środa, 27 maja 2015

W cieniu Prousta...




Zanim zakwitną dziewczęta,
zanim kobiecość wyjdzie z ich cienia,
jest jeszcze czas
na niewinność
zatrzymaną pod dziecinną powieką snów
na jawie.

***

przed obiektywem: Marysia
cień, światło i czas zatrzymane w Złodziejewie

czwartek, 21 maja 2015

NOCNY SKŁAD


Mama kochała trzy razy. Raz – ojca. Ale to się skończyło przez niego. Drugi raz – mnie. W moim przypadku nie miała wyjścia. Chociaż miała, ale z niego nie skorzystała. Nie porzuciła mnie jak ojca. Trzeci raz – to miasto. Przez nie źle sypiała i bolały ją stawy. Ale powiedziała, że nigdy stąd nie wyjedzie. „Paweł, to są nasze ziemie odzyskane! Ludzie umierali, żebyśmy teraz mogli tu mieszkać!“ Może i umierali. Tylko po co? Wolność to coś więcej niż kawałek ziemi. Nie warto dla niej umierać. Warto żyć. 
Stanąłem nad jej trumną. Pochyliłem się, palce musnęły gładką powierzchnię jasnego drewna. Jakbym głaskał zlodowaciałą powierzchnię bajora, nad które zabierała mnie zimą na łyżwy. Lub wypastowaną podłogę w przedpokoju. Tam też się ślizgaliśmy razem, w skarpetkach. Kiedyś nie wyhamowała, uderzyła w ścianę i rozbiła sobie nos. Krwawa plama w kształcie motyla przypominała nam jeszcze przez wiele lat o tym popołudniu pełnym śmiechu, a potem jej łez. Bo bolało ją jak wszyscy diabli. Tak powiedziała. Nos był na pewno złamany. W dniu pogrzebu głaskałem ją przez wieko trumny. Nie chciałem jej oglądać nieżywej, nie zajrzałem do środka ani razu. Jej ciało było tylko pustą wydmuszką po życiu. Właściwie nie wiem, czy szczęśliwym, bo nigdy nie chciała mówić o nim w ten sposób. Nie przyczepiała mu żadnych etykiet. Życie było. Nie potrzebowało żadnych dodatkowych nazw.
Wsadziłem z grabarzem jej trumnę na wózek. Ostatnia droga wiodła wąską, cmentarną aleją. Całą noc siąpiło, więc właściwie szliśmy płytkim korytem niekończącej się kałuży. W powietrzu majaczył zapach zbutwiałej jesieni i dopalających się zniczy, które stare kobiety znoszą na groby swoich bliskich już bladym świtem. Wszystkie wyglądają tak samo: smutne, znoszone ubrania, twarze zorane zmartwieniami i reklamówki z dyskontów. Portret starości tej szerokości geograficznej. Portret bez uśmiechów, za to z osteoporozą.
Minąłem wybujałą wierzbę płaczącą, która lamentowała nad starym, zaniedbanym grobem. Sterczał z niego złamany krzyż, metalową tabliczkę pożarła rdza. Nikt tu już nie przychodził od lat. A może nie przychodził wcale? Osierocił zmarłego, tak jak zmarły osierocił jego. Ząb za ząb. W oddali przeciągle zagwizdał pociąg. Zupełnie jak nasz stary, czerwony czajnik, kiedy gotowała się w nim woda. Mama zawsze ustawiała go krzywo na palniku i dlatego z jednej strony emalia zrobiła się czarna. No i zawsze gotowałaś w nim za dużo wody, mamo. Po cholerę ci aż dwa litry na jedną herbatę? Będziesz ją piła z wiadra? Turkot żelaznych kół pociągu odbił się echem od kamiennych tablic. Przegonił ode mnie czajnikowe myśli. Spojrzałem w górę - na starym dębie przysiadło kilka żałobnych gawronów. Możemy zaczynać, chłopaki? Cisza.
Ksiądz rozpoczął krótką ceremonię nad grobem; coś mówił, ale go nie słuchałem. Matka nie była wierząca, ale w ostatniej woli zażądała księdza. Niezbadane są zachcianki umierających. A może myślała, że ja nie powiem nic do rzeczy nad jej grobem? Zapobiegliwa nawet po własnej śmierci.
- Mamo, - a jednak postanowiłem coś powiedzieć - to nie są żadne ziemie odzyskane. Ziemi nie da się odzyskać, podobnie jak nie da się jej stracić. Ziemia to ziemia. Jest niczyja. Możemy sobie na niej bez końca malować granice różnymi kolorami. Stawiać płoty, zasieki czy inne cholerstwa. Ziemi to, kurwa,  nic nie obchodzi. – zamilkłem na chwilę, bo grabarz i ksiądz patrzyli na mnie jak na idiotę. Gawrony na wysokościach zaczęły się drzeć. Nie wiem, czy na znak poparcia, czy buntu.  Przekrzykiwały się, jakby zdania między nimi były podzielone. Grabarz się wściekł i rzucił w nie grudką ziemi. Zerwały się urażone. Wbiłem wzrok w wieko trumny.
- Wiem, to perfidne. Wykorzystuję sytuację. Jesteś martwa i nic mi nie odpowiesz. Ale mam dla ciebie dobrą wiadomość: przytulisz się do tej swojej odzyskanej ziemi. Na wieki. Powinnaś być zadowolona. Jesteś?
- Pseprasam – seplenił grabarz – cy pan ma coś z głową?
Zerknął na księdza, jakby szukał poparcia.
- Pan ksiądz panu nic nie powie – odburknąłem – Pan ksiądz jest zapewne zdania, że Pan Bóg kocha wszystkich tak samo mocno. Tych pierdolniętych też.
Ksiądz wzruszył ramionami. Miał anonimową twarz. Można w nią było patrzeć godzinami, a mimo to niczego z niej nie zapamiętać. Tak naprawdę, mógł jej wcale nie mieć. W jego profesji byłoby to nawet niezłym pomysłem. Ludzki korpus bez twarzy, biologiczny nośnik woli bożej. Najwyraźniej jednak nie miał zamiaru być rzecznikiem Pana Boga, szczególnie w kwestii pierdolniętych, bo sobie poszedł. Grabarz za to uśmiechnął się nieoczekiwanie. (Poczuł się teraz swobodniej? Osoba duchowna krępowała ducha swobodnej konwersacji?) Rozdziawiona gęba zdradziła swoją tajemnicę. Brakowało w niej  przynajmniej trzech zębów.
- Zęby zjadłem na tej robocie! – zagadnął z animuszem i poprawił starą, wyblakłą bejsbolówkę.  - Ale ja to lubię. Grunt to lubić to, co się robi, co nie?
Grabarz machał zamaszyście łopatą. Od czasu do czasu spluwał na boki. Grudy ziemi lądowały na trumnie z tępym plaśnięciem.
- Ten zasiłek pogzebowy to lepiej psepić. No chyba, że pan ma pomysł kupić sobie coś za te pieniądze po nieboscce. Tez mozna. Ale lepiej psepić. Gdyby pan sukał kompana…
Nic nie powiedziałem. Spojrzałem jeszcze tylko jeden ostatni raz na wieko trumny, zanim ostatecznie przykryła je ziemia odzyskana z łopaty grabarza. Potem staliśmy jeszcze chwilę nad grobem. Grabarz ściągnął bejsbolówkę, pochylił głowę. Rzadkie, posklejane potem włosy tworzyły dziwny ornament na jego czaszce. Gdybym stał dalej, mógłbym pomyśleć, że facet zafundował sobie jakiś finezyjny tatuaż.
- To co? Odprowadzę pana. Mam chwilę.
Zarzucił na plecy łopatę i razem pomaszerowaliśmy w stronę bramy. Grabarz miał w planach kolejny pogrzeb. A potem jeszcze trzy.
- Ludziska padają jak muchy – zauważył – nie wiem, ale zdaje mi się, ze kiedyś było tego mniej. Rozumies pan? Umierania. A moze nie?
Na odchodne popatrzył na mnie z nadzieją.
- Mas pan jakieś drobne? Namachałem się nad pana matulą. Pić się chce jak skurcybyk.
Miałem. I dałem. Grabarz odchodził z powrotem w gardziel cmentarza pogwizdując, jak on to robił bez tych zębów?, a ja stałem przy bramie zupełnie sam. Bez planów na dalszą część dnia, albo i życia. Mógłbym z kimś o tym porozmawiać, nawet bym chciał. Ale związki międzyludzkie w moim życiu stanowiły tylko wąski margines. Ludzie do mnie nie lgnęli, nie chcieli się ocierać o moje towarzystwo jak kot o nogi wrednego karmiciela. Choć z całą pewnością nie byłem niezapamiętywalny, jak ten ksiądz, ale było we mnie coś, co wyrzucało mnie poza nawias zwyczajnego życia zwyczajnych ludzi. Urodziłem się taki, czy to ty mnie tak wychowałaś, mamo? Tuż przy krawężniku przejechał samochód. Woda z brudnej, jesiennej kałuży nieco mnie orzeźwiła. W każdym razie jakoś się nie gniewałem, że miałem ją teraz na sobie. Pasowaliśmy do siebie. Oboje w nieokreślonym kolorze. Kierowca samochodu nawet nie zauważył, że mnie ochlapał.
     Trzy godziny później dowiedziałem się, że nici z ewentualnych planów „psepicia” zasiłku. Cała kasa poszła na ten pogrzeb. Byłem spłukany, pod każdym względem. Musiałem wreszcie zaakceptować ten fakt. Jakikolwiek fakt z mojego życia, bo ciągle żyję jak w letargu i nic nie jest zbyt rzeczywiste. O to miałaś do mnie pretensje, mamo. Non stop. Tylko kto mnie tego nauczył?
Stypę urządziłem sam dla siebie, w parku. Kawa i pączek. I wczorajsza gazeta. Coś dla ciała, coś dla ducha. Otworzyłem gazetę na stronie z nekrologami. Klepsydra mamy. „Moja mama umarła. Jest mi smutno. Paweł.“ To jedyne, co przyszło mi wtedy do głowy. W gazecie, jeśli zapłacisz, wydrukują ci prawie wszystko. W końcu nie odpowiadają za treść ogłoszeń. Gazety, ludzie, instytucje, świat – wszyscy starają się za nic nie odpowiadać. To czemu ja, do cholery, mam się w ogóle czymkolwiek przejmować?
Wieczorem leżałem na wersalce. Grubo tkany materiał z wzorem w brudne kwiaty. Może kiedyś były czyste, ale potem te wszystkie ciała, które na nich zalegały zrobiły swoje. W cieplejsze dni można się było do nich przylepić. Skóra przywierała całą powierzchnią, a gdy chciało się przewrócić, albo wstać, to trzeba się było chwilę nabiedzić, żeby się od tej ohydnej wersalki odkleić. Zrobiło mi się niedobrze na moment. Kwiaty ze wzoru to kalie. Cmentarne kwiaty. Niewiarygodne, jak wszystko się czasem ze sobą komponuje. Mogłem matkę wsadzić do tej wersalki, zamiast do trumny. Zaoszczędziłbym trochę zasiłku. Właśnie, mamo? Chciałbym zjeść tosty z serem i pieczarkami. Zrobisz mi? Wiem, że przez ostatnie lata kłóciliśmy się prawie o wszystko, ale twoje tosty zawsze wprowadzały rozejm. Chcę rozejmu z tą straszną rzeczywistością bez ciebie. To, kurwa, prawda, że najbardziej się kocha, jak się straci. A ciebie już nie ma. A ja się jeszcze nie przyzwyczaiłem. Ta wersalka śmierdzi jak zdechły pies.
Wstałem i wyciąłem nekrolog z wczorajszej gazety, którą zabrałem ze sobą z parku. Przylepiłem go nad wersalką, żeby o tym pamiętać, dopóki nie przywyknę. Usiadłem przy stole, przymknąłem oczy. Za oknem miasto, które nie śpi. Sznur aut tworzy wielki krzyż na Dominikańskim. Mama lubiła ten kościół przy placu. Po prostu lubiła atmosferę kościołów. Doktryna jej nie interesowała. „Paweł – mawiała – nie daj sobie wmówić, że jest jakaś siła wyższa, która panuje nad tym burdelem. Nad tym się nie da zapanować. Próbuj po prostu znajdować się w tym jakoś. Odkryj swoje miejsce, znajdź swoich ludzi. Tak jak ja znalazłam ciebie. Od tej pory wcale nie będzie ci łatwiej, żebyś sobie nie myślał, ale wreszcie nabierze to jakiegoś sensu.“ Jutro… jutro zacznę szukać. Nie dziś.
Następnego dnia obudziła mnie szara godzina. Podobno o tej porze (dnia i roku) ludzie lubią popełniać samobójstwa. O ile można tak w ogóle powiedzieć. Czy można lubić coś, co pozbawia cię życia? Chyba można, skoro tego życia się już nie lubi. Gdybym ja teraz przestał lubić swoje, za co ja w ogóle je lubię?, mógłbym to zrobić. Okoliczności są sprzyjające. Jestem sam, jest cicho i mam niezbędny sprzęt. Więc na tym właśnie polega moja wolna wola. Mogę się zabić, ale nie chcę. Tyle osiągnąłem w swoim życiu. O reszcie szkoda gadać. Napiłbym się herbaty. Z cytryną i cukrem. Mamo, zrobisz? Zamiast matki pojawił się Sławek. Wrócił z tą swoją wesołą gębą. Śmierdział całonocną imprezą. Włosy miał jak zwykle potargane. Grube, poskręcane jak sprężyny w starym łóżku. Kilkudniowy zarost i ta nieśmiertelna flanelowa koszula w kratę. Mieszkam z nim tyle lat, a ciągle nie wiem, o co mu chodzi. Chce być kowbojem, do kurwy nędzy? Bo grunge umarł już jakiś czas temu.
- No, stary! Marta się zgodziła! Bierzemy ślub! Więc wiesz…
- Wiem.
- Kumasz, nie?
Pewnie, kumam, wszystko kumam. A pogrzeb był w dechę, ty debilu. Grobową. Miło, że zapytałeś.
Wyszedłem z mieszkania dopiero w południe, bo leżałem na wersalce, gapiłem się w ścianę, w plamę po zabitym komarze, a Sławek chrapał w drugim pokoju. Godzinę wałęsałem się bez celu. Potem poszedłem do pośredniaka. W środku trochę ludzi. Jedni śmierdzą, inni nie. Mam do nich wszystkich stosunek przerywany. Nie znam ich, a oni nie znają mnie. Mogliby wszyscy w jednej chwili umrzeć, tak jak stoją. Kolejka by się przynajmniej zmniejszyła. A tak, muszę w niej stać. Mamo, ciebie nie ma, a ja do ciebie mówię. Nie przeszkadza ci to? Mówię w myślach, żeby mnie znowu nie wzięli za pierdolniętego, jak wczoraj ten grabarz. Jak ci tam? W ziemi odzyskanej? Zimno, ciemno i mokro? Spoglądam na zegarek. 13.02. To znowu ja. Stoję dalej w kolejce. Jestem bezrobotny. Chciałem ci to powiedzieć, ale umarłaś. Punkt dla ciebie. Nie mam też gdzie mieszkać, jak się okazuje. Znaczy od jutra. Muszę wyprowadzić się od kumpla, bo się zaręczył, debil jeden, i nie będzie już dla mnie miejsca. A mieszkaliśmy razem pięć lat. Szkoda gadać. Mieszkanie po tobie też przepadło. Muszę przestać z tobą rozmawiać. Ale nie mam z kim.
- Słucham pana – odzywa się głos z okienka.
O, teraz już mam.
- Chciałbym się zarejestrować jako poszukujący. Sensu i pracy. – powiedziałem to najbardziej wiarygodnie, jak potrafiłem.
Kobieta w okienku nie miała jednak poczucia humoru. Ja zresztą przez nią też już nie.
- Mama mi umarła, wie pani? – zwierzyłem się nieoczekiwanie.
- Niech się pan tu podpisze. – kobieta mnie zignorowała. Jakby co druga osoba w kolejce mówiła jej coś podobnego.
- Czy pani myśli, że ja też kiedyś umrę? – pytałem szczerze.
Kobieta patrzyła na mnie, jak na wariata. Uśmiechnąłem  się do niej i zrezygnowałem. Straciłem ochotę na szukanie pracy i sensu. Niech one znajdą mnie, jeśli im zależy.
Poszedłem na tory. Słońce śpieszyło się na spotkanie z horyzontem. Niebawem się z nim zderzy czołowo i wykrwawi na śmierć.  Mojej mamie zawsze kojarzyłem się z pociągiem. Takim nocnym, jesiennym składem. Pospiesznym, z wagonami drugiej klasy. Kiedy mnie urodziła i była w szpitalu, ja noc w noc płakałem. Chyba z żalu, że musiałem z niej wyjść. Nigdy potem nie jest człowiekowi już tak dobrze jak w ciemnym i ciepłym brzuchu matki. Więc ja tak bardzo płakałem, a ona trzymała mnie przy piersi i karmiła patrząc w ciemne okno. Z nieodległych torów dobiegał przeciągły świst. A potem wstążka świateł wijąca się  przy rzece. To ja. Paweł. Tyle, że trzydzieści jeden lat później. Ty mnie trzymasz w objęciach, mamo. Mimo, że umarłaś. Musisz mnie w końcu wypuścić. Daj mi żyć na wolności. Proszę.
Kiedy późnym wieczorem pakowałem swoje rzeczy, postanowiłem, że będę mieszkał pod mostem. W tym cholernym mieście jest sto siedemnaście mostów i kładek. Nie wiem, czy tak jest na pewno, bo nie liczyłem, ale już wkrótce to sprawdzę. Przed wojną było ich trzysta trzy. Jak ten dywizjon. Nie wiem czemu, ostatnio wszystko kojarzy mi się z tą cholerną wojną. Może dlatego, że jestem pod okupacją rzeczywistości? Rozłożyłem plan miasta, zapaliłem papierosa. Sufit jest niski w tym mieszkaniu; poczułem się jak oficer w okopach, planujący szturm na pozycje wroga. Zaciągnąłem się. Razem z dymem przyleciały do mnie słowa matki:  „Daj coś z siebie innym, Paweł. Nie można przeżyć życia tak sobie o. Trzeba coś z siebie dać, choćby coś zwykłego, małego. Ja innym dałam ciebie. Nie myśl sobie, że to takie nic.” Tylko właściwie co mógłbym dać? Krew, szpik, albo nasienie. I co? To już by było to „danie czegoś z siebie“? Takie to proste? Halo! Słyszy mnie ktoś?! Most. Miałeś wybrać most. Niech będzie Warszawski. To bez znaczenia.
Noc, brzeg rzeki, przęsła. Sam nie wiem, jak to wszystko się stało. Może jestem tu, bo to ty mnie urodziłaś? Może gdyby zrobiła to jakaś inna kobieta, to wszystko byłoby inaczej? Miałbym dom, rodzinę, matkę, która żyje, a nie leży dwa metry pod ziemią odzyskaną i ciągle nie daje mi żyć w spokoju. Może gdybym potrafił się od ciebie uwolnić, to byłoby inaczej? Powiesz coś? Teraz specjalnie się nie odzywasz? Niech cię szlag. Powieki ciążą mi coraz bardziej. Jest zimno. Kartonowe ściany mojego nowego domu są do niczego. Przepuszczają ziąb i odgłosy świata, który mnie nic nie obchodzi. Mimo wszystko udaje się zapaść w sen. Widzę w nim nocny skład. I słyszę przeciągły świst, który dobiega z nieodległych torów. A potem wstążka świateł wijąca się  przy rzece.

niedziela, 17 maja 2015

Stal rozpalonej bieli.



Patrzę na ciebie tym samym zimnym węchem, co zawsze.
Dotykam cię moim smakiem.
Uciekam przed tobą słowami.
I słucham, jak zmieniasz kolory.
Czarny zamieniasz w kruchą stal rozpalonej bieli.
Czerwień zalewasz błękitem.
A potem idziemy razem nieznaną nam ścieżką.
Ty nucisz, ja ubolewam, że ta droga się skończy.
Tuż nad przepaścią.
Wstawisz wodę na herbatę?
Zmarzły mi dłonie.

***

nie pozuje: Tymon

poniedziałek, 11 maja 2015

Pamiętnik Ophidii




Szukam w pamięci rozerwanych korali dni przeszłych, by nawlec je na mocniejszą niktę. Zawieszę je na twojej szyi, byś już nigdy o tym co było, nie zapomniał. Potem odejdę między zielone liście, by nigdy więcej nie spojrzeć za siebie.

***

przed obiektywem: Ophidia
stylizacja: Magdalena Wilk-Dryło
make up: Daria Berendt
fotografia powstala w Złodziejewie

czwartek, 7 maja 2015

OT, CO.

/dedykuję sobie/

Krótka historia o tym, że się umiera dwa razy. Się zawsze umiera. Raz, gdy łono matki wypluwa cię na świat, pozbywa się twoich niechcianych już przez jej ciało tkanek. Bo tarmosisz ją za jej wnętrze. Leżysz jej na wątrobie, miażdżysz przeponę i płuca. Więc najpierw umierasz w świecie wewnętrznych niemożliwości, by żyć w świecie zewnętrznych opcji na potęgę. A potem umierasz, by umrzeć i już żadnego wyjścia nie mieć. Sytuacja idealna, chciałoby się powiedzieć.
Ranek przylepił się mgłą do matowej jezdni. Wolałabym, żeby to była łąka. Jesienna, zwiędła, po przebytej chorobie wiosny i lata. Przylgnęłabym do niej brzuchem, wpakowałabym sobie do ust bryłę ziemi i wysysała z niej butwiejące soki życia. Myślę, że wtedy czułabym przynależność do świata przyrody. Tymczasem wsadzam nogę w kałużę. Druga stoi grzecznie w miejscu pozornie suchym. Oto dwa różne podejścia do tego samego tematu. Można być w czymś, albo nie być. Albo być połowicznie, nigdy całym sobą. Bo to ryzykowne. W coś wejść, tak do końca i jeszcze uśmiechać się i czuć, że tak właśnie było trzeba. Samochód przejechał zbyt blisko rynsztoka. We włosach mam brudną ulicę. I dlaczego nie poszłam na tramwaj? Dlaczego kupiłam te dwie pomarańcze, podczas gdy wszystko we mnie krzyczało: kup pomidory! Pomidory kup! I po co? Na chuj mi pomidory? Na grzyba ten deszcz, co napoił wszystkie kałuże w mieście? Dlaczego to nie jest pustynia? Ładna, żółta, niemal równiutka, pofalowana tylko z lekka wiaterkiem przyjemnym? No i jeszcze złamał mi się ten nieszczęsny, zielony parasol. Akurat wtedy, kiedy go niepotrzebowałam najbardziej. Życie jest niesprawiedliwe – myślę sobie, gdy wzrok mój napotyka wzrok tego pana.
-       Życie jest niesprawiedliwe, wie pan? – mówię do niego wcale nie na żarty.
-       Skoro wolała pani te pomidory, to czemu ich pani nie wzięła? – zapytał dobrodusznie.
-       Czyli sprawa pomidorów stanie się teraz kluczowa dla świata? – odrzekłam prychając sarkazmem.
-       Nie. Chciałem tylko w ten sposób pani powiedzieć, że jest nas więcej. Ot, co.


I pan sobie poszedł. A ja wsadziłam drugą nogę do kałuży. Co mi tam. Wchodzę w to bez reszty.

wtorek, 5 maja 2015

Czerwony kołnierzyk.


W kolorze mojej, twojej nieprzelanej krwi. Okala mi szyję murem obronnym przed twoimi nieczułymi pocałunkami. Barbakan niemiłości. Rozpiąć?

***

w czerwonym kołnierzyku: Magda
stylizacja: Maura Ładosz, Magda Gradowska
make up: Magda Gradowska

piątek, 1 maja 2015

Kiedy nic nie ma...

Jest takie słońce, 
które pali chłodem najzimniejszym.
Jest taki deszcz,
który wysusza rzeki z przepływów.
Jest taki strach, który odważa każdy nowy dzień nadzieją.
Jest taki cień,
który rozbłyska ledem jaskrawości.

Pamiętaj, za trzy dni 
odchodzimy w niepamięć. 


***


nie patrzy: Karolina
stylizajca: Agnieszka Lorek, Magdalena Wilk-Dryło, Małgorzata Motas
make up: Daria Berendt
miejsce zdarzeń: Złodziejewo