wtorek, 28 kwietnia 2015

Odchodzę między drzewa...



by wraz z nimi szeleścić
słowami rzucanymi na wiatr...


***

między drzewami: Marzena
stylizacja: Marzena Deryło, śnieg i wiatr

środa, 22 kwietnia 2015

piątek, 17 kwietnia 2015

(nie) zmienna?







(nie)zmienna: Żaneta
stylizacja: Maura Ładosz

oraz tajemniczy krąg życia w pełni i umierania po trochu, które stają nam (nie) zmiennie przed duszą i oczyma.

środa, 15 kwietnia 2015

IMPRESJA PORANNA

Były czasy, że ludzie używali własnych mięśni, żeby się poruszać. Było to tak naturalne, jak oddychanie i trawienie. Ale przedsiębiorczy umysł ludzki nie ustawał w wysiłkach, by do tego poruszania rodzajem ludzkim zaprzęgać coraz to inne stworzenia, aż w końcu i tego było  za mało. Więc potworzył człek cuda, niewidy, a teraz musi je karmić. A żarłoczne to bestie. Postęp kosztuje. Nierzadko, i nie jest to przecież myśl specjalnie odkrywcza, życie owych ludzi, którzy tracili je w walce o „ogień“ nawet na moich oczach dziecięcych. Przestrach i trwoga. Przypominam sobie teraz te strzępy scen morderczych, scen filmowych, których nie wolno mi było oglądać, ale które widziałam zerkając zza drzwi łazienki, udając, że przecież wcale na nie nie patrzę. Teraz to już tylko takie strzępki dziecięcego strachu. Wyprute ze znoszonej tkaniny nitki. Teraz lękiem napawają mnie inne rzeczy; rzeczy tak straszne, że wolę o nich nie myśleć.
Siedzę w samochodzie. Wieje; pada poziomy deszcz. Wygląda na to, że chcę wyjechać na ulicę, gdzie powoli zaplata się już poranny warkoczyk aut. Jakiś facet z volvo macha na mnie, żeby mnie wpuścić w splot centralny. Ale ja udaję, że go nie widzę. Nie chcę być w tym warkoczu, nie chcę być częścią tych wszystkich ludzi. Jakaś kobieta idzie ze sklepu z siatką. Co tam masz w koszyczku, czerwony kapturku? Z przyjemnością zobaczyłabym, jak pożera cię wilk. Jak rozrywa ci skórę, wyszarpuje kawały mięsa, jak kruszy chrząstki, obłupuje panewki z kości. Nie mam czasu zbyt długo rozkoszować się wizją, bo wzrok mój już ciągnie coś innego. Jestem jak przybysz z obcej galaktyki; obserwuję wszystko tak, jakbym tego wszystkiego nie znała. Jakbym nigdy wcześniej nie patrzyła, jak rozwija się wszechogarniający guz porannego raka miasta. Z autobusu wysypują się ludzie, jak figurki z podłużnego pudełka. Każdy dostaje po pysku od wiatru. Spoliczkowani jednak nie czują urazy. Jakiś facet odpala papierosa. Poznaję go. To chłopak, który kiedyś chodził ze mną do szkoły. Poznaję go w sekundę, choć wygląda jak żul. Jak nic jest jeszcze od wczoraj pijany. Spowolnione ruchy, powieki działają jakby w zwolnionym tempie; jak przycięta migawka w aparacie. Jakby miał spojówki posmarowane jakimś klejem. W każde mrugnięcie wkłada niemały wysiłek. Zaciąga się dymem kilka razy i z petem w zębach rusza z przystanku. Gdzie idzie i po co? To nie ma dla nikogo znaczenia. A on sam przecież nie ma pojęcia, że go poznaję i patrzę na niego z odrazą. Jest brzydki i smutny, a jego życie nie ma żadnego sensu ani celu. Niby zgaduję tylko, a tak naprawdę wiem to na pewno, bo to, niestety, drogi Maćku, masz wyryte na ponurej, zszarzałej i mętnej jak woda w kałuży twarzy pijaka. Facet z volvo już na mnie nie macha, myśli pewnie „głupia baba, ja ją przepuszczam, a ona stoi jak pizda“. Bo nie wie, nikt z tych wszystkich ludzi nie wie, że właśnie rozpierdolił się wszechświat na trzynaście i pół miliona kawałków, a ja te wszystkie drobiny zbieram, napycham sobie nimi kieszenie, żeby w domu każdy z nich dokładnie obejrzeć i spróbować dopasować do reszty. Skleić te niebotyczne, chaotyczne puzzle w coś kompletnego na powrót. Bo ten wszechświat zasługuje na to, by scalić jego truchło, choć mu to życia przecież nie zwróci. Ale trzeba to zrobić, by przyjrzeć mu się ostatni raz i pożałować, że skończył tak marnie, tak niezauważony, tak bez znaczenia. Jednak zanim to nastąpi musi się stać, to co się stać musi. Wplotę się w ten warkocz codzienności, związany wstążką rutyny. Poczekam na zielone światło dla aut, które zatrzyma pieszych na moment. Zatrzyma ich w niezadowoleniu, że płynąć im wartko zabrania. A ja przez szybę samochodu spojrzę w te wszystkie nijakie twarze i zobaczę w nich własne oblicze. Trudno być sobą, gdy nie ma się  już innego wyjścia. Gdy każda noc przynosi sny najgorsze z możliwych. Gdy nie chce się spać, gdy spać się chce ponad wszystko.



środa, 8 kwietnia 2015

piątek, 3 kwietnia 2015

ŚWIĘTY OD KOTÓW


Miałem taki sen: Hitler w wianku na głowie – na wianek składały się: fiołek wonny, firletka poszarpana, glistnik jaskółcze ziele, krzywoszyj polny oraz sit rozpierzchły -  wyszedł ze swojego bunkra rankiem. Zobaczył tęczę, piosnkę skowrończą usłyszał i zakląwszy szpetnie pod nosem, doszedł do takiej refleksji: „kurwa, jakim jestem gadem wynaturzonym, po co mi ta zagłada milionów? Nieładnie! Koniec z tym! Pomaluję świat dobrem!“ I tak też uczynił. W komorach gazowych z pryszniców lał się szampan, a we wszystkich barakach zainstalowano podgrzewane prycze oraz wielkie telewizory plazmowe. W powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy i drożdżówek z jagodami. Żydzi, Cyganie, Polacy oraz inni więźniowie siedzili tam z własnej woli, od rana do nocy grali w gry zespołowe i tworzyli poezję śpiewaną. Druty kolczaste zamieniono na kolorowe wstążki z odpustowych kiermaszy. Z wieżyczek strażniczych sypało się konfetti. Obudziłem się zlany potem. Przez moment tępo patrzyłem w sufit. Po co mi takie sny?
Ranek zaledwie otworzył jedno oko. Światło było niemrawe, rachityczne, płytkie jak oddech suchotnika. Rzeczywistość jest jeszcze ciągle w fazie rem; nie moja. Już nie potrafię długo spać. Spanie pijaka jest krótkie, konwulsyjne. Zapadam się w nim nazbyt gwałtownie, a potem się budzę, jakbym rozpaczliwie łapał oddech, bo ktoś wsadził mi łeb pod wodę. Usiadłem jak zwykle w kuchni, lekko pochylony do przodu, łokcie wsparłem na udach, dłonie podpierały głowę. Papieros tlił się w zębach. Popiół spadał na gołe stopy i pożółkłe paznokcie. Zgubiła mi się obcinaczka jakiś czas temu. Paznokcie boleśnie wbijały mi się w palce, zwłaszcza gdy chodziłem w tych brązowych, przymałych butach. Kurewsko mnie to bolało. Przed oczami tasowałem migawki z mojego życia, które się nigdy nie odbyło. Raz jestem królem, szpiegiem, smukłą blondynką z ogromnymi cyckami. Albo lepszym sobą. Jakim? Nie wiem dokładnie. Ale nie takim, co siedzi o czwartej nad ranem w kuchni i turla po stole pustą butelkę po wódce. Kilka godzin czekania aż otworzą pierwszy sklep w najbliżej okolicy.
- A gdybym był tobą? – kilka godzin później, już po sklepowym wybawieniu, stałem na ganku, w zębach znowu papieros; jedno oko zmrużone, by nie drażnił je dym. Palcem dźgałem ramię listonosza. - Tak, tobą. Mówię o tobie.
Listonosza to kompletnie nie obeszło. Z poważną miną odsunął mój palec.
- Gdybyś był mną, to byś się nie mógł tak opierdalać i udawać cierpiętnika. Zapieprzałbyś na żonę i dzieciaka. I umyj się wreszcie, śmierdzielu. – przerzucił ciężką torbę przez ramię i poszedł w stronę furtki, co mój bystry jak skalpel chirurga umysł odczytał jako koniec rozmowy.
Listonosz to prywatnie mój brat. Lepsza wersja mnie, jak pewnie sądzą inni. Wiadomo, rodzicom wyszło za drugim razem. Prototyp często idzie na straty.
Patrzyłem jeszcze przez chwilę, jak listonosz-brat uwijał się z korespondencją. Wrzucał ludziom do skrzynek głównie śmieci. Ulotki, gazetki reklamowe, rachunki za oddychanie. Wiem, że jak skończy, to idzie się pomodlić. Nie wiem, być może w intencji drzew, żeby był z nich papier na wieki wieków. Bo jak wszystkie listy przejdą któregoś dnia na elektroniczą stronę mocy, to listonosz zdechnie z głodu. Razem z żoną i dzieciakiem. Więc on będzie sobie zapierdalał, a ja? Ja w tym czasie wypalę ze dwie paczki szlugów, coś pewnie zjem, choć smaków nie czuję już dawno i znowu pokłócę się z Bogiem. O Hitlera i innych, że takich potworzył. Ostatnie jego dzieło w tym zakresie to ten chłystek, syn sąsiadów cztery domy dalej. Ma sześć lat i spojrzenie psychopaty. Widziałem trzy dni temu jak zakatował małego kota. Byłem zbyt pijany, by coś zrobić. Dopiero rano zabrałem z ich trawnika te wymęczone zwłoki. Pochowałem z tyłu, za domem. Nikomu nic nie powiedziałem o tym kocim zabójstwie. Nie mogę się wtrącać. To dzieło boże. Bóg ma jakiś plan. Właśnie. Czy ty masz jakąś formę, do kurwy nędzy? W której odlewasz tych wszystkich sukinsynów? Jakieś prawidło? Koło garncarskie do lepienia potworów z jakiejś popieprzonej gliny? Zawsze trzymasz gębę na kłódkę, jak o to pytam! Zawsze milczysz, zarazo, jak pytam o cokolwiek! W sumie... to mnie to chyba nie obchodzi. Wszystko i tak smakuje jak papier do tyłka. I tak wygląda. I te nasze rozmowy na jedną stronę. Co ja bym bez nich zrobił? A ty?
W każdym razie pogrzeb małego kota się odbył. Byłem na nim sam. Dół wykopałem plastikową łopatką, którą zwinąłem z piaskownicy jakiemuś smarkaczowi. Na rączce miała wytłoczoną kaczuszkę. Kot był naprawdę mały, ale chciałem zakopać go na tyle głęboko, żeby nie wywęszył go żaden kundel i nie wywlókł w nocy. Zwłoki wsadziłem do pudełka po butach, napisałem na nim KOT, zakryłem wiekiem i wsadziłem do dołu. Za dużo piję, jestem degeneratem, alkohol zeżarł mi mózg, bo to nie jest normalne. Każdy inny wrzuciłby tego kota do śmietnika, albo w ogóle nic  z nim nie zrobił. Zawracanie dupy. Ale nie. Uklepałem ziemię na tym kocim kurhanie. Z dwóch patyków zrobiłem krzyżyk. Związałem je po prostu sznurkiem i wbiłem w kopczyk. Nie wiem,  czy ten kot był wierzący. Poleciłem go twojej opiece, Boże, i poszedłem napić się wódki. Nazajutrz miał być nowy dzień i nowe sposobności, by go spierdolić.

Brat znow przyszedł. Wraz z kolejnym, ciężkim rankiem.       
- Zostaniesz na kawę?
- A masz? To zostanę.
- Teraz to się wkurwiłem – sapnąłem – Czy ty mnie masz za jakiegoś imbecyla? Czy ja bym ci proponował kawę, której nie mam? Czy ja ci wyglądam na księdza? Albo innego zbawiciela? Ja nie oferuję rzeczy, których nie posiadam. Które nie istnieją lub są wytworem zbiorowej halucynacji i chciejstwa!
- Zaczyna się... – westchnął brat. – Po prostu zrób mi tej kawy. Możesz?
Piliśmy ją w milczeniu. Chociaż ja z nim w myślach toczyłem rozmowę. Pytałem: czemu jest lepszy? Co o tym decyduje? Czy się taki urodził, czy się tego nauczył? Gdzie, do cholery? Chodziliśmy do tej samej szkoły, mieliśmy tych samych nauczycieli. Raz nawet chodziliśmy z tą samą dziewczyną! Z nim zerwała jako pierwszym, bo nie chciał jej przelecieć. W którym momencie nasze drogi się rozeszły, bracie? Piliśmy jednak kawę w milczeniu. Po chwili powiedział, że musi wracać do pracy. Chciałem, żeby już poszedł. I chciałem, żeby jeszcze został.
- Zamieńmy się. - usłyszałem swój głos. Czy ja mu kazałem coś mówić? - Zamieńmy się. – powtórzyłem znowu jakby bezwolnie.
- Dziś ja będę listonoszem, potem pójdę się pomodlić i do domu.
Brat nawet na mnie nie popatrzył.
- Ta? A co ja będę robił?
- To co ja.
Nic nie powiedział. Nie musiał. Wstał; torba wylądowała na ramieniu.
- Czemu ci na tym zależy?
- Bo nie mam dziś siły być sobą.
Brat tylko wzrusza ramionami.
- To nie bądź. Naprawdę muszę już iść.
- Ja bym dla ciebie to zrobił, gdybyś mnie poprosił. Tylko, że ty nie poprosisz! Bo gdybyś się zamienił, choćby na godzinę, to byś odkrył, w jakiej zasranej nijakości żyjesz! Gdybyś choć na moment zajrzał tam, gdzie ja zaglądam nieustannie, to byś na zawsze przestał chcieć być sobą. Mną też byś nie chciał być. I musiałbyś się unicestwić!
Brat popatrzył na mnie jak na desperata.
- Już nie wiem, kiedy ty bredzisz po pijaku, a kiedy bredzisz, bo... bredzisz. Idź do poradni. Pomożemy ci z Mariolką. Tylko musisz tego chcieć.
- Może za tydzień w środę będę chciał. Ale nie wiem, moje plany nie sięgają aż tak daleko.
Brat wyszedł wkurwiony, nie widziałem jego twarzy, ale nie musiałem. O co mu chodzi? Ja mu nie mówię, jak ma żyć.

Poszedłem zapalić świeczkę na grobie kota. Pod ręką miałem tylko starą świeczkę na tort. Wetknąłem ją w koci kurhan i odśpiewałem „sto lat“. Nie, kocie, nie robię sobie jaj z Twojej śmierci. Jest mi żal. Płaczę. Widzisz to ze swojego kociego nieba?
Tego dnia nie zamieniłem się z bratem na życia. Namalowałem za to portret seryjnego mordercy psychopaty, o którym trąbią wszystkie media. W rzeczywistości był zupełnie nudny i bez wyrazu. Twarz okrągła jak piłka, tłuste podgardle, małe oczy, prawie bez rzęs i otwór gębowy. Miał też nozdrza, ale nic więcej o nich nie można było powiedzieć, oprócz tego, że są. Doszedłem do wniosku, że ja też na jego miejscu mordowałbym masowo, idąc w setki lub nawet w tysiące. Z takim wyglądem nic innego człowiekowi nie pozostaje. Musi robić coś, co go wyróżni z szarej bezkształtnej masy wyrobów człekopodobnych. Mógły, co prawda, zrobić coś spektakularnie dobrego, ale to za trudne. Spektakularne zło to łatwizna. W każdym razie na moim portrecie miał pociągłą twarz, ładny nos typu rzymskiego, grube, mięsiste usta amanta i wielkie oczy. Pomyślałem, że jak go kiedyś złapią i wsadzą do pierdla, to mu ten portrecik podeślę. Napiszę mu też list, wyjaśnię mu kim jestem. Że też nie mam łatwego życia, a mimo to nie jestem aż takim sukinsynem jak on. Tylko że tak samo jak on nie walczę ze swoimi słabościami. Nie toczę wewnętrznego dżihadu. Pokonała mnie koleżanka wódka, a jak wiadomo – kobiet się nie bije - więc się poddałem. I teraz każdego dnia płacę za to poddaństwo wysoką cenę. Bo z każdym kolejnym dniem koleżanka wódka konserwuje we mnie wszystkie wady, wzmacnia je, daje im witalnej siły do wypuszczania coraz to nowych, mocnych korzeni. Czuję w środku jak się wiją. Jedne oplatają drugie; nie da się ich już rozdzielić. Tworzą jednolitą masę wewnętrznego zepsucia, która wydobywa się ze mnie koszmarnymi nawykami, złamanym charakterem. Żarłoczne korzenie trzeba regularnie podlewać, jeśli się tego nie robi, w odwecie szarpią trzewia, wwiercają się w mózg, ściskają serce. Co mam zrobić w obliczu tego gwałtu? Podlewam. Podlewam. Podlewam. To moje wyznanie winy. Jak wyglądałoby twoje, seryjny morderco z ładnego portretu?

Ktoś puka w drzwi ganku. Nie spieszę się, żeby otworzyć. W drzwiach stoi zakonnica.
- Niech będzie pochwalony – jakoś tak odruchowo ze mnie to wychodzi. Efekt wychowania, utrwalony tresurą zwyczaj. Matka była wierząca. Nie pamiętam w co. Zakonnica chce rozmawiać. Po co? O czym? A... to ty ją przysłałeś? Samemu nie chce ci się ze mną gadać? Nie, jednak nie w tej sprawie. Kobieta w habicie chce datków. Otwierają przytułek niedaleko.
- Świetnie, uśmiecham się do niej. - A więc jakby co, będzie to mój nowy adres.
- Aż tak panu źle idzie w życiu?
- Właśnie dobrze.- uspokajam ją.- Czy to nie wy uczycie, zgodnie z wolą Najwyższego, że ubóstwo to cnota? Że trzeba się wyzbyć doczesnych przeszkód na drodze do totalnej duchowości? Ja się wyzbyłem. Prawie.
Zakonnica nie wiem, co o tym myśleć. Ale domyśla się, do czego to zmierza.
- Więc nic nie mam, co mógłym pani... przepraszam, siostrze dać. Chyba, że puste flaszki na wymianę. Sprzeda je siostra w skupie. To może być mój datek.
Czekam chwilę na jakąś reakcję, ale jakoś jej to nie nęci.
- Pan ma problem z alkoholem?
- Nie, a siostra?
- Przecież pan pije.
- To przez Jezusa. Po co zamieniał wodę w wino? Nie mógł na odrót? Zły przykład nam dał.
- To nie tak. – zakonnica się irytuje. Czyli ma w sobie jeszcze jakieś ludzkie odruchy.
- A jak? Zrobił to dla popisu? Chwalił się? Jak na konkursie zasranych talentów?   
- Pan bluźni!
- Nie pierwszy raz – uspokajam ją. - Ale dzięki temu macie kogo zbawiać, sprowadzać na dobrą drogę i takie tam.
Zakonnica nie chce już dłużej rozmawiać. Interesów wspólnych mieć nie będziemy. Nawet jestem pewien, że gdy pewnego dnia zapukam do tego przytułku, to mnie nie zechcą. Z jakiegoś powodu nie budzę sympatii.
Gdy zakonnica wychodzi, udaje mi się jeszcze zaciągnąć ją do grobu kota. Tkwią w nim już cztery świeczki od tortu.
- Czy w niebie jest miejsce dla zwierząt?
Zakonnica już nawet nie chce odpowiadać. Ma już dość tych gówniarskich prowokacji. Dopiero nad tym kocim grobem zobaczyłem, co ma w oczach. Zmęczenie i dziwne, jak na jej stan „cywilny“, zniechęcenie. Jakby już tylko zaledwie tliła się w niej wiara w powodzenie tej całej misji od Boga. Postanowiłem zagasić ten mizerny ogień do końca.
- Pomodli się siostra ze mną w intencji przedwcześnie i tragicznie zmarłego małoletniego?
Zakonnica zbladła.
- To... dziecko?
- Dziecko. Kocie dziecko. To coś zmienia? Cierpiało tak samo jak ludzie.
- Obraża pan Naszego Pana. - odchodzi. Ogień w niej jeszcze nie zagasł; kwestia czasu. A może nie?
- Co mam zrobić? – krzyknąłem za nią - Przynajmniej okazałem miłosierdzie, po fakcie, ale kot miał chociaż godny pochówek! I przynajmniej po śmierci ma kogoś, kto o niego dba. W pewnym sensie, ale dba!
Zakonnica zniknęła za rogiem.
- Przepraszam, kocie. - pochyliłem się nad mogiłą. - Na razie życia wiecznego jeszcze ci nie załatwiłem, ale nie traćmy wiary, okej? A w ogóle to trzeba nadać ci jakieś imię. Pomyślę o tym. Głupio mi się tak do ciebie zwracać... nijak.
Nigdy nie miałem żywego pupila. Teraz mam martwego. Właściwie na to samo wychodzi. Masę z nim trosk. I roboty.

Kolejne dni przechorowałem. Może to była zemsta tego z góry? Nie wiem, gdzie zaczynał się dzień, a gdzie kończył. Podobno było ze mną bardzo źle. Podobno brat wzywał do mnie karetkę dwa razy. Podobno byłem agresywny i kogoś pobiłem. Podobno wniesiono sprawę przeciwko mnie. Te ulotne wypadki minionych dni po raz kolejny utwierdziły mój zdegradowany i rozrzedzony alkoholem umysł w przekonaniu, że nic nie jest na pewno. No, może tylko to, że się urodziłem, w porządku. No i banalnie trzeba stwierdzić, że umrę też na pewno. Resztę dni między tymi nic nie znaczącymi, w moim przypadku, wydarzeniami trzeba wypełnić jakimiś „podobno“. Robię to skrupulatnie. Tylko to mi tak naprawdę nieźle wychodzi.
W dochodzeniu do siebie po dniach naznaczonych chorobą pomagał mi brat; jednak posiadanie rodziny ma czasem walory praktyczne. Oczywiście, nie padliśmy sobie w ramiona, nie było łez wzruszenia, że jednak przeżyłem; nie obiecywałem, że zaprzestanę tak żyć, że przejdę przemianę na poziomie komórkowym. Nie. Brat prowadził mnie do kibla, żebym nie srał pod siebie. Dawał mi jeść i czytał gazety. Jednego wieczoru tylko wylazł na chwilę ze swojej wypielęgnowanej skorupy nijakości. Gadaliśmy o matce.  Że nam wzięła i umarła w samo południe. Jak rewolwerowiec. W scenie śmierci zabrakło jedynie tych turlających się krzaków, gnanych wiatrem, które przetaczają się przez ekran, gdy w telewizji leci western. W dzieciństwie widziałem ich sporo. To był jedyny rodzaj filmów, które mogliśmy z bratem oglądać po godzinie dwudziestej. Matka tylko zasłaniała nam oczy, jak pojawiała się goła baba z cycami. Jak się całowali, to mogliśmy patrzeć bezkarnie.
- Brakuje ci jej? – spytałem, gdy brat pogrążył się w zbyt obfitym milczeniu.
- Właściwie nie. Zrobiła, co miała zrobić i odeszła. Urodziła nas, wychowała. Tyle.
- I do tego to się sprowadza? Do wykonania obowiązków biologiczno-społecznych, a potem wypad? Do ziemi? I to mówi ktoś, kto codziennie lata do kościoła, żeby się pomodlić? To o co się modlisz?
- O ciebie. Żebyś się już wreszcie zachlał. Żebym nie musiał się z tobą widywać, wysłuchiwać tych żałosnych pierdół i tak jak teraz, latać z tobą do kibla. Marnujesz swoje życie, twoja rzecz. Ale czemu marnujesz też moje?
- W tym twoim kościele nie uczą przypadkiem miłosierdzia, bracie? – uśmiechnąłem się, a on wstał i poszedł w stronę drzwi. Złapał za klamkę i odwrócił się jeszcze.
- Jakaś zakonnica tu była kilka dni temu. Pytała o ciebie.
Brat wyszedł. Zrozumiałem, że mój okres rekonwalescencji dobiegł tym samym końca.

Następnego dnia byłem jeszcze słaby, ale jakoś dowlokłem się do sklepu. Ma się ten chart ducha. Siedziałem na ganku, piwo wlewałem niemal prosto do przełyku, taki byłem spragniony. Przy furtce pojawił się habit calusieńki wypełniony od środka znajomą zakonnicą. Zaprosiłem ją gestem, by weszła. Przysiadła obok. Zerknęła na mnie, raz, drugi, jakby chciała nacieszyć oczy tym, że jednak żyję.
- Jak się pan miewa? – zaczęła rozmowę, jak byśmy byli parą dobrych znajomych.
- Zostałem ocalony. Chyba stało się tak dlatego, że nie wyjaśniłem z siostrą pewnej sprawy. Kot...
- Nie, nie, to ja chciałam coś wyjaśnić – przerwała mi stanowczym, ale miłym tonem. Była o wiele bardziej otwarta niż podczas pierwszego spotkania. – Miał pan rację z tym kotem. Nie wiem, czemu wtedy tak od pana uciekłam. Ludzie zazwyczaj nie są ze mną tacy szczerzy. Mam z nimi powierzchowny kontakt.
- Chce siostra głębszego? Proszę bardzo. Mam słabość do kotów, bo kiedyś, za dzieciaka, miałem takiego śmiesznego grubaska. Był czarny, miał biały brzuch i białe wąsy. Którejś niedzieli, kiedy matka była w pracy, ojciec zrobił obiad. Kurczak był jakiś inny, ale i tak go zjedliśmy z bratem. Po obiedzie ojciec obtarł pysk mankietem i zapytał, czy nasz kotek nam smakował. Nienawidził go i wreszcie się zemścił. Rzygałem przez trzy godziny. Ojciec trzymał mi głowę nad kiblem.
Zakonnica patrzyła na mnie badawczo, nie drgnął jej ani jeden mięsień na twarzy. Naprawdę zrobiła niesamowite postępy od pierwszego  spotkania.
- Dobra, nigdy nie miałem kota. Ani żadnego nie zjadłem. – spokojnie dopiłem piwo. Zakonnica przerzucała w dłoniach mały, okrągły kamyk. Kawałek kwarcu. 
- A pan ma jakieś imię, pożeraczu wyimaginowanych kotów?
- Mam, ale nie używam.
Nie zdziwiła się.
- A siostra ma jakoś na imię?
- Rodzice dali mi Julia. Ale w zakonie zmieniłam. Od dziesięciu lat jestem Afrą. To patronka zaniedbanych dusz i kobiet pokutujących. - patrzyłem na nią w milczeniu. - Każdy ma swojego patrona. – ciągnęła. - Nawet wytwórcy gwoździ. Święty Chlodwald nad nimi czuwa.
- Chryste Panie...
- Są też patroni chorych. – uśmiechnęła się - Jak będzie pana bolał ząb, to niech pan prosi o wsparcie świętą Apolonię albo Błażeja.
- Przyniosą mi tramal?
- Nie, duchowe ukojenie.
- A co z dentystami?
- Im też patronuje święta Apolonia.
- No to widzę tu sprzeczność interesów.
Zakonnica wzruszyła ramionami. Pewnie się nad tym w ogóle nie zastanawiała. Ja też już nie miałem ochoty o tym myśleć.
- Napije się siotra ze mną? Wódki? – to była poważna propozycja.
- Właściwie to już pójdę. A pan jest jeszcze chyba zbyt słaby na mocny alkohol. – zaczęła się śmiać, gdy dorał do niej sens tej wypowiedzi. Gdy przestała, skinęła lekko głową na pożegannie i poszła w stronę furtki.
- To po co siostra w ogóle przyszła? – byłem po prostu ciekaw.
- Jest pan duszą zaniedbaną. – rzuciła znad ogrodzenia.
- I tak mnie siostra nie zbawi.- zabrzmiało to bardziej buńczucznie niż miało.
- A może pójdzie pan jutro ze mną na wycieczkę? – ta propozycja naprawdę mnie zaskoczyła.
- Po co? Przecież sama siostra mówi, że jestem jeszcze słaby.
- Przyjdę po pana o siódmej. Da pan radę tak wcześnie wstać?
- Niech siostra nie przychodzi. Nie będę nigdzie łaził. Tu mi dobrze. - zszedłem z ganku i poszedłem na tył domu. Na bank przez te wszystkie dni nikt nie odwiedział grobu kota.

A jednak przyszła i to kwadrans przed siódmą. Miała mały plecak i sportowe sandały. Ja już nie spałem od brzasku, ale myślałem, że jednak da mi spokój.
- Nie macie jakiś habitów spacerowych? Chyba się siostra nie będzie włóczyła w tych szmatach po krzakach? – mój ton irytacji uzyskałby maksymalną ocenę w konkursie irytacja roku.
- Nie będziemy chodzić po krzkach, tylko po szlakach. No, raz, dwa, niech pan wkłada buty.
Więc poszliśmy na wycieczkę, jak chciała. W połowie dnia zrobiliśmy przerwę, wyciągnęła kanapki i termos. Grzecznie odmówiłem. Miałem ze sobą jedzenie w płynie.
- Moja babcia wpoiła we mnie silną wiarę. – odezwała się, gdy dokładnie przeżuła pierwszy kęs chleba - Święcie wierzyła, że jest upadłym aniołem. Czuła bóle fantomowe po utraconych skrzydłach. Czasem tak bolało, że wyła po nocach. Ja modliłam się wtedy żarliwie do Bozi, żeby oddała babci te jej skrzydła. Ale cud się nie zdarzył. Teraz wiem, że babcię tak bolały plecy, bo dziadek ją bił. W dół pleców, w nerki, żeby nie było widać. Ból rozchodził się promieniście. Babcia nigdy żadnych skrzydeł nie miała.  
- Za to miała męża skurwysyna.
- Lub też dźwigała po prostu swój krzyż. – chwilę milczała – Nigdy wcześniej nie miałam pod opieką mężczyzny.
- Jestem zaszczycony. – ironia zabrzmiała z taką mocą, jak chciałem.
- Zresztą... to chyba bez różnicy, prawda? Zaraz po nowicjacie opiekowałam się starszą kobietą. Umierała na raka. Przed śmiercią chciała pogodzić się z córką. Nie rozmawiały ze sobą, odkąd córka wyszła za mąż... Nie pytałam dlaczego. Kobieta poprosiła, żebym wzięła kartkę i długopis i zaczęła mi dyktować list: szklanka mąki, pół szklanki cukru, cztery jaja... Pomyślałam, że majaczy od środków przeciwbólowych. To chce pani napisać do córki? Zapytałam ją.  A ona się uśmiechnęła i ze spokojem powiedziała mi tak: moja Natalia jest tak uparta, że i tak tego nie przeczyta. Więc co za różnica, co jej napiszę w tym liście? Przecież to chodzi o moje intencje, siostro. A one są dobre. Niech siostra pisze dalej. To przepis na świetne ciasto ze śliwkami.
- No i? Co to ma wspólnego? Z czymkolwiek?
- Nic. To taka opowieść. Trochę smutna, a trochę zabawna. Jak życie. Pana też takie jest. I moje...
- Niech siostra nie uprawia takiej tandetnej filozofii. Pieprzenie bzdur. Nie da się tak wszystkiego uśrednić. Na tym właśnie polega wasz problem. Wrzuciliście ludzi do jednego worka i oferujecie im ten sam rodzaj zbawienia. Wierzyć i umrzeć. Czy tam na odwrót. Zwykłe pierdolenie.
Zakonnica przyjęła mój wywód z pokorą, skończyła kanapkę. Nalała sobie herbaty.
- Chodziło mi tylko o to, że w życiu ważne są nasze intencje. Każdy ma jakieś. Pan na pewno też.
- Nie wiem. Ale za to kiedyś chciałem być muzykiem. Nieźle mi szło.
- O, a na czym pan grał? – wyraźnie się ożywiła.
- Na puzonie.
Zakonnica się uśmiechnęła; widziałem, jak się cieszy, że odkrywa we mnie człowieka. Pewnie sobie roiła, że rodzi się między nami nić przyjaźni. Spojrzałem na nią, zmierzyłem od czubka sandałów po czubek tego czegoś, co miała na głowie.
- Dobra, chce siostra wiedzieć, jakie są moje intencje? Złe. Nie dotykałem żadnej kobiety od pięciu lat. Dałbym wszystko, żeby teraz jakąś wyruchać. Da mi się siostra wyruchać?
Zakonnica zbladła, a potem zrobiła się czerwona jak książeczka Mao. Dałbym sobie nogę uciąć, że się zawstydziła. Czyli miała jeszcze instynkt samicy. Postanowiłem się dłużej nad nią nie pastwić. Wstałem i odszedłem w swoją stronę. To załatwiło sprawę na wiele następnych tygodni.

Minęło lato. Październik zagryzł wrzesień, a potem ustąpił pod naporem listopadowej hegemonii. Stałem na ganku; obolały łeb, ciężkie ręce, kloc w brzuchu. Jesienią zawsze czułem się gorzej. Obserwowałem świat spod na wpół przymkniętych powiek. Przy furtce zamajaczyła znajoma sylwetka. To była zakonnica. Przyszła się ze mną pożegnać. Powiedziała, że nie ma już żalu za tamto, po prostu zrobiło jej się przykro. Nazajutrz wyjeżdża na jakąś misję, nie wie, kiedy wróci. Przyniosła mi małego, burego kota.
- Lepszy taki niż nieżywy, prawda? – uśmiechnęła się.
- I co? Ma ze mną mieszkać?
- Niech mu pan wymyśli jakieś ładne imię. – naprawdę wierzyła, że sprawia mi radość.
- Przecież to nie ma sensu. Przecież ze mnie już nic nie będzie. Dobrze siostra to wie.
- A może zostanie pan świętym? Od kotów?
- A to jeszcze nie ma takiego? - złapałem kota za futro na karku, żeby mu się lepiej przyjrzeć.
- Jeszcze nie.
Zakonnica odeszła. Kot otarł się o moje nogi. Jesień będzie mniej samotna niż zazwyczaj.

/OPOWIADANIA ZOSTAŁO OPUBLIKOWANE WE WRZEŚNIOWYM (2014) NUMERZE "CHIMERY" JAKO OPOWIADANIE MIESIĄCA/


środa, 1 kwietnia 2015

WYRAZY UZNANIA

Ów dzień zaczął się rzęsistym deszczem, a skończył rzęsistymi oklaskami. Zwykłość dnia powszedniego zrzuciła wylinkę i oto oczom moim, które są ze mną od dnia narodzin, ukazał się majestatyczny Papilio Lorquinianus. Ciało z miejsca zaczęło rezonować wzruszeniem szczerym. Wszystkie oczy zgromadzonych licznie i bez przymusu wlepione we mnie, wszystkie zęby wyszczerzone w uśmiechach, wszystkie poklepywania wylądowały na moich ramionach. Oto chwila chwały, myślę sobie. Szampan zaszumiał w kieliszkach jak Stumilowy Las. W głowie kręciło się jak na karuzeli. Krewetki, sosjerki, cynaderki, galanteria, kokieteria. Wszystko na moją cześć, wszystko to dla mnie. Więc, cóż było robić? Wyrazy uznania wszystkie wzięłam osobiście do siebie.

Mają się u mnie dobrze, dziękuję. Gdyby ktoś chciał wiedzieć lub wykazywał w tym zakresie stosowną troskę. Mieszkają w małej zagrodzie, od północy osłoniętej od porywistego wiatru. Przed słońca prażeniem chroni je rozpostarty parasol, od którego rytmicznie odbijają się krople deszczowe, gdy pada. Zimą wstawiłam im piecyk kaflowy. Piecuszą się przy nim wszystkie, oprócz jednego, gdyż ten miał pradziadka z Norwegii. Wyglądają dorodnie i chyba są szczęśliwe, ale odkąd wyczytałam w poradniku o pożółkłych stronicach pachnących złowrogo pleśnią, że wyrazy uznania to organizmy jednoroczne... to żal mnie ogarnął nieopisany. Ich żywotność obejmuje zaledwie trzysta sześćdziesiąt parę dni, a potem odchodzą. Karleją, maleją, coraz trudniej im się poruszać i już tak nie rzucają się w oczy jak wcześniej, aż w końcu nikną zupełnie. I jeśli ktoś, tak ja jak, przywykł do przebywania w ich miłym towarzystwie, to czuje nagle pustki tu i ówdzie, a najbardziej to wszędzie. I tęsknić zaczyna za tymi wszystkimi wyrazami uznania, które dostał w tak miłych okolicznościach i o które tak dbał pieczołowicie przez okrągły rok. Które znał z imienia i nawyków. Zabawnych przyzwyczajeń i apetytów na różne różności. Znosił ich gorsze nastroje i podtrzymywał na duchu, gdy podupadały na nim zaziębione lub pełne zwątpienia w świat, w którym przyszło im żyć. Tak krótko, ale tak treściwie... Jedne przychodziły się łasić do nóg mych od razu, gdy zjawiałam się rankiem w ich zagrodzie. Inne obserwowały mnie z kątów, nie często obdarzając mnie zaszczytem bliższego kontaktu. Ale wszystkie one były moje... aż do tej okropnej chwili, gdy tamtego ranka zobaczyłam pustą zagrodę. I pustkę w podołku nieopisaną poczułam. Ale w chwilę potem zamajaczył strzęp nadziei: a może dostanę nowe? Może ktoś je wyśle pod moim adresem? Z trzepoczącym sercem pobiegłam pod furtkę, z drżeniem rąk uchyliłam rąbka tajemnicy skrzynki pocztowej.
I... nic. W tym roku wyrazów uznania nikt mej osobie nie wysłał. Późnym, sepiowym popołudniem, za to, do drzwi zakołatały wyrazy zażenowania i dezaprobaty. Od dalekich i bliskich. Tłoczyły się na zadaszonym ganku.
Nie otworzyłam.
Udałam, że nikogo nie ma w domu.
Braw nie było.
Ani rzęsistego deszczu.
Ale niesmak pozostał.
A pasta do zębów wyszła, lecz nie raczyła powiedzieć, kiedy wróci.
Nie rozmawiamy ze sobą już od jakiegoś czasu nic a nic.
Sprawa gardłowa.

I tyle.