poniedziałek, 29 czerwca 2015

Jam częścią...

Jam częścią części, która ongiś wszystkim była,
Jam częścią tej ciemności, co światło zrodziła...
/J.W.Goethe "Faust" - fragment/


***
pozuje: Natalka
sukienka: Marzena Deryło
i duch Poezji dnia codziennego wszechobecny...

wtorek, 16 czerwca 2015

Na wspólnej fotografii...


Lato 1932 roku zapowiadało się burzliwe. Co i rusz nad majątkiem gromadziły się kobaltowe, ciężkie od deszczowych kropel chmury. Początkowo nie wróżono z nich nic złego poza codziennymi ulewami. Potem okazało się, że przyniosły ze sobą coś więcej... Tę fotografię, z naszą drogą kuzynką z miasta, zrobiła ciotka. Potem patrzyła na nią długo wieczorem, a na twarzy miała dziwny niepokój. Wyjechała następnego dnia o świcie. Nigdy więcej żadna z nas jej nie zobaczyła. I nigdy więcej we trzy już nie stanęłyśmy do wspólnej fotografii. Bieg przyszłych wydarzeń okazał się... niemożliwy do wytłumaczenia.

***

na wspólnym kolodionie: Magdalena, Żaneta, Oliwia

czwartek, 11 czerwca 2015

LIST POŻEGNALNY

/Magdalenie Sobczak, z domu Bąk, dedykuję/


Magdaleno,

mam dla Ciebie wieść straszną! Wybiła moja ostatnia godzina, no może nie zupełnie jeszcze ostatnia, gdyż pióro ostatkiem życia dzierżę jeszcze w swej dłoni, by sklecić tych parę słów na pożegnanie Przyjaciółki Drogiej. Dwa dni temu był u mnie doktor z wizytą. Słuchał z miną strapioną jak mi w płucach gra... niby świerszcz za kominem w listopadową noc. Zasmuciły go te dźwięki i jeszcze przed wyjściem z ciemnej sieni w oczach jego widziałam kiełkującą melancholię. Do dziś dnia pewnie go już ta roślina oplotła zupełnie, a wiem, że z jej pędów wyrwać się tak łatwo nie podobna. Ale wszak nie o doktorze chciałam Ci pisać, choć los jego mocno mi leży na sercu. W końcu to człowiek niezwykłej kultury i zawsze tak nienagannie uczesany, z przedziałkiem na okrągłej jak balon głowie. Oczy ma takie dobrotliwie patrzące, choć jedno bielmem zamglone. I słowem życzliwym każdego wspiera, każdego, kto jest wypłacalny w tych ciężkich czasach i kto wódką swojską częstować swoich gości ma w zwyczaju. A wiedziałaś, Magdaleno, że nasz pan doktor znowu żenić się będzie? Złoty człowiek! Niezrażony śmiertelnymi rozstaniami z sześcioma nieboszczkami żonami! Ufa, że wreszcie szczęście odnajdzie na dłużej u boku jakiejś zacnej i urodziwej niewiasty. Podobno się już oświadczył nawet. Karolinie Piotrównie. Ależ to wybór znakomity! Przecież niezwykłej urody to panna, kształcona w Paryżu i chyba w Oksfordzie. Do tego, choć młoda jeszcze bardzo, szesnaście wiosen zaledwie liczy sobie, już obyta w towarzystwie najlepszym! A jak zagra na fortepianie Bacha lub Mozarta, to człowiek od pięt po czubek czoła w słuch się zmienia migiem i nie chce już więcej wracać do formy poprzedniej, nazbyt ludzkiej, przyziemnej. Ech, będzie miał z niej nasz doktor pociechę i to wielką. I to nic, że między nimi aż poł wieku różnicy. I nasz drogi, nieoceniony doktor mógłby być dla Karoliny Piotrówny dziadkiem. W końcu odkąd tych okropnych złamań doznał na polowaniu... ile to już lat temu? Piętnaście ani chybi, Magdaleno, to przecież utyka na obie nogi. Nie jednocześnie na szczęście, bo wówczas byłby się biedak co krok przewracał! Więc ta młoda, śliczna i powabna osóbka będzie dla niego podporą dosłownie i w przenośni. Ależ błogosławieństwo na naszego dobrodzeja spływa! Rodzice Karoliny Piotrówny podobno nie posiadają się z radości. Już suknię u krawcowej w Petersburgu zamawiają, już wyprawę ślubną dla jedynaczki szykują. Podobno wesele ma się odbyć u Księżniczki Rostockiej w letnim pałacu. Tak, Magdaleno, nie przesłyszałaś się! W tym samym, w którym hrabia Mirski zeszłej jesieni palnął sobie w głowę z nieodwzajemnionej miłości do Rostockiej właśnie. Ileż było krwi na brokatach! A fragmenty mózgu hrabowskiego jeszcze przez miesiąc służba wynajdowała w przeróżnych kątach pokoju. Od tamtej pory podobno Księżniczka Rostocka zabroniła swej znakomitej kucharce serwować kurzy móżdżek, który był przysmakiem nie lada, bo się za bardzo wszystkim to kojarzyło... Osobiście bardzo tego żałuję, tylko jeden jedyny raz miałam okazję być w tym pałacu u Księżczniczki Rostockiej i właśnie podczas owego wieczoru ten rarytas nam podano, z blinami i kwaśną śmietanką. Do tego szampan i kawior z jesiotra. A noc była wtedy taka parna, że aż się kręciło w głowie. Więc, ach, cóż to będzie za wesele doktora naszego najwspanialszego z tym pączuszkiem wonnym Karoliną Piotrówną. Ale nie myślisz chyba, Magdaleno, że u doktora się ta jego dawna rana znowu otworzy, jak przy Wigilii zeszłego roku, kiedy tak obficie przy stole krwawić zaczął, że aż sam musiał sobie osiemnaście szwów założyć. Trudność była tym większa, że to rana na plecach, tuż pod lewą łopatką. Cóż to by była za niedogodność, gdyby na własnym weselu coś takiego mu się, biedakowi poczciwemu, przytrafiło? Że też ta dolegliwość już tyle lat mu doskwiera? Przecież od wojny minęło już dwadzieścia lat z okładem, a rana co i rusz daje o sobie znać w tak paskudnie dolegliwy sposób. A najgorzej jeszcze, bo zaraz się doktorowi zakaża i męczy się z nią nieborak miesiącami. Ale nic to, ta młoda łania będzie mu na pewno pociechą a i pielęgniarką zawołaną, jeśli tylko w zmianie opatrunków ją szybko przeszkolić zdoła.

Czy masz już szykowną toaletę, Magdaleno, na to wesele doktora? Ja o tym myśleć już nie mogę, bo przecież umierać mi przyszło. Choć szczerze Ci wyznam, że mam suknię nową, z Mediolanu sprowadzaną niedawno, która by na tę okazję pasowała jak ulał. Szykiem konkurować bym mogła z samą Księżniczką Rostocką, ale niestety prędzej do grobu moje szczątki doczesne zostaną złożone, niż wybrzmią nuty marsza weselnego dla naszego najznamienitszego doktora. Mam tylko niegasnącą nadzieję, że kikut jego lewej ręki wydobrzeć już do tego dnia zdoła. Że też musiał ją sobie amputować, niebożę! Dobrze, że pisze i operuje prawą, bo by to już ostateczne nieszczęście dla niego było. Ale dobry Bóg sprawił, że już niedługo młoda żonka jego lewą rękę wyręczy i kalectwo już tak mu nie będzie doskwierać jak teraz. Magdaleno, a czy uważasz, że włożenie czarnych pereł na to wesele doktora wielkim będzie nietaktem? Perły podobno nieszczęście zwiastują, ale tak pasują do mojej sukni mediolańskiej... Mam z nich piękną kolię. I parę kolczyków. I pierścień w brylanty strojny do tego, ale lękam się trochę, czy tym przepychem panny młodej i wszystkich gości nie przyćmię. O Święta Panienko, co ja opowiadam, przecież ja już z tego stanu strasznego nie wyjdę! Przecież skonać mi w tym machoniowym łożu boleści przyjdzie, w tych moich piernatach złotą nitką wyszywanych! Już czuję, jak śmierć w holu kosturem o marmur stuka! Już za klamkę przez włoskiego kowala z brązu kutą chwyta! Już atłasowe story rozsuwa, by do łoża mego podejść blisko i ostatnie tchnienie mi z piersi wyrwać! A... nie... to tylko stary ogrodnik pijanica. Przyszedł, by oznajmić mi, Magdaleno, że krowy znowu w szkodę weszły i stratowały nową oranżerię. Te zwierzęta mnie kiedyś wykończą. Niechybnie...

niedziela, 7 czerwca 2015

Gdy bawię się dobrze, dobrze się bawię!







Popołudniowa godzina dnia szczęśliwego spędzona na wahadłowym ruchu w górę i w dół. Na huśtawce, na powietrzu, na wolności.

***

szczęśliwa: Marzena
huśtawka: huśtawka
właściciel huśtawki: Domnumer 10

czwartek, 4 czerwca 2015

Marzenia o zachodzącym słońcu...




Są takie minuty nieskończone, które wszechświat pomieszczą i jeszcze będzie w nich miejsce na rower, huśtawkę i chodzenie na boso po trawie. Na wieczorny gin z tonikiem, lub malinowe piwo ze sklepu otwartego minutę po zamknięciu. Na śmiech i niemądre gadanie. Na dzieciaków gonienie do łóżek, gdy jeszcze wybryków im się chce. A my tłumaczymy im, że święty spokój należy się nam  już po dniu całym. A oni na to salwy prześmiewcze puszczają pod sufit jak pianę z odkorkowanych, wstrząśniętych radością butelek szampana. A my wiemy, że to przywilej dzieciństwa, który w tych minutach nieskończonych udziela się i nam. I to jest szczęście. I to jest sens życia. Jak huśtwka, rower i chodzenie na boso po malinowej trawie...

***
w marzeniach: Marzena
miejsce: Domnumer10

wtorek, 2 czerwca 2015

Na mistycznej łące...




Tam - nie ma więcej czasu i przestrzeni,
tam światłoskrzydłe, przejrzyste i śpiące.
w łodziach, ze ściętych w kryształy promieni,
godziny wiszą w powietrza ogromie,
nie pnąc się więcej za jasnością w słońce,
ani ku nocy chyląc się krawędziom -
zaczarowanym podobne łabędziom
w promiennych łodziach wiszą nieruchomie...



/"Łąka mistyczna" fragment
Kazimierz Przerwa-Tetmajer/


na mistycznej  łące: Bruno, Marcel, Tymon
miejsce: Domnumer 10