środa, 28 stycznia 2015

Powidoki







Pierwsze w życiu kolodiony... Przypominają wizje szalonego umysłu, a to po prostu moje siermiężne zmagania z jakże trudną techniką, nie bez przyczyny zwaną szlachetną.

***

warsztaty z mokrego kolodionu u Piotra Pietrygi


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Irmengard...








Irmengard urodziła się za dwie szósta. Jej krzyk zbudził starą zmierzchnicę. Teraz śpi. Pod powiekami ma niebieskawą niepamięć.

****


przed obiektywem: Marzena
miejsce: Domnumer10

środa, 14 stycznia 2015

W nostalgicznej przewlekłości... (kolor)











... chodzimy to tu, to tam, robiąc obrazki ze światła, i cienia, i tego, co mamy w środku.


***

przed obiektywem: Kasia 
make up: Karolina Wawrzyniak

sobota, 10 stycznia 2015

wtorek, 6 stycznia 2015

JADĄ CYGANIE!

„Jadą Cyganie!“ stawiało wszystkich w miasteczku na baczność. Niosło się to od chałupy do chałupy, przelatywało po piętrach kamienicy, przeskakiwało z dachu wieży kościoła na magistrat, hulało w podcieniach arkad na ryneczku. W końcu dolatywało i do nas, zazwyczaj niesione na ciężkich, ubłoconych butach ojca, który wpadał wprost z pola do sieni. „Jadą tu! Psia ich mać! Na co czekacie?!“ Babka ryglowała drzwi, ciotka wybiegała z sieni, ubrana, bądź nie, wyłapać wszystkie kury z podwórka i zamknąć je w kurniku. Matka zaciągała szczelnie firanki. Potem wszyscy siedzieli cicho, ciuchuteńko, jak na najsroższym kazaniu księdza proboszcza dobrodzieja, nikt nawet nie oddychał zbyt głośno. Po godzinie z okładem życie wracało w stare kąty; można było rozmawiać i polecieć na podwórze, zobaczyć, co tym razem padło cygańskim łupem. „A, to tylko stary wózek bez jednego kółka...“; „A to tylko przerdziewiałe wiadro.“; „O nie! Nowe, nowiusieńkie koszule lniane! Cztery, pachnące mydłem i wiosennym wiatrem! Zabrali, psubraty! A niech ich psy pierdolą!“ Może trzeba było podwyższyć parkan? Jak prosiła matka. Tyle razy prosiła. „Nie, kurwa, trzeba było pozbierać koszule, a nie wydać Cyganom, brudasom, za darmochę!“ I na matkę spadło kilka ciężkich ojcowskich razów. Tak jak na babkę i na babkę babki. Historia stara jak świat – Cygan złodziej, bo taka jego natura, ale kobieta powinna bardziej obejścia pilnować! I o czym tu gadać jeszcze? Tak było, jest i będzie; ustalony porządek rzeczy, którego póki co, nic nie zmieni. A w tym trwaniu bez zmian wszyscy czują się bezpiecznie; wiedzą, że czarne to czarne, a białe – białe. Za mąż trza iść młodo, chłopu dogadzać, kiedy chce, dzieciaki rodzić, potem pilnować zasmarkańców, żeby nie psociły zbyt wiele, bo i tak skaranie boskie ze wszystkim. A potem do ziemi się kłaść, gdy godzina wybije. I nie kłócić się z losem, nie wadzić. Nie spoglądać dalej niż parkan, nie tęsknić za niewiadomym, nienazwanym, co czasem tak ściśnie serce, że aż tchu brak. Nie trwonić chwil na marzenia o innym, lepszym losie, bo on i tak ominie nas skrupulatnie, jak meandr rzeki skalisty, twardy brzeg, który przecież z granitu w puch się nagle nie zmieni.
Mój świat to było przede wszystkim podwórko. Klepisko wydeptane przez ludzi i zwierzęta; kwadrat między domem, oborą a stodołą. Tłoczno tu było i ludnie od wczesnej wiosny po pierwsze mrozy. Potem na zimę czas spowalniał; ludzie i zwierzęta też. A gdy topniał ostatni bałwan, znowu wszystko nabierało rozpędu. Tak jak dzikie śliwy, które rosły wzdłuż parkanu, za domem. Nikt ich nie sadził, a  z roku na rok przybywało cienkich jak postronki pieńków. Kiedy przekwitały, wiatr strząsał ich białe płatki i zabierał ze sobą w kieszeniach, lub, jeśli przygnał ze sobą deszczowe chmury, krople wiosennego deszczu przyklejały nam te płatki do szyb niewielkich okien. Potem z babką liczyłyśmy płatki każda na swojej szybie; ta która miała szczeście mieć ich więcej, w niedzielę dostała więcej drożdżowego ciasta albo więcej miodu do herbaty. Tej wiosny dni były bezwietrzne i bezdeszczowe, więc wszystkie płatki opadły prosto pod drzewa i nie było z nich żadnego pożytku dla nas.
Dzień wstał ani nie później, ani nie wcześniej niż zwykle. Ojciec dopijał gorzką herbatę, matka zrobiła mu kanapki na potem. Pożyczył traktor od zięcia naszego wójta, nazajutrz miał go zwrócić, a pracy zostało jeszcze co niemiara. Mama z babcią wybierały się do doktora, babcia już od jesieni ciągle kaszlała; płuca miała ponoć słabe przez wojnę; jakiegoś gazu gdzieś się nawdychała, gdy pracowała u Niemców w niewoli. Teraz te płuca coraz bardziej mniej posłuszne oddechowi były. „Doktor na pewno coś na to poradzi“ – mówiła matka. „Najprędzej poradzi coś na to śmierć“ – wystękiwała babka, przesuwając w palcach różańcowe korale. Modliła się, by kostucha przyszła we śnie, a ja się bałam, że tak będzie; że modły zostaną wysłuchane. Tylko w naszej chacie w nocy jest tak ciemno, że ciężko odróżnić człowieka od człowieka. Więc co, jeśli kostucha się pomyli? Zabierze mnie? Albo ojca? Albo moją siostrę, która wczoraj skończyła pół roku zaledwie? Powiedziałam to babce w przestrachu, a babka tak się śmiała serdecznie, że ledwo tchu jej starczało. „Dziecko, śmierć czuje w kościach, kto młody, kto stary, na kogo czas, a na kogo nie. Zabierze ze sobą tego, kogo trzeba. Już ty się o to nie lękaj.“ Tamtej nocy spało mi się lekko i śniły mi się chmury zrobione z waty cukrowej, takiej, jak sprzedają na jarmarku świętojańskim raz w roku.
„Małej pilnuj“ – powiedziała matka już w sieni, gdzie babka wiązała wiosenną, kwietną chustkę na siwej głowie. „Jak się obudzi, daj jej mleka z butelki, pobujaj jeśli będzie chciała. Nigdzie ni wychodź, póki nie wrócimy.“ I drzwi za sobą zamknęły. W domu zrobiło się cicho, jak w kościele. Siedziałam przy oknie i liczyłam wróble, które skakały po gałęziach przekwitłych śliw. Wierciły się, przeganiały i sfruwały na cienkie gałązki z powrotem, by za moment znowu się poderwać.  Moje powieki robiły się ciężkie od tego hipotyzującego obrazka.  Z lekkiego półsnu wydobyło mnie gwałtowne stukanie do drzwi. Natychmiast skoczyłam do sieni. Do pomieszczenia wpadła Jolka. „Chodź, pozbieramy szczaw, rośnie go tyle na łące za naszą stodołą, chodź, nie daj się prosić“. A dziecko? Co ja z dzieckiem zrobię? Matka będzie się złościć, jak ją zostawię, a na szczaw jej nie zabiorę. Wózek mokrą łąką nie przejedzie, jeszcze się koło urwie i ojciec spuści mi lanie. „Ale ten szczaw taki kwaśny... kwaśniutki...“. Ślinianki zaczęły pracować intensywnie. Dziecko śpi, niech więc śpi. Na tym szczawie wcale aż tak długo nam nie zejdzie. Nic się takiego nie stanie.
Łąka była już wystrojana w najpiękniejszą z wiosennych sukienek. Bo to najpiękniejsza łąka w okolicy i najstrojniejsza. Ojciec Jolki prawie nigdy jej nie kosi. Rośnie sobie jak chce; dobiera kolory kwiatów starannie. Nigdzie tak nie pachnie, jak tam. Najbardziej lubię chodzić po niej boso, bo na całej nie znajdziesz nawet jednego kamienia, jednej ostrzejszej łodygi. Jest jak dywan z najszalchetniejszej wełny; stopy zapadają się w bujnej zieleni, toną w niej, a ty nie pragniesz ratunku. W końcu, ani się obejrzysz, a toniesz już w niej cała;  ciało samo przylega do łąki najstaranniej. Jest tu dzwonek rozpierzchły, chaber łąkowy, pyleniec pospolity. Ostrożeń lancetowany sroży się na pszczołę. Z komosy białej ludzie podobno gotowali zupę na przednówku. Z tej łąki była zawsze najdorodniejsza. Pszonak drobnokwiatowy czasem wplatam do wianka. Ale najbardziej lubię kwiaty lucerny siewnej. Ten jej lekko spłowiały filet pasuje do moich zielonych oczu. Tak mówi babka i wplata mi te kwiaty w warkocze.
To prawda, że szczawiu było jak nigdy. To pewnie dlatego, że ojciec Jolki rozrzucił tam sporo obornika zaraz po roztopach. Szczaw miał liście jędrne, soczyste, zielone jak szmaragdy, które kiedyś widziałam w jednej książce z portretami. Najadłyśmy się go nieprzytomnie, w koszyku było ledwie parę liści na dnie. Leżałam brzuchem do góry, nad głową przesuwały się puchy chmur, to zasłaniając, to odsłaniając facjatę słońca. Mrużyłam oczy, myślałam, że jestem daleko, gdzie świat należy już tylko do mnie. Jest ciepły, dobry i nigdy nie bije mnie ciężką ręką ojca, nie krzyczy głosem gniewnej matki, nie karci dyscypliną niecierpliwego nauczyuciela, nie napomina westchnieniami znużonego księdza. Nie zadziera mi sukienki, nie wkłada między nogi rozrywającego bólu, jak tamtej wiosny, gdy szłam przez polanę i dogonił mnie brat matki...
„Wstawaj! Wstawaj! Słyszysz? Zobacz, tam! Jadą Cyganie!“ i zerwała się jak łania na widok myśliwych. Jolka zostawiła koszyk, zniknęła mi już po chwili z oczu zupełnie. A ja stałam, jakby mi stopy ugrzęzły w zastygłym betonie. Widziałam wozy, które zatrzymały się koło naszego domu. Z wozów wyszli Cyganie. Z późno. Zamknęłam oczy, kucnęłam i tak trwałam, Bóg raczy wiedzieć, jak długo. Chciałam, żeby przyszła śmierć i mnie zabrała. A ja bym poszła i na nic się nie oglądała. I już nie straszni byliby mi Cyganie, ani zadarta sukienka, ani krew, która spływała mi wtedy czerwonymi perełkami po udach, a potem wsiąkała w młody mech. Nic już nie byłoby straszne.

Kiedy wróciłam do domu, było już prawie ciemno. Matka szalała z rozpaczy, ojciec z bezsilnego gniewu połamał krzesło. Babka siedziała w kącie i w rękach miała dwa różańce, modląc się na dwie ręce, z podwójną żarliwością. „Gdzie mała?!“ dopadła mnie matka. Nie wiem... „Gdzieś ty była?!“ wrzasnął ojciec. Na szczawie, na łące. „Zabrali ją, zabrali ją Cyganie...“ przez łzy sączyła babka. „A ona taka mała jeszcze, taka kruszyna, pójdzie u nich na zmarnowanie“. Nie czując ze strachu nawet grama skóry na ciele, podeszłam do kołyski siostry. Tam spała, kiedy wychodziłam z domu, chociaż nie było mi wolno. Ojciec sięgnął po pas i wymierzał mi razy. Matka bez słowa płakała tuląc w ramionach koc po niemowlęciu. Babka odmawiała kolejne pacierze. Wreszcie pas zawisł na oparciu krzesła. Ojciec opadł ciężko na wersalkę. Już nie miał siły mnie bić dalej. Osunęłam się z bólu na podłogę. Babka przestała się modlić. Było cicho, jak w kościele. Z komórki, która przylega do sieni, rozległ się płacz dziecka. Wszyscy zamarli, jakby nie rozumiejąc co to. Matka pierwsza tam pobiegła, otworzyła drzwi, uniosła wieko wielkiej, drewnianej skrzyni, w której trzymaliśmy zboże, a z której dochodziło kwilenie. Dziecko leżało i płakało. Matka natychmiast zabrała je do domu.

To był ostatni raz, kiedy przyjechali Cyganie. Już nikt więcej nie kradł kur, ani koszul, ani nie zamykał niemowląt w skrzyniach na zboże, Bóg wie, z jakiego powodu. Babka umarła jeszcze przed żniwami, w nocy we śnie. Tak, jak to sobie wymodliła.