środa, 15 kwietnia 2015

IMPRESJA PORANNA

Były czasy, że ludzie używali własnych mięśni, żeby się poruszać. Było to tak naturalne, jak oddychanie i trawienie. Ale przedsiębiorczy umysł ludzki nie ustawał w wysiłkach, by do tego poruszania rodzajem ludzkim zaprzęgać coraz to inne stworzenia, aż w końcu i tego było  za mało. Więc potworzył człek cuda, niewidy, a teraz musi je karmić. A żarłoczne to bestie. Postęp kosztuje. Nierzadko, i nie jest to przecież myśl specjalnie odkrywcza, życie owych ludzi, którzy tracili je w walce o „ogień“ nawet na moich oczach dziecięcych. Przestrach i trwoga. Przypominam sobie teraz te strzępy scen morderczych, scen filmowych, których nie wolno mi było oglądać, ale które widziałam zerkając zza drzwi łazienki, udając, że przecież wcale na nie nie patrzę. Teraz to już tylko takie strzępki dziecięcego strachu. Wyprute ze znoszonej tkaniny nitki. Teraz lękiem napawają mnie inne rzeczy; rzeczy tak straszne, że wolę o nich nie myśleć.
Siedzę w samochodzie. Wieje; pada poziomy deszcz. Wygląda na to, że chcę wyjechać na ulicę, gdzie powoli zaplata się już poranny warkoczyk aut. Jakiś facet z volvo macha na mnie, żeby mnie wpuścić w splot centralny. Ale ja udaję, że go nie widzę. Nie chcę być w tym warkoczu, nie chcę być częścią tych wszystkich ludzi. Jakaś kobieta idzie ze sklepu z siatką. Co tam masz w koszyczku, czerwony kapturku? Z przyjemnością zobaczyłabym, jak pożera cię wilk. Jak rozrywa ci skórę, wyszarpuje kawały mięsa, jak kruszy chrząstki, obłupuje panewki z kości. Nie mam czasu zbyt długo rozkoszować się wizją, bo wzrok mój już ciągnie coś innego. Jestem jak przybysz z obcej galaktyki; obserwuję wszystko tak, jakbym tego wszystkiego nie znała. Jakbym nigdy wcześniej nie patrzyła, jak rozwija się wszechogarniający guz porannego raka miasta. Z autobusu wysypują się ludzie, jak figurki z podłużnego pudełka. Każdy dostaje po pysku od wiatru. Spoliczkowani jednak nie czują urazy. Jakiś facet odpala papierosa. Poznaję go. To chłopak, który kiedyś chodził ze mną do szkoły. Poznaję go w sekundę, choć wygląda jak żul. Jak nic jest jeszcze od wczoraj pijany. Spowolnione ruchy, powieki działają jakby w zwolnionym tempie; jak przycięta migawka w aparacie. Jakby miał spojówki posmarowane jakimś klejem. W każde mrugnięcie wkłada niemały wysiłek. Zaciąga się dymem kilka razy i z petem w zębach rusza z przystanku. Gdzie idzie i po co? To nie ma dla nikogo znaczenia. A on sam przecież nie ma pojęcia, że go poznaję i patrzę na niego z odrazą. Jest brzydki i smutny, a jego życie nie ma żadnego sensu ani celu. Niby zgaduję tylko, a tak naprawdę wiem to na pewno, bo to, niestety, drogi Maćku, masz wyryte na ponurej, zszarzałej i mętnej jak woda w kałuży twarzy pijaka. Facet z volvo już na mnie nie macha, myśli pewnie „głupia baba, ja ją przepuszczam, a ona stoi jak pizda“. Bo nie wie, nikt z tych wszystkich ludzi nie wie, że właśnie rozpierdolił się wszechświat na trzynaście i pół miliona kawałków, a ja te wszystkie drobiny zbieram, napycham sobie nimi kieszenie, żeby w domu każdy z nich dokładnie obejrzeć i spróbować dopasować do reszty. Skleić te niebotyczne, chaotyczne puzzle w coś kompletnego na powrót. Bo ten wszechświat zasługuje na to, by scalić jego truchło, choć mu to życia przecież nie zwróci. Ale trzeba to zrobić, by przyjrzeć mu się ostatni raz i pożałować, że skończył tak marnie, tak niezauważony, tak bez znaczenia. Jednak zanim to nastąpi musi się stać, to co się stać musi. Wplotę się w ten warkocz codzienności, związany wstążką rutyny. Poczekam na zielone światło dla aut, które zatrzyma pieszych na moment. Zatrzyma ich w niezadowoleniu, że płynąć im wartko zabrania. A ja przez szybę samochodu spojrzę w te wszystkie nijakie twarze i zobaczę w nich własne oblicze. Trudno być sobą, gdy nie ma się  już innego wyjścia. Gdy każda noc przynosi sny najgorsze z możliwych. Gdy nie chce się spać, gdy spać się chce ponad wszystko.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz