środa, 1 kwietnia 2015

WYRAZY UZNANIA

Ów dzień zaczął się rzęsistym deszczem, a skończył rzęsistymi oklaskami. Zwykłość dnia powszedniego zrzuciła wylinkę i oto oczom moim, które są ze mną od dnia narodzin, ukazał się majestatyczny Papilio Lorquinianus. Ciało z miejsca zaczęło rezonować wzruszeniem szczerym. Wszystkie oczy zgromadzonych licznie i bez przymusu wlepione we mnie, wszystkie zęby wyszczerzone w uśmiechach, wszystkie poklepywania wylądowały na moich ramionach. Oto chwila chwały, myślę sobie. Szampan zaszumiał w kieliszkach jak Stumilowy Las. W głowie kręciło się jak na karuzeli. Krewetki, sosjerki, cynaderki, galanteria, kokieteria. Wszystko na moją cześć, wszystko to dla mnie. Więc, cóż było robić? Wyrazy uznania wszystkie wzięłam osobiście do siebie.

Mają się u mnie dobrze, dziękuję. Gdyby ktoś chciał wiedzieć lub wykazywał w tym zakresie stosowną troskę. Mieszkają w małej zagrodzie, od północy osłoniętej od porywistego wiatru. Przed słońca prażeniem chroni je rozpostarty parasol, od którego rytmicznie odbijają się krople deszczowe, gdy pada. Zimą wstawiłam im piecyk kaflowy. Piecuszą się przy nim wszystkie, oprócz jednego, gdyż ten miał pradziadka z Norwegii. Wyglądają dorodnie i chyba są szczęśliwe, ale odkąd wyczytałam w poradniku o pożółkłych stronicach pachnących złowrogo pleśnią, że wyrazy uznania to organizmy jednoroczne... to żal mnie ogarnął nieopisany. Ich żywotność obejmuje zaledwie trzysta sześćdziesiąt parę dni, a potem odchodzą. Karleją, maleją, coraz trudniej im się poruszać i już tak nie rzucają się w oczy jak wcześniej, aż w końcu nikną zupełnie. I jeśli ktoś, tak ja jak, przywykł do przebywania w ich miłym towarzystwie, to czuje nagle pustki tu i ówdzie, a najbardziej to wszędzie. I tęsknić zaczyna za tymi wszystkimi wyrazami uznania, które dostał w tak miłych okolicznościach i o które tak dbał pieczołowicie przez okrągły rok. Które znał z imienia i nawyków. Zabawnych przyzwyczajeń i apetytów na różne różności. Znosił ich gorsze nastroje i podtrzymywał na duchu, gdy podupadały na nim zaziębione lub pełne zwątpienia w świat, w którym przyszło im żyć. Tak krótko, ale tak treściwie... Jedne przychodziły się łasić do nóg mych od razu, gdy zjawiałam się rankiem w ich zagrodzie. Inne obserwowały mnie z kątów, nie często obdarzając mnie zaszczytem bliższego kontaktu. Ale wszystkie one były moje... aż do tej okropnej chwili, gdy tamtego ranka zobaczyłam pustą zagrodę. I pustkę w podołku nieopisaną poczułam. Ale w chwilę potem zamajaczył strzęp nadziei: a może dostanę nowe? Może ktoś je wyśle pod moim adresem? Z trzepoczącym sercem pobiegłam pod furtkę, z drżeniem rąk uchyliłam rąbka tajemnicy skrzynki pocztowej.
I... nic. W tym roku wyrazów uznania nikt mej osobie nie wysłał. Późnym, sepiowym popołudniem, za to, do drzwi zakołatały wyrazy zażenowania i dezaprobaty. Od dalekich i bliskich. Tłoczyły się na zadaszonym ganku.
Nie otworzyłam.
Udałam, że nikogo nie ma w domu.
Braw nie było.
Ani rzęsistego deszczu.
Ale niesmak pozostał.
A pasta do zębów wyszła, lecz nie raczyła powiedzieć, kiedy wróci.
Nie rozmawiamy ze sobą już od jakiegoś czasu nic a nic.
Sprawa gardłowa.

I tyle.

1 komentarz: