czwartek, 7 maja 2015

OT, CO.

/dedykuję sobie/

Krótka historia o tym, że się umiera dwa razy. Się zawsze umiera. Raz, gdy łono matki wypluwa cię na świat, pozbywa się twoich niechcianych już przez jej ciało tkanek. Bo tarmosisz ją za jej wnętrze. Leżysz jej na wątrobie, miażdżysz przeponę i płuca. Więc najpierw umierasz w świecie wewnętrznych niemożliwości, by żyć w świecie zewnętrznych opcji na potęgę. A potem umierasz, by umrzeć i już żadnego wyjścia nie mieć. Sytuacja idealna, chciałoby się powiedzieć.
Ranek przylepił się mgłą do matowej jezdni. Wolałabym, żeby to była łąka. Jesienna, zwiędła, po przebytej chorobie wiosny i lata. Przylgnęłabym do niej brzuchem, wpakowałabym sobie do ust bryłę ziemi i wysysała z niej butwiejące soki życia. Myślę, że wtedy czułabym przynależność do świata przyrody. Tymczasem wsadzam nogę w kałużę. Druga stoi grzecznie w miejscu pozornie suchym. Oto dwa różne podejścia do tego samego tematu. Można być w czymś, albo nie być. Albo być połowicznie, nigdy całym sobą. Bo to ryzykowne. W coś wejść, tak do końca i jeszcze uśmiechać się i czuć, że tak właśnie było trzeba. Samochód przejechał zbyt blisko rynsztoka. We włosach mam brudną ulicę. I dlaczego nie poszłam na tramwaj? Dlaczego kupiłam te dwie pomarańcze, podczas gdy wszystko we mnie krzyczało: kup pomidory! Pomidory kup! I po co? Na chuj mi pomidory? Na grzyba ten deszcz, co napoił wszystkie kałuże w mieście? Dlaczego to nie jest pustynia? Ładna, żółta, niemal równiutka, pofalowana tylko z lekka wiaterkiem przyjemnym? No i jeszcze złamał mi się ten nieszczęsny, zielony parasol. Akurat wtedy, kiedy go niepotrzebowałam najbardziej. Życie jest niesprawiedliwe – myślę sobie, gdy wzrok mój napotyka wzrok tego pana.
-       Życie jest niesprawiedliwe, wie pan? – mówię do niego wcale nie na żarty.
-       Skoro wolała pani te pomidory, to czemu ich pani nie wzięła? – zapytał dobrodusznie.
-       Czyli sprawa pomidorów stanie się teraz kluczowa dla świata? – odrzekłam prychając sarkazmem.
-       Nie. Chciałem tylko w ten sposób pani powiedzieć, że jest nas więcej. Ot, co.


I pan sobie poszedł. A ja wsadziłam drugą nogę do kałuży. Co mi tam. Wchodzę w to bez reszty.

2 komentarze: