobotnią kawą i nie warto było przemierzyć dwunastu tysięcy mil. A on je przebył, dokładnie połowę i jeszcze czterysta pięćdziesiąt dwie. Właśnie w tej chwili podróżował drezyną przez prerię.
Nadciągała noc. Miała być chłodniejsza od poprzednich i bał się o swoje wątłe zdrowie. Od urodzenia był taki – cherlawy, jak mówiła jego matka. Takie… pięć minut. Badyl na wietrze. Mizerota, byleco. Skóra cienka jak papier, pod spodem wiązki niebieskich żył i żyłeczek, przez co wyglądał jeszcze bardziej niezdrowo. W wietrzną pogodę matka wkładała mu kamienie do kieszeni lub ołowiane ciężarki, by go pierwszy lepszy podmuch nie zabrał do sąsiedniej wsi. Albo i dalej? A potem szukaj wiatru w polu i tej chudziny!
Drezyna zatrzymała się z obolałym stęknięciem. Nie była to już dama pierwszej młodości, nawykła raczej do krótkodystansowych przejażdżek, niż do maratonów tego rodzaju. Zszedł z jej drewnianego pokładu, a pod butami zachrzęściły żwirowe kamyczki. Rozejrzał się powoli. Chłód. Bezkres. To mój dzisiejszy dom, moja sypialnia. Jeszcze tylko drugie tyle i stanę na werandzie, a nozdrza wyczują znajomy… Myśl przerwał świdrujący ucho dzwonek telefonu. Cholerna komórka. A mógł zastawić ją w domu. Odebrał. Przybrana siostra z rozpaczą w głosie informowała o śmierci wyimaginowanego brata. Do tego spłonął drewniany dom z werandą i okiennicami. I sobotniej kawy też nie będzie, bo zepsuł się młynek, a i melasy już od ponad miesiąca w rodzinnych stronach nie uświadczysz. Więc, chyba wiesz, rozumiesz, w tych okolicznościach… nie ma co. Jasne…

Wsiadł do drezyny i odjechał. Z powrotem miał tylko połowę z dwunastu tysięcy mil do przebycia. I jeszcze czterysta pięćdziesiąt dwie.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

NIEWYDARZONE

Najkrótsze opowiadanie świata
byłoby o mnie i o tobie
i o tym, czego nie przeżyliśmy,
bo nie było czasu, odwagi, pieniędzy i chęci
do tego wszystkiego,
co być mogło, ale nie zaistniało.
W tej mniej więcej rzeczywistości,
która nas nie poraniła
i nie wybruździła żadnej zmarszczki żalu na naszych twarzach.
Zazdrość nie obgryzła mi paznokci,
a włosy nie osiwiały od trosk,
których nie chciałeś mi dostarczyć.

Wszystko przeszło obok, jak letnia, wyczekiwana burza, która zwichrzyła pole sąsiada i połamała drzewa w lesie
o sto kilometrów dalej.
Cóż, piszę o tym bez żalu, bo nie ma jak żałować tego wszystkiego, co się nie wydarzyło.

Nawet w wyobraźni.


Mam ochotę na kawę. Zrobisz mi? Z mlekiem? Nalewanym prosto z garnka?

piątek, 15 stycznia 2016

POCZĄTEK

To jak uciekanie tyłem. Żeby nie spuścić z oka tego, co niebezpieczne. Powolny ruch, który jedynie na moment odsuwa cię od nieuchronnego biegu wydarzeń. Taki bieg, taki strach, takie naoczne rejestrowanie faktów skończy się prędzej lub później, a przecież do pewnego momentu każdy z nas myśli, że to się nie skończy wcale. Że może inni, może tamci, albo po prostu ktoś, kogo się nie zna. Oni tak, ja nie. Nigdy.
Kiedy byłam dzieckiem czasami przed zaśnięciem wyobrażałam sobie, że umarłam. I że jest pogrzeb, że przyszli różni ludzie. I że im szkoda, i że wszyscy tacy wzruszeni, jak nigdy. Żal im było, bardzo żal. Nie wyobrażałam sobie żadnych szczegółów, tylko ten ich żal był dla mnie istotny, bo znaczył on, że odczuwali stratę, jakąś pustkę, którą niełatwo będzie im zapełnić. I czułam się wtedy szczęśliwa. Miałam łóżko, bodajże po stryjku, który umarł tragicznie; to łóżku wciśnięte w narożnik, gdzie spotkały się ściany pokoju, by trwać tak w trójkącie związku postawionego do kąta. Moje najwcześniejsze wspomnienie mówi mi, że ściany były zielone, potem białe, a potem przemalowałam je na bordowo. Przemalowałam je razem z sufitem i miałam wrażenie, że mieszkam w wielkim buraku. Ale fantazje o własnym pogrzebie snułam jednak wśród tych zielonych ścian. Zasypiałam po nich z dziwnym spokojem i ulgą. W dzień starałam się zasłużyć usilnie na żal przyszłych żałobników, lecz z reguły były to próby kompletnie nieudane.

- Zejdź mi z drogi.
- Nie.
- Zejdz mi z drogi!
- Nie.
- Powiedziałem – zejdź mi z drogi, dziwko!
I tyle? – sapnęłam. – Na tyle cię stać? Dziwko? Na tyle stać pisarza, którego czytają, kupują i zapraszają do telewizji? – zaraz za tym retorycznym znakiem zapytania zaczęłam się śmiać. Zupełnie nie złośliwie, po prostu ta sytuacja była zabawna. Ale Brutus kipiał ze złości.
- Pożałujesz – rzucił mi nienawistnie i uderzył mnie tak mocno, że się przewróciłam. Musiałam uderzyć głową o stół, bo w jednej chwili zrobiło się ciemno, jak w windzie, gdy znika zasilanie. Przeleżałam na tej podłodze dobrych parę godzin, zanim znalazł mnie brat. Zadawał mi pytania, seriami; krzyczał na mnie, że znowu to samo, że to się musi wreszcie skończyć; ja tymczasem głowę trzymałam metr po taflą wielkiego jeziora, słysząc tylko napastliwy bulgot jakiś niezrozumiałych słów. Nie wiedziałam, że jest taki biegły w starożytnym języku Etrusków.
- Odejdź, zostaw mnie samą, proszę. – czułam się jak na karuzeli, wychyliłam głowę nad powierzchnię gęstej wody tylko na moment, żeby go uciszyć. Zrobiło mi się niedobrze. Śniadanie chciało opuścić moje trzewia w trybie awaryjnym.
- A co, jeśli on cię kiedyś zabije? – popatrzył na mnie z nieudawaną troską.
- Urządzicie mi ładny, ale skromny pogrzeb. – uśmiechnęłam się i poszłam do łazienki opatrzyć rozbitą głowę. Oraz się wyrzygać. Kanapeczki – możecie wychodzić, kochane! 

Brutus wrócił wieczorem. Minę miał jak zwykle trudną do opisania. Ni to żal, że znowu poszło mu ze mną tak łatwo, ni to duma z kolejnej wygranej walki w trwającym już od tylu lat meczu „damski bokser kontra chuda żona“. Że też nie nudzi mu się to ciągłe wygrywanie przez nokaut. Zapytał mnie, co będzie dalej. Popatrzyłam na niego, jak na ludożercę, który każe mi wybrać panierkę dla siebie.
- Nie wiem, nic nie wiem. Po prostu, kurwa nie wiem, co dalej i jak! Czy skręcić w lewo, czy w prawo na tym skrzyżowaniu. Czy iść dalej prosto. Nie wiem i nie będę wiedzieć w najbliższym czasie, więc jeśli tak bardzo wkurza cię, że stoję ciągle w tym samym, cholernym miejscu, chociaż wcale nie chcę stać, to jest twój pierdolony problem! Rozumiesz?! Niczyj inny, tylko twój. Bo ja nie wiem! Nie dostałam pieprzonej instrukcji obsługi, jak mnie wyciągnęli z krocza mojej matki, nie powiedzieli, jak to wszystko przejść bez szwanku, a może nawet i ze szwankiem, z wielką raną na plecach i urwaną nogą. Wszystko jedno! Ale nic takiego mi nie powiedzieli. Więc nie wiem. Już? Dotarło? Dasz mi wreszcie jebany,  święty spokój?
- Dam. – trzy litery. Tylko na tyle było go stać w tamtej chwili po tym moim całym monologu, podczas którego oplułam się chyba z siedem razy i rzuciłam szklanką do zlewu. Szkło rozprysło się wszędzie; eksplozja supernowej kobiecego gniewu. Potem, gdy wyciągałam rozbite szkło skaleczyłam się w obie dłonie. Specjalnie. Żeby zobaczyć, jak wypływa ze mnie krew. Żeby się przekonać, że jeszcze żyję. Że to jest wszystko naprawdę, że jeszcze mam czas, żeby to jakoś wszystko poukładać. Żeby nie mówić ciągle „nie wiem“. Żeby się wreszcie dowiedzieć. 
- Daj mi te plasty, przyklęję ci. – wszedł do kuchni, nawet nie wiem kiedy.
- Nie trzeba.
- Nie zachowuj się jak dziecko.
- Dlaczego?
- Dobra, to do niczego nie prowadzi. Wyjeżdżam. Muszę od ciebie odpocząć. Postaraj się w tym czasie nie zabić.
- W życiu. Nie dam ci tej satysfakcji, pojebie.
Machnął tylko ręką na to wszystko i wyszedł. Nie widziałam go trzy miesiące. Czy tęskniłam? Nie wiem.


Tamtego wieczoru przemalowałam ściany sypialni na zielono i wepchnęłam w kąt swoje łóżko. Ale nie po ty, by odwiedzać w wyobraźni swój pogrzeb, lecz by myśleć o swych ponownych narodzinach. Tu i teraz.