czwartek, 27 sierpnia 2015

Jest...

moją krwią...
moją miłością...
moim niepokojem...
moją słodyczą...
moim gniewem...
moją goryczą
moją tęsknotą...
moją radością...
moim śmiechem.
Moim żalem,
kiedy go nie ma przy mnie.
Moim Dniem
i
Nocą moją.
Moim Życiem.


poniedziałek, 24 sierpnia 2015

To ta pogoda...

... sprawia, że ptaki spadają z nieba na ziemię. Znika dziurawe powietrze. A ja tylko patrzę i widzę cienie, wydłużające się od niskiego słońca, które wpełza już za horyzont. W nocnej ciszy będę słyszeć bicie swojego serca, coraz wolniejsze, coraz rzadsze, aż w końcu bić we mnie przestanie. Pobiegnę wtedy do rzeki i schowam się w jej bystrej toni. Zabierze mnie daleko. I moje złe sny wszystkie.


***

patrzy: Magda G.
stylizacja: Maura Ładosz

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Blisko ziemi...

wyrzeźbiona,
kołysana,
poślubiona,
wyszeptana.

suchą rosą,
cierpkim wiatrem,
bladym smakiem,
lepkim dźwiękiem,

Stoi sama.
Jedna.
Najpiękniejsza
łania.

I drży,
I śni.
W cichym świetle,
blisko ziemi uwiązana.

W okół pęcin
grud powietrza ciężar.




pozuje: Kinga
stylizacja: Marzena Deryło

piątek, 14 sierpnia 2015

WŁAŚCICIELKA GŁOWY PSA

Głowa mojego psa leżała na biurku pracownika policji, który zza niego chyba już od dawna nie wychodził. W pasie z trudem objęłyby go trzy dorosłe osoby. W wąskie, w stosunku do opasłego brzuszyska, ramionka wcisnęli mu łepetynkę nie większą od piłki do siatkówki. Mężczyzna miał też oczka maleńkie, ale bystre. Ustka mięsiste i sprawne w mowie. Noseczek perkaty, siatką przekrwionych naczynek pocięty. Sprawiał miłe wrażenie, choć pocił się niemiłosiernie. W małej dłoni, która równie dobrze mogłaby należeć do kilkuletniej dziewczynki, ściskał kompletnie przemoczoną chusteczkę. Była biała, w kolorowe motylki, o ile dobrze zauważyłam, a do tego miała prawdopodobnie ręcznie haftowny monogram. Miły drobiazg – podarunek od żony, a może od matki jeszcze? Pewnie to sentymentalny mężczyzna, pomyślałam, wrażliwy, czuły na drobiazgi. Tymczasem pracownik policji zaczął się intensywnie wahlować opasłym, jak on sam, tomem akt, kartkując powoli inny, cieniutki jak zupa z lebiody na przednówku. Te wertowane nieśpiesznie, wątłe akta dotyczyły mojej sprawy.
- Więc to pani jest właścicielką... – mężczyzna o niebanalnej budowie ciała zerknął na leżącą tuż nieopodal kałamarza na jego biurku głowę psa. – szczątek. Spojrzał na mnie z wyrazami najgłębszych kondolencji.  Sęk w tym, że mi wcale nie było smutno.
- Wiem, że dla pana być może wygląda to dość... nieodwracalnie, ale zapewniam pana, że tak nie jest. – popatrzyłam na niego tak, jak gdybym właśnie wyjawiła mu, w największym sekrecie, co dostanie w prezencie na tegoroczną gwiadkę. Mężczyzna zastygł z na wpół otwartymi ustami. Chciał coś powiedzieć, ale zaskoczenie wyraźnie zaczopowało mu gardło.
- Więc proszę się tak nie martwić. – powiedziałam uspokajającym tonem. – Podpiszę, co ma  podpisać, zabieram głowę psa i już mnie nie ma. A pan będzie mógł się zająć naprawdę poważnymi sprawami. Zresztą tułów Dżordża już się za nią stęsknił i chętnie połączy się znowu ze swoją głową. I chociaż czasem to im się nie układa za bardzo, ale wie pan, jak to jest, ciężko żyć bez głowy. Nawet psu. No bo jak tu się napić na przykład? Taki upał przecież cały czas... No i Dżordż już od trzech dni nie obszczekał kota sąsiadów. Myślę, że to też już go martwi cokolwiek. – i westchnęłam dość ciężko  na końcu swej wypowiedzi, dając tym samym wyraz ogromnej empatii, którą szczerze czułam. Mężczyzna o ciele w kształcie ciężkiej, przejrzałej gruszki patrzył na mnie bez mrugania. Mięsiste usta miał znowu na wpół otwarte, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie ubrać myśli w słowa. A niezręcznie mu chyba było wypuszczać z siebie nagusów na oczach obcej, bądź co bądź, kobiety.
- Coś się panu stało? – przerwałam to przedłużające się milczenie. - Może podać panu wody?
- Nie... nie. – odchrząknął, by dodać sobie pewności siebie. – Więc w sprawie tej głowy... chciałbym... to znaczy mam w obowiązku wyjaśnić z panią okoliczności zdarzenia, w skutek którego pani pies postradał głowę właśnie... – wlepił we mnie pełen niepokoju wzrok.
- Nie było żadnych okoliczności. – rozpoczęłam, by niemal natychmiast skończyć – Po prostu mu odpadła i tyle. Rozłożyłam bezradnie ręce i lekko wydęłam usta. Nie chciałam udawać nadmiermiernego zdziwienia tą sytuacją, bo jakoś go we mnie nie wywoływała. Oczywiście  było to trochę dziwne, że ta głowa Dżordżowi tak po prostu odpadła, a potem było nerwowo, bo dość szybko nam się zawieruszyła i nigdzie, ale to nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć. Dżordż w całej sytuacji nie mógł być specjalnie pomocny, ponieważ stracił swój niezawodny psi węch razem z głową...
- I dlatego byliśmy po prostu w kropce. – na głos kontynuowałam myśl, którą zaczęłam snuć w swojej głowie. To już kompletnie zbiło z tropu mojego rozmówcę.
- W kropce...?
- No właśnie.
- I tyle...?
- A... to mało? Bycie w kropce jest raczej niewygodne. Mało w niej miejsca, trudno się wyprostować. Najlepiej dopasować się do niej kształtem, czyli najlepiej zwinąć się w kłębek. Ja to jeszcze pół biedy, ale Dżordż nie widział naszego kiepskiego położenia, a na dodatek nie słyszał, jak wydaję mu komendę, bo przecież uszy przepadły razem z jego głową, więc sam pan rozumie... – liczyłam na zrozumienie, dlatego nieśmiało mu je podsunęłam tuż pod nos.
- Ale... to znaczy... że pani pies żyje...? – widziałam wyraźnie jak krępuje go to pytanie, które musiał w obliczu moich wypowiedzi, zadać.
- Oczywiście, że tak. Jest w domu. Czeka aż wrócę z jego głową. To znaczy, pewności nie mam, bo jak już wspomniałam przed chwilą, dość trudno nam się w zaistaniałej sytuacji porozumiewać, ale mniemam, że właśnie tak jest. Czeka, waruje. Więc? Możemy załatwić te formalności jak najszybciej? Za piętnaście minut akurat mam  tramwaj...
- A jak pani zamierza... – tu przerwał na chwilę, bo wyraźnie kłopotała go jego własna ciekawość – jak pani zamierza to zrobić, żeby ten pani pies...
- Dżordż...
- Właśnie. Żeby on znowu miał głowę...
Gruszkowaty mężczyzna pocił się niemiłosiernie, tym razem nie z powodu upału, a emocji, ale z zapartym tchem, znowu nie mrugając ni razu, czekał odpowiedzi.
- Jak? Szybko. – to powiedziawszy, z małpią zręcznością pochwyciłam głowę psa i pół sekundy później już mnie nie było w dusznym pokoju. Opasły mężczyzna musiał wyglądać niezwykle bezradnie nad mizernym tomem mojej niecodziennej sprawy, ale szczerze mówiąc, nie dbałam o to. Cóż, nie zakończy jej tak, jakby sobie tego życzył. W życiu ciężko jest liczyć na finały zgodne z naszymi oczekiwaniami. Życie to nie koncert życzeń, proszę państwa. Ukojenie w tym siermiężnym chaosie może nam dać jedynie zdrowy egoizm oraz przyjaźń, a takowa nie łączyła mnie ze spoconym grubasem, za to z moim bezgłowym psem z całą pewnością. Więc już niecałą godzinę później, w chłodnej sieni mojego mieszkania, merdaniem ogona witał mnie Dżordż, który niniejszym odzyskiwał głowę, by w niecałe dwa tygodnie później znowu ją stracić. Tym razem nie z bydlęcej beztroski, lecz z cielęcej miłości do wdzięcznej pudlicy o niewdzięcznym imieniu Anżelika.




wtorek, 11 sierpnia 2015

BYĆ SOBĄ

- Chcę być kimś innym. Mieć czyjeś niespełnione marzenia. Chcę zakładać cudze buty, wychodząc na przystanek. Chcę włączać muzykę kogoś innego. Tańczyć jak ktoś obcy, kogo nie poznałam. Czesać nie swoje włosy, smakować nie swoje ulubione potrawy. Dąsać się w cudzy sposób. Krzyczeć w nie swoim imieniu... A po dniu pełnym nie moich problemów, zasypiać w obcym łóżku, pod czyjąś pościelą i spać twardo do rana, aż usłyszę obcy dźwięk nieznajomego budzika. Lecz jestem sobą...- to wszystko Grażyna wypowiedziała na jednym oddechu, prawie nie robiąc pauz na przecinki i kropki. Kiedy skończyła, westchnęła cichutko i wlepiła we mnie swój przepełniony łzami wzrok. Grażynę znam od jakiegoś czasu i wiem, jak bardzo męczy się ze sobą. Chociaż, jak do tej pory, zdawała się być osobą, która z godnością niesie swój krzyż, którego ciężar był bez wątpienia ponad siły nas wszystkich.
- Czy to znaczy, że chciałabyś być na przykład... mną? – jedynie to zdanie przyszło mi do głowy jako odpowiedź na to smutne wyznanie Grażyny.
- A czy to by mi przyniosło ulgę? – i tu mnie ma. Jeśli odpowiem twierdząco, zabrzmi to tak, jakby bycie mną było lekiem na całe zło, które ją toczyło od środka. Jeśli zaprzeczę, zrobię z siebie kretynkę, która proponowała jej tyfus jako remedium na cholerę... Teraz trzeba było z tego jakoś wybrnąć z twarzą.

- Słuchaj, Grażyna, a może to kwestia zmiany perspektywy? Może kupisz sobie wysokie szpilki i spojrzysz na to trochę z góry? Albo może jeszcze inaczej. Skocz ze spadochronem, perspektywa będzie nie tylko wyższa, ale też i szersza. Albo wyjedź gdzieś. Daleko. Może tam cię ta twoja melancholia nie znajdzie? Jeśli zrobisz to znienacka, to jest szansa, że ją zgubisz. Przynajmniej na jakiś czas... Indie, Meksyk? Coś bliżej? To może Nowe Warpno? Tam podobno wskaźnik zaludnienia jest najniższy w kraju... biorąc pod uwagę tereny wiejskie. A i za granicę wyjeżdżać nie będziesz musiała!  - ten pomysł wydał mi się dość ciekawy; gdybym to ja dostała taką radę, byłabym co najmniej zadowolona. Więc byłam z siebie dumna, że tak rzeczowo podeszłam do tematu i podsunęłam jej tak praktyczne rozwiązanie. Ale Grażyna tylko się rozpłakała. Rzuciła we mnie butem i sobie poszła, łkając. Widziałam przez okno, jak ze złością kopnęła mojego kota i roztrzaskała doniczkę z geranium, która stała przy furtce. Potem w wieczornej prasie przeczytałam, że w dalszym akcie zemsty podpaliła remizę, zbiła witraż w kościele i zdewastowała sołtysowi nowy ciągnik. Pewnie jutro wytruje ryby w stawie i rzuci urok na wszystkie kury w gminie i przestaną się nieść. Cóż... wychodzi na to, że Grażyna pozostanie sobą aż do końca swoich dni – westchnęłam i zrobiłam sobie świeżej herbaty.

czwartek, 6 sierpnia 2015

W oknie mojego pokoju...

...odbijają się okna wschodniego skrzydła pałacu. To tam już nie wolno mi wchodzić. To tam w ziarenkach kurzu z ciężkiej, brokatowej story tańczyłaś przy świetle mdlejącego księżyca. To tam widziałam ostatni raz, jak płakałaś. To tam słyszałam twój ostatni śmiech. Teraz drzwi do wschodniego skrzydła zamknięto na klucz. Tak jak wszystkie wspomnienia ciebie. Z albumów zniknęły twoje zdjęcia, z biblioteki twój portret na orzechowej desce... Twoje imię też powoli znika z mojej pamięci. Ale twojej twarzy i tamtego lęku w oczach nie zapomnę nigdy. Jak patrzyłaś na mnie wtedy przez okno wschodniego skrzydła. Podobno przepadłaś w odmętach własnego strachu. Utonęłaś w mrocznej trwodze, która wypełniła ci serce i płuca. Ale ja znam prawdę... i jej też nigdy nie zapomnę. Opowiem ją wszystkim, kiedy przyjdzie na to pora.



***

przez okno wschodniego skrzydła patrzy: Magda G.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W głębi serca...

... mam ciemność niezmierzoną.
Mam gęsty, lepki smutek.
I znaków zapytania gąszcz zwarty, duszny.
Nikt go przebyć nie zdoła.
Nikt z tej wyprawy
Żywy nie powróci.



***

w pięknej pozie zastygła: Magda
stylizacja: Magda Gradowska