piątek, 14 sierpnia 2015

WŁAŚCICIELKA GŁOWY PSA

Głowa mojego psa leżała na biurku pracownika policji, który zza niego chyba już od dawna nie wychodził. W pasie z trudem objęłyby go trzy dorosłe osoby. W wąskie, w stosunku do opasłego brzuszyska, ramionka wcisnęli mu łepetynkę nie większą od piłki do siatkówki. Mężczyzna miał też oczka maleńkie, ale bystre. Ustka mięsiste i sprawne w mowie. Noseczek perkaty, siatką przekrwionych naczynek pocięty. Sprawiał miłe wrażenie, choć pocił się niemiłosiernie. W małej dłoni, która równie dobrze mogłaby należeć do kilkuletniej dziewczynki, ściskał kompletnie przemoczoną chusteczkę. Była biała, w kolorowe motylki, o ile dobrze zauważyłam, a do tego miała prawdopodobnie ręcznie haftowny monogram. Miły drobiazg – podarunek od żony, a może od matki jeszcze? Pewnie to sentymentalny mężczyzna, pomyślałam, wrażliwy, czuły na drobiazgi. Tymczasem pracownik policji zaczął się intensywnie wahlować opasłym, jak on sam, tomem akt, kartkując powoli inny, cieniutki jak zupa z lebiody na przednówku. Te wertowane nieśpiesznie, wątłe akta dotyczyły mojej sprawy.
- Więc to pani jest właścicielką... – mężczyzna o niebanalnej budowie ciała zerknął na leżącą tuż nieopodal kałamarza na jego biurku głowę psa. – szczątek. Spojrzał na mnie z wyrazami najgłębszych kondolencji.  Sęk w tym, że mi wcale nie było smutno.
- Wiem, że dla pana być może wygląda to dość... nieodwracalnie, ale zapewniam pana, że tak nie jest. – popatrzyłam na niego tak, jak gdybym właśnie wyjawiła mu, w największym sekrecie, co dostanie w prezencie na tegoroczną gwiadkę. Mężczyzna zastygł z na wpół otwartymi ustami. Chciał coś powiedzieć, ale zaskoczenie wyraźnie zaczopowało mu gardło.
- Więc proszę się tak nie martwić. – powiedziałam uspokajającym tonem. – Podpiszę, co ma  podpisać, zabieram głowę psa i już mnie nie ma. A pan będzie mógł się zająć naprawdę poważnymi sprawami. Zresztą tułów Dżordża już się za nią stęsknił i chętnie połączy się znowu ze swoją głową. I chociaż czasem to im się nie układa za bardzo, ale wie pan, jak to jest, ciężko żyć bez głowy. Nawet psu. No bo jak tu się napić na przykład? Taki upał przecież cały czas... No i Dżordż już od trzech dni nie obszczekał kota sąsiadów. Myślę, że to też już go martwi cokolwiek. – i westchnęłam dość ciężko  na końcu swej wypowiedzi, dając tym samym wyraz ogromnej empatii, którą szczerze czułam. Mężczyzna o ciele w kształcie ciężkiej, przejrzałej gruszki patrzył na mnie bez mrugania. Mięsiste usta miał znowu na wpół otwarte, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie ubrać myśli w słowa. A niezręcznie mu chyba było wypuszczać z siebie nagusów na oczach obcej, bądź co bądź, kobiety.
- Coś się panu stało? – przerwałam to przedłużające się milczenie. - Może podać panu wody?
- Nie... nie. – odchrząknął, by dodać sobie pewności siebie. – Więc w sprawie tej głowy... chciałbym... to znaczy mam w obowiązku wyjaśnić z panią okoliczności zdarzenia, w skutek którego pani pies postradał głowę właśnie... – wlepił we mnie pełen niepokoju wzrok.
- Nie było żadnych okoliczności. – rozpoczęłam, by niemal natychmiast skończyć – Po prostu mu odpadła i tyle. Rozłożyłam bezradnie ręce i lekko wydęłam usta. Nie chciałam udawać nadmiermiernego zdziwienia tą sytuacją, bo jakoś go we mnie nie wywoływała. Oczywiście  było to trochę dziwne, że ta głowa Dżordżowi tak po prostu odpadła, a potem było nerwowo, bo dość szybko nam się zawieruszyła i nigdzie, ale to nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć. Dżordż w całej sytuacji nie mógł być specjalnie pomocny, ponieważ stracił swój niezawodny psi węch razem z głową...
- I dlatego byliśmy po prostu w kropce. – na głos kontynuowałam myśl, którą zaczęłam snuć w swojej głowie. To już kompletnie zbiło z tropu mojego rozmówcę.
- W kropce...?
- No właśnie.
- I tyle...?
- A... to mało? Bycie w kropce jest raczej niewygodne. Mało w niej miejsca, trudno się wyprostować. Najlepiej dopasować się do niej kształtem, czyli najlepiej zwinąć się w kłębek. Ja to jeszcze pół biedy, ale Dżordż nie widział naszego kiepskiego położenia, a na dodatek nie słyszał, jak wydaję mu komendę, bo przecież uszy przepadły razem z jego głową, więc sam pan rozumie... – liczyłam na zrozumienie, dlatego nieśmiało mu je podsunęłam tuż pod nos.
- Ale... to znaczy... że pani pies żyje...? – widziałam wyraźnie jak krępuje go to pytanie, które musiał w obliczu moich wypowiedzi, zadać.
- Oczywiście, że tak. Jest w domu. Czeka aż wrócę z jego głową. To znaczy, pewności nie mam, bo jak już wspomniałam przed chwilą, dość trudno nam się w zaistaniałej sytuacji porozumiewać, ale mniemam, że właśnie tak jest. Czeka, waruje. Więc? Możemy załatwić te formalności jak najszybciej? Za piętnaście minut akurat mam  tramwaj...
- A jak pani zamierza... – tu przerwał na chwilę, bo wyraźnie kłopotała go jego własna ciekawość – jak pani zamierza to zrobić, żeby ten pani pies...
- Dżordż...
- Właśnie. Żeby on znowu miał głowę...
Gruszkowaty mężczyzna pocił się niemiłosiernie, tym razem nie z powodu upału, a emocji, ale z zapartym tchem, znowu nie mrugając ni razu, czekał odpowiedzi.
- Jak? Szybko. – to powiedziawszy, z małpią zręcznością pochwyciłam głowę psa i pół sekundy później już mnie nie było w dusznym pokoju. Opasły mężczyzna musiał wyglądać niezwykle bezradnie nad mizernym tomem mojej niecodziennej sprawy, ale szczerze mówiąc, nie dbałam o to. Cóż, nie zakończy jej tak, jakby sobie tego życzył. W życiu ciężko jest liczyć na finały zgodne z naszymi oczekiwaniami. Życie to nie koncert życzeń, proszę państwa. Ukojenie w tym siermiężnym chaosie może nam dać jedynie zdrowy egoizm oraz przyjaźń, a takowa nie łączyła mnie ze spoconym grubasem, za to z moim bezgłowym psem z całą pewnością. Więc już niecałą godzinę później, w chłodnej sieni mojego mieszkania, merdaniem ogona witał mnie Dżordż, który niniejszym odzyskiwał głowę, by w niecałe dwa tygodnie później znowu ją stracić. Tym razem nie z bydlęcej beztroski, lecz z cielęcej miłości do wdzięcznej pudlicy o niewdzięcznym imieniu Anżelika.




1 komentarz: