poniedziałek, 27 lipca 2015

Stop!



Opuścili miasto już po zmroku. Śpieszyli do ostatniej, nie zamkniętej jeszcze bramy. Z nikim się nie pożegnali. Zostawili tylko miskę mleka kotu, a paprotkę wypuścili na wolność, do parku.

uciekinierzy: Ewa, Gustaw, Filip.

wtorek, 21 lipca 2015

Dzikuska.



W starym parku spotykam dzikie rośliny i dzikie marzenia. Jest też ona. Patrzy na mnie z piękną hardością. Zatrzymuje mnie wzrokiem na chwilę. Potem już jej nie ma. Raz, dwa, trzy. Znikasz ty...

patrzy: Ewa

środa, 15 lipca 2015

PAMIĘTNIK OSTATNIEJ WIOSNY

W moich stronach żyło się po dawnemu. Ktoś, być może pierwszy osadnik, ustanowił zestaw praw, nakazów, obyczajów i od tamtego czasu nic nie uległo zmianie. Trudno powiedzieć, czy ten zestaw przykazań był idealnie skrojony na miarę potrzeb i oczekiwań ludzi, którzy przybyli w te strony, czy po prostu była to społeczność obarczona głęboko zakorzenionym genem lenistwa i zmian żadnych wprowadzać jej się po prostu nie chciało, czy, może wreszcie, chociaż uciemiężeni regułami owymi, to jednak ludzie ci nie byli zdolni do przejawienia najmniejszego buntu czy sprzeciwu wobec nich. Jaka była przyczyna ich niezmienności, trudno powiedzieć. Ludzie ci byli tak przeźroczyści, jak woda w strumieniu, ale nie bezbarwni. Kolory mieli zdecydowane, o żadnych półtonach nie mogło być mowy. W kwestii charakterów także byli niezłomni. W kwestii dobra – nieskończeni. I wszędzie wszystko ulegało zmianie, rozpadowi, psuło się, gniło, zatracało w swoim własnym szaleństwie, niemocy, a tu jednak nie. Tu czas stanął w progu, w pół kroku i nie podobna było go ruszyć z miejsca. Lub też nikt tego nie chciał. Mogło być także i tak, że nikt zwyczajnie nie zauważył sterczącego w zastygłej pozie czasu, który na nikogo nie rzucał swojego cienia. Tak było w kwestii mentalności ludzi z tych stron. Oczywiście czas nie oszczędzał im zmian pór roku, starości, umierania i rodzenia się w bólu, ale i radości niepojętej. Jednak nie śmiał naruszyć ich postawy niezachwianej względem świata i siebie nawzajem. W świecie tych pięknych, twardych, szlachetnych ludzi przyszło i mnie pędzić swój żywot. Żywot, którego nikt poza mną nie zapamięta, bo już ostatni świadek odszedł zimową nocą ostatnią. Noc ta, jakby na pocieszenie, przyniosła mi początek wiosny. Mej wiosny ostatniej na tej prerii.
Rześkim świtem dzień wychodził z łóżka. Zerwał się niezdecydowany wiatr, który kręcił się po podwórzu to tu to tam, nie wiedząc w który ostatecznie uderzyć kierunek. Słyszałam jak lekko zawodzi, narzekając. Spojrzałam przez okno. Po niebie przetaczały się jeszcze ponure, ostatnie zimowe chmury. Szwadron niedobitych wojsk powracający z frontu wylizać rany. Może nawet zbiera się na deszcz? Preria lubi wodę. Pochłania ją jak gąbka, a potem oddaje zielenią pastwisk. Zawsze, gdy pada rozbieram się do naga i staję na środku podwórza. Spłukuję z siebie świat jego własnymi łzami. Deszcz pada bardzo intensywnie; wielkie ciężkie krople bombardują moje ciało z natarczywością. Jakby chciały przebić mi skórę i dostać się do środka, do krwiobiegu, do mięśni, do wnętrzności. Przelać się przez wszystkie zakamarki i zalać mi deszczowym płaczem wszystkie tkanki.
Mój dom stoi pusty, odkąd wszyscy odeszli. Nie wynieśli się jednak zbyt daleko. Leżą w kilku piaskowych mogiłach na cmentarzu za kościołem. Pilnuje ich niski żywopłot i drewniana furtka, która łuszczy się z farby, jak jaszczurka zmienia zbyt przyciasną skórę. Jednak spod starej wychodzi jeszcze starsza. Zmiany nie zawsze są dobre. Rzadko tam do nich zaglądam; nie czuję więzi z umarłymi. Nasz pastor się o to na mnie gniewa. Bo na mszę też już nie przychodzę. Po co? Jeśli mój Bóg mieszka z mojej lodówce? I w schowku na szczotki? I w małej oborze? Ale pastor to akurat rozumie. On po prostu lubił, kiedy słuchałam jego kazań, a potem, gdy wszyscy wychodzili z kościoła, zabierał mnie na spacer na prerię i wiele godzin rozmawialiśmy. Ja też lubiłam te nasze rozmowy. A może lubiłam po prostu chodzić na prerię?
Wycieram ręcznikiem mokre od deszczowej kąpieli włosy, gdy słyszę czyjeś kroki na werandzie. Nie chcę żadnych gości; zamieram, kulę się w sobie, by przestać istnieć na moment. Nie oddycham. Niech ten ktoś odejdzie, zostawi mnie w spokoju.
-       Jesteś tam? – poznaję ten głos, ale milczę. – Jesteś? Przecież wiem, że tak, nigdzie nie wychodzisz. Tylko do sklepu raz na jakiś czas. Annabelle?
-       Czego pastor chce? – nie ruszam się o okrok, mówię najbardziej nieprzyjaznym tonem, na jaki mnie stać.
-       Chcę cię zobaczyć. Policzyć nowe blizny na twoich rękach i posłuchać, jak się śmiejesz.
Dlaczego ten człowiek po prostu nie odpuści? Wszyscy o mnie zapomnieli, a on jeden ciągle nie.
-       Jeśli naprawdę nie chcesz zamienić ze mną tych kilku słów, to cię zostawię w spokoju. Po prostu... po prostu stęskniłem się za tobą. I martwię się, że jesteś ciągle sama, że nikt się tobą nie interesuje. Nikt ci nawet herbaty nie zrobi. A może... jeśli mnie wpuścisz, to ja ci zaparzę herbaty?
Zobaczyłam jego dobrotliwy uśmiech, jak wypowiada te słowa. To znaczy, nie widziałam go przecież, bo dzieliła nas kuchnia, i sień, i weranda. Ale ten uśmiech migotał mi przed oczami jak lampki na choince. Mój dobry Boże... Ileż to już czasu minęło, odkąd ktoś mi zaparzył herbaty?
-       Annabelle? – głos pastora zakorzenił mnie z powrotem w kamienistej glebie rzeczywistości. – Jest trochę zimno. Mogę wejść?
-       Dobrze, niech pastor policzy do stu i wejdzie. Muszę się ubrać.
-       Kąpałaś się w deszczu? Wiedziałem.
I znowu zobaczyłam, jak się uśmiecha. Tym razem był to uśmiech zachwyconego dzieciaka. Czy wyobrażenie o nagim spracowanym ciele niemłodej już kobiety, chudym i przygarbionym, podszytym lękiem i zmęczonym złymi snami, może jeszcze wywołać grymas zadowolenia na męskiej twarzy? Choćby na twarzy duchownego? Czy naprawdę mogę jeszcze budzić w kimś przyjemnie doznania?

Do kuchni zeszłam w kwiecistej sukience. Nie nosiłam jej latami. Czy te wyobrażone uśmiechy pastora czy też deszczowy prysznic rozbudził we mnie chęć kwitnienia? Nie wiem. Ale chciałam, by na moment przylgnęła do mnie utracona powłoka kobiecości. Choćby taka banalna jak ta stara kolorowa, znoszona sukienka. Przystanęłam w progu, włosy nadal miałam mokre. Jak czyjeś zimne palce gładziły mnie po plecach. Pastor kończył właśnie parzyć herbatę. Spojrzał na mnie, zamarł z łyżeczką w dłoni, na jego nieogolonej twarzy zobaczyłam głęboki smutek. Wybruździł tę twarz niemiłosiernie, odkąd widzieliśmy się ostatnim razem.
-       Co się stało, pastorze? Dlaczego... pan tak... wygląda...
-       Jak, Annabelle?
-       Źle. Ale przecież ma pastor lustro w domu. Więc chyba pastor to wie.
Pastor pokręcił tylko głową i zaczął rozglądać się za cukiernicą.
-       Masz może...
-       Nie. Potłukła się. Cukier trzymam w papierowej torebce. Stoi tam, obok słoika z solą.
-       Ile ci posłodzić?
-       Dwie łyżeczki. To po co pastor przyszedł? Herbaty mógł się pastor napić u siebie.
Nic nie odpowiedział. Podał mi kubek z herbatą. Usiadł w rogu. Przez chwilę patrzył na mnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć słowa. Potem po prostu się rozpłakał. Łkał jak dziecko, a ja patrzyłam na niego, jak patrzy się na niezbyt mocno wzruszający film. Po dłuższej chwili pastor westchnął ciężko.
-       Dlaczego włożyłaś sukienkę w te kwiaty?
Poczułam wstyd. Palił mnie symetrycznie, po obu stronach twarzy.
-       Annabelle? Dlaczego włożyłaś tę cholerną sukienkę?
-       Nie wiem, ja...
-       Dobrze wiesz, o czym mi ona przypomina!
Jego wzrok był pełen gniewu i wyrzutu. Przecież minęło tyle lat. Nie sądziłam, że on to jeszcze pamięta.
-       Po co pastor tu przyszedł? Przecież nie na herbatę!
Skoro on postanowił na mnie krzyczeć, powinien spodziewać się rewanżu.
-       Bo... preria wie. O niczym nie zapomniała.
-       Ale przecież preria nie potrafi mówić, nikt o niczym się nie dowie. Zresztą... to mnie już nie obchodzi. To moja ostatnia wiosna, mój czas się kończy.
-       Skąd to wiesz, Annabelle?
W jego oczach zobaczyłam przestrach. Bał się mnie stracić? Niemożliwe. Stracił mnie lata temu. Mógł wybrać inaczej, ale nie chciał. A teraz przyszedł mi zrobić herbaty. I złości się o sukienkę.
-       Nie masz prawa! – podeszłam do niego najbliżej, jak się dało i krzyknęłam mu to prostu w nieogoloną twarz – Nie masz prawa.
Nagle ogarnął mnie spokój. Te słowa czekały tyle lat na wypuszczenie ich na wolność.
-       Nie masz prawa.
-       Pójdziesz ze mną na prerię? Ostatni raz, Annabelle? – spojrzał na mnie prosząco, jak pies.
Bez słowa złapałam stary sweter, który wisiał na oparciu krzesła. Pastor wyszedł za mną. Minęliśmy przerdzewiały płot, potem cmentarz i pastwisko. Preria była nadąsana, ciemna; lepkie chmury wisiały tuż nad głowami. Z głębi trzewi preria wydawała pomruki niezadowolenia. Ludzie wyrządzili jej zbyt dużo krzywdy, by gościła ich serdecznie. Pastor szedł za mną krok w krok, nic nie mówił. Po chwili poczułam, że łapie mnie delikatnie za palce.
-       Annabelle?
Schowałam obie ręce do kieszeni swetra.
-       Annabelle... Tysiąc razy rozmawiałem o tym z Bogiem. Tysiąc razy Go pytałem.
-       To niemowa. Dobrze pastor o tym wie.
-       Dlaczego kiedyś potrafiłaś i chciałaś ze mną rozmawiać, a teraz już nie?
-       Bo wcześniej...
-       Powiedz.
Poczułam zapach ulubionych niebieskich kwiatków. Natychmiast się pochyliłam, by odnaleźć je w suchej trawie.
-       Czy tak już będzie na zawsze, Annabelle? Że zostanie mi tylko twoje imię?
-       Te kwiaty zrywał mi ojciec i wstawiał do małego wazonika na nocnej szafce. Z samego rana budził mnie ich zapach.
-       Dlaczego mnie nie zabiłaś, Annabelle? Miałaś tyle sposobności?
-       A moja mama suszyła je, wkładała w woreczki zrobione ze starych pończoch i wsuwała do wszystkich szuflad w komodzie, żeby bielizna przeszła ich zapachem na zimę...
-       Przecież masz broń i dobrze strzelasz! Mogłaś mnie zastrzelić tyle razy!
-       A babka dodawała je do herbaty... I do nalewki. I wpinała je do włosów swoich lalek.
-       Przecież miałaś do tego święte prawo! Nadal je masz! Annabelle!
-       Kiedyś było ich tu tyle, że aż cała preria nimi kwitła. A teraz... tak trudno je znaleźć. Coraz trudniej.
-       Przestań! Przestań mówić o tych cholernych kwiatach! To przez nie zrobiłem ci to wszystko! To przez ten ich cholerny zapach, który pomieszał mi w głowie! A ty tylko leżałaś, tonąc w nich i z trudem łapiąc powietrze! Już nie pamiętasz?! Nie pamiętasz tego wszystkiego?! Dlaczego nie chcesz pamiętać?! Dlaczego potem przychodziłaś do kościoła?! I pozwalałaś mi się znowu zabierać na prerię?! Dlaczego ja udawałem przed tobą i przed sobą, że wszystko było jak wcześniej?! Dlaczego jestem takim potworem, Annabelle? Dlaczego... dlaczego teraz ze mną tu przyszłaś...?
Nic nie mówiłam. Na dłoni położyłm kilka niebieskich kwiatków. Dmuchnęłam w nie, a one sfrunęły prosto pod moje stopy. Kilka z nich zaczepiło się i zostało na rękawie starego swetra. Dyndało na cieniutkich włoskach starej wełny jak wisielcy.
-       A zatem... – zaczął mówić powoli – to twoja ostatnia wiosna, Annabelle...   
Jego ręce objęły mą szyję. Poczułam jak krew odpływa mi z głowy niczym woda z gwałtownie ściśniętej gąbki. Preria była cicha i niema, jak wtedy. Ale zapach kwiatów lżejszy.

Wróciłam do domu dopiero po zmroku. Sukienkę w kwiaty wrzuciłam do pieca. Niebieskie kwiatki z prerii stanęły w małym wazoniku na nocnej szafce. Drugi bukiecik ususzę i zrobię woreczek ze starej pończochy. Wsunę go do szuflady komody, pod bieliznę, by przeszła kwietnym zapachem na zimę, której już nie doczekam na tej prerii.



niedziela, 12 lipca 2015

Krótka historia...

... o chłopcu, który szedł w dół starej uliczki.



Dokąd idziesz, Mały Człowieczku?

***

na fotografii: Tymon
miejsce: Arezzo, Toskania.
czas: zatrzymany w miejscu na zawsze. 

sobota, 4 lipca 2015

Przed świtem...

jedziemy na wycieczkę. Oprócz nas tylko koty i gołębie. Cudowna kawa w jedynym czynnym o tej porze miejscu, gdzie oprócz nas przyszli tubylcy. Rzeźnik, starszy pan o lasce i gruby dostawca. Czas jeszcze płynie powoli. Dobrze jest zacząć dzień przed wszystkimi...









na wycieczce:  z Tatianą i Ewą. 

czwartek, 2 lipca 2015

Okna Cortony






   



Zgubmy się w korytarzach wąskich uliczek stromej Cortony. Tam czas przycupnął pod prostokątami okien. Zbyt nieśmiały, by zajrzeć do środka. W nozdrza wpada chłodny piwniczny zapach minionych dni. Kamień pod nogami wydeptały martwe już stopy. Tyle historii... Ileż kolorów...

miejsce: Cortona, Toskania
czas: nienawykły, by go pośpieszać...