wtorek, 31 marca 2015

W przeźroczu samotności...



gdy spoglądam w głąb siebie
widzę wyspę niezamieszkałą
nienazwaną
nienawykłą innych ludzi oglądać
dotykać
chwil cennych dla nich trwonić
nie wylewać po nich żali
i łez wymiętą chustką
w owal twarzy nie wcierać
gdy znikają za horyzontem
niewydarzeń.

***

na kolodionie: Żaneta

niedziela, 29 marca 2015

Julia pochmurnego popołudnia...




... spojrzała na mnie już nie dziecięcym spojrzeniem. Spojrzeniem jeszcze nie dorosłym. Ale takim, które mieści w sobie moc tysiąca spojrzeń. I nie mogę przestać myśleć, jak wiele kryje w sobie znaczeń... Dziękuję Ci Julio, że mogłam Cię sfotografować.

***

przed obiektywem: Julia
stylizacja: Magdalena Berny
fotografie powstały podczas zlotu w Złodziejewie



poniedziałek, 23 marca 2015

NIE TRACIĆ GŁOWY.

Do domu szło się jasną, żwirową alejką. Ani wąską, ani szeroką, na której swobodnie mogły się minąć dwie osoby, nie potrącając się zupełnie i nie naruszając swego terytorium cielesnego. Mogły minąć się bez słowa, wymieniając się jedynie spojrzeniem: uprzejmym, obojętnym, albo pełnym wyrzutu. Żadne z tych spojrzeń nie stało się mym udziałem, bowiem nie wymijałem na alejce żywej duszy, a i żadna martwa nie rzuciła mi się w oczy. Alejka kończyła się trzystopniowym wejściem do domu. Drzwi były solidne, drewniane, wstawione tu zaraz po wybudowaniu domu, czyli ponad sto lat temu. Skąd to wiem? Ponieważ z zawodu jestem cieślą. Jak Święty Józef, ale daleko mi do niego. Nie wywodzę się z rodu Dawidowego, nie byłem, nie jestem i nie będę oblubieńcem ciężarnej dziewicy. Nie stanę się też bohaterem żadnego świętego obrazka. Już nie. 
Drzwi, których wiek nie był dla mnie trudny do oszacowania, od czasu wstawienia w progi domu, pomalowano zapewne kilka razy; ostatnią warstę farby położyła na nie obecna mieszkanka domu. Katarzyna. Imię godne carycy. Więc caryca chciała mieć czerwone drzwi, w odcieniu malinowym, by przekroczenie progu jej domostwa było niczym obietnica słodkiej przygody.
Przygoda?
Owszem.
Ale mało słodka.

Katarzyna otworzył mi drzwi z uśmiechem. Z uśmiechem godnym carycy.
- A więc ty jesteś Robert? Na zdjęciu wydawałeś mi się wyższy.
- To cię jakoś martwi? – zapytałem, gotowy na to, że to przyziemne rozczarowanie położy kres spotkaniu, które zaledwie zaczęło się tlić. Katarzyna zmierzyła mnie od stóp do głów. Nie było to spojrzenie ani łaskawe, ani ciekawe. Przypominało mi raczej szacowanie przydatności do spożycia jakiegoś zwierzęcia rzeźnego. A u mnie ani podgardla wydatnego, ani łopatki nazbyt szerokiej, a schaby zrzuciłem kilka tygodni temu, kiedy zacząłem ćwiczyć. Jednak ocena wypadła na tyle przyzwoicie, że usłyszałem:
- Możesz weść. Poznamy się lepiej i pewnie wtedy urośniesz te parę centymetrów moich oczach.
Katarzyna uśmiechnęła się ni to ciepło, ni to kurtuazyjnie i otworzyła drzwi szerzej. Znalazłem się w przyjaznej sieni, w której pozbyłem się lekkiej jesiennej kurtki.
Katarzyna zaprowadziła mnie do przeszklonej werandy. Szła przede mną boso, w lekkiej bawełnianej sukience, która opinała jej pośladki i spływała lekko do samych kostek. O ile dobrze zapamiętałem z tych krótki spojrzeń, które zdążyliśmy wymienić w progu, miała brązowe oczy, a właściciwie koniakowe. Sukienka za to była w kolorze lazurowego nieba i pięknie z tym koniakiem współgrała. Katarzyna usiadła w fotelu, a właściwie zapadła się w jego fałdach; przyjął ją jakby czekał na jej powrót z utęsknieniem. Była w tej scenie pewna tkliwość. Katarzyna musiała się czuć bardzo swobodnie, była w końcu tu panią na włościach, a do tego ten fotel - poplecznik, w każdej chwili zdolny, by się przepoczwarzyć w wielkiego rycerza i bronić swej pani sercem i mieczem.
- To taki werandziany transforemers. – nie wiem czemu, ale po prostru zwerbalizowałem swoje skojarzenie.
- Słucham? – Katarzyna zerkała zaskoczona. Przechyliła głowę nieco na bok, pokazując mi swój bardzo pociągający półprofil.
- Nic, tak jakoś... Bardzo tu ładnie. I pani czuje się tu tak... na miejscu.
- Bo to moje miejsce. Na tej werandzie spędziłam prawie całe życie. Moja matka mnie tu urodziła, na podłodze. Zrobiła to sama, bez niczyjej pomocy. Śpię tu nawet czasami, tuż przy oknach. Lubię patrzeć prosto w oczy Księżyca. Pojedynkujemy się w pełnię, kto dłużej wytrzyma i nie mrugnie. – powiedziała to bardzo serio, jak spiker czytający informację o zamachu bombowym, w którym zginęli ludzie.
- Jeśli mnie pani nabiera, to przynajmniej ma pani wyobraźnię.
- Myślałam, że mówimy sobie na „ty“. To po pierwsze. A po drugie, z jakiego powodu miałabym cię nabierać? Mówić o sobie nieprawdę? Nie muszę upiększać swojego życia, jest wystarczająco barwne. Zaczynając od wnętrza... – Katarzyna w oka mgnieniu chwyciła niewielki nożyk do obierania owoców, który leżał w salaterce z jabłkami, a na który wcześniej nie zwróciłem uwagi. Nożykiem nacięła przegub morelowej dłoni. Nie wiem, czy większym szokiem było jej nonszalanckie samookaleczenie się w obecności obcego człowieka, czy to, co wypłynęło na powierzchnię skóry. Katarzyna patrzyła na mnie spokojnie; było pewne, że robi to nie po raz pierwszy. Na rozkrojonej skórze wikwitło kilka kropli krwi, lecz nie była czerwona. To była na wpół przezroczysta ciecz, która mieniła się różnobarwnie, w zależności pod jakim kątem padało na nią światło. Jak plama benzyny na asfalcie.
- To... imponujące, muszę powiedzieć – udało mi się sklecić to mało oryginalne zdanie po dłużej chwili milczenia. Katarzyna ze spokojem przyłożyła husteczkę na krawiące miejsce.
- Często pani robi ten spektakl? – dodałem z niekłamaną ciekawością, ale niestety moje słowa zostały przez nią odebrane jako ironia.
- To nie jest żaden spektakl. Zachowuje się pan jak niedowiarek, więc przedstawiam panu twarde dowody. Jak w sądzie.   
- Ale nie jesteśmy w sądzie, a pani wcale nie musi się bronić. Ani niczego mi udowadniać. – znowu moje słowa zabrzmiały nie tak, jakbym sobie tego życzył. Nie chciałem tego szeleszczącego papierowego tonu urzędnika, którym przecież nie byłem. Ta dziwna intencja zarzutu wychodziła ze mnie tak mimowolnie. Tylko, że gdybym zaczął za nią nagle przepraszać, byłoby jeszcze gorzej.
- Przez internet sprawiałeś o wiele sympatyczniejsze wrażenie. Twoje maile były dowcipne i inteligentne. Więc jak cię zobaczyłam w drzwiach, to jednak poczułam lekki zawód...
- To z powodu niewystarczającego wzrostu, już wspominałaś. – tym razem to już był ton pretensji. Znowu niechcianej, niezamierzonej! Dlaczego nie mogłem być po prostu sobą, swobodnym sobą przy tej niezwykłej kobiecie?
- Byłoby wskazane, żebyś mi nie przerywał. – Katarzyna była zniecierpliwiona moim grubiaństwem. Nie mogłem mieć do niej pretensji. Przestała przyciskać chustkę do rozciętego nadgarstka, odłożyła ją na stolik; mieniła się jak pryzmat. Resztki zaschniętej różnobarwno-transparentnej krwi Katarzyna zlizała koniuszkiem języka. Mogłem to odczytać jako zaproszenie, lecz wolałem nie ryzykować.
- A ty? Masz w sobie coś niezwykłego?
Przyłapała mnie. Na przeciętnej, mało znaczącej egzystencji, którą wiodłem od dnia narodzin, aż do tego momentu. Miałem za sobą blisko czterdzieści przeżytych lat, w których tak niewiele się działo. Uderzyło mnie to dopiero teraz, przez Katarzynę, przez to pytanie, które zadała mi jakby od niechcenia, a jednak z widoczną intencją poniżenia mnie w obliczu jej własnej niezwykłości.
- Jestem zwyczajny. I jeśli to cię w żaden sposób nie satysfakcjonuje, to mogę wyjść. Choćby zaraz.
Katarzyna uśmiechnęła się dobrotliwie. Najwidoczniej postanowiła mi wybaczyć ten drobny foch.
- Mylisz się. Jesteś idealny. Myślisz... że mógłbyś stracić dla mnie głowę? – popatrzyła na mnie koniakowym wzrokiem.

Katarzyna bez słowa wyswobodziła się z objęć werandowego fotela i gestem poprosiła mnie, bym poszedł za nią. Jej błękitna sukienka powiodła mnie na górę, do sypialni, gdzie moja głowa została bezpowrotnie stracona.
Katarzyna zatknęła ją na żerdzi w ogrodzie. Zachodzące słońce przeglądało się w martwych, matowiejących oczach. 










piątek, 20 marca 2015

Dom dusz...



w pokoju
niepokoju
z duszami
o dusznej
bezduszności
rozmawiać
chcę...

***

przed obiektywem: Małgosia
make up: Jola Boska
dom dusz:  Domnumer 10

czwartek, 19 marca 2015

Sensualnie.









Sama
w ciszy
na wypalanej podłodze
bez swetra
w pióra obrastam
i czekam
pomyślniejszego wiatru...

***


sensualna: Marta
stylizacja: Maura Ładosz, Marzena Deryło

poniedziałek, 16 marca 2015

W samo południe...


gdy błękit nade mną i ścieżka rdzawa,
stoję tam, pośród brzóz, czekając czegoś...?
sama nie wiem.
Może ciebie,
Może nie.

***


pośród brzóz: Karolina
make up: Daria Szlenk
stylizacja: Marzena Deryło
w roli psa: Bezia :)

środa, 4 marca 2015

La Fleur





Rosną tam dzikie kwiaty, spłoszone.
Nie nawykłe do ręki ogrodnika.
Nie nawykłe, by je więzić w inspekcie.
Nie nawykłe, by je brać do bukietów.
Nie nawykłe, by je tulić w butonierce...

***


przed obiektywem: Ola
stylizacja: Marzena Deryło, Maura Ładosz

poniedziałek, 2 marca 2015

Dziewczęta z kolodionu







Podróżujemy w czasie.
I nie chce się wracać do chwili obecnej, chociaż trzeba.
Choć nic tam po nas w przeszłości.
Jednak wracać do dni przeszłych, prze-biegłych będziemy.
Bo magii tam na łokcie.
I poezji połać niezmierzona czeka.


***

na kolodionach: Magdalena, Ida, Ola, Żaneta.