czwartek, 31 grudnia 2015

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Niewinną...



zupełnie jestem
byłam
będę
ja tylko sprawiedliwość
wymierzę
szkarłatną butelką
winną.

***

przed obiektywem: Magda
stylizacja/make up: Magda Gradowska

czwartek, 26 listopada 2015

NIEBIESKA SUKIENKA / BLUE DRESS























***

na fotografiach: 
Tatiana
Joanna
Julia K.
Ida
Ola
Ania S.
Marysia
Natalia
Karolina
Magda G.
Ania Rz.
Maja
Marzena
Kateryna
Kasia W.
Milena 
Żaneta
Kasia R-D.
Magda S.
Julia S.
Oliwia

Dziękuję, że znalazłyście dla mnie czas. 
To najpiękniejszy podarunek od człowieka dla człowieka. 

środa, 28 października 2015

Jak wtedy.

Jesteśmy wczepieni
w poplątane warkocze przeszłości.
W spłowiałych plamach na podłodze
szukamy zapamiętanych promieni słońca.
Nic już nie będzie pachniało
jak wtedy.
I tylko twoje palce na pianinie
szukają zapomnianej nuty.
I tylko moje palce rwą na strzępy
nienapisane listy.
Podróżujemy w nieznane strony
tej samej powieści bez końca. 


***
na fotografii: Joanna

środa, 30 września 2015

Zło...

...rozpanoszyło się w mieście i wylewało brudnymi kałużami poza jego granice. Uciakała przed nim na pola, ku wąskiej lini lasu. Czy stare drzewa mogą je zatrzymać? Czy można coś jeszcze zrobić, zanim to błoto ze zgniłych, ludzkich serc wleje nam się do gardeł i zadusi? Odpowiedzi szukała w koronie starej lipy i w rozpostartych ramionach wiekowego dębu. W terkotliwym nawoływaniu kruka i klangorze żurawii, które stały przy rozległym bagnie. Na próżno. Nie rozumiała już mowy ziemii i jej potomstwa. Jej serce zatrzymało się i pękło. Ze środka wyleciała ćma. Spłonęła w ostatnich promieniach mrącego za horyzontem słońca.



***



na fotografii: Joanna
pentacon six tl/ilford hp5

czwartek, 24 września 2015

O tobie, o mnie.

Nic nie przychodzi łatwo - myślę sobie. Wiatr wciska mi w oczy jakieś strzępy wspomnień. Nie obchodzą mnie te obrazy; nie rozpoznaję już na nich twarzy, barw, melodii, trzasków drzwi. Mogę jedynie patrzeć w twoje oczy; w nich nie znajduję niczego, co znam. Nawet własne odbicie jest mi zupełnie obce. Jestem już inna. Wszystko się zmienia - myślę sobie. Zawsze na lepsze; zawsze na spokojniejsze. Gdy wrócę do domu, zajrzę do spiżarni i odnajdę słoik najsłodszych malin zasypanych cukrem. Wrzucimy je do wieczornej herbaty i postawimy pasjansa. Ty, którego nie znam i ja, której nie poznaję. A potem opowiemy sobie nawzajem nieprawdę o sobie. Będzie bardzo zabawnie. Zaśniemy nie trzymając się za ręce.



***

spojrzała: Kasia
wystylizowała: Marzena i Wiatr

wtorek, 15 września 2015

Gdy staniesz w moich drzwiach...



może cię wpuszczę, ale tylko wtedy, gdy spodobają mi się twoje buty, człowieku. Kimkolwiek jesteś...

***

na fotografii: Magdalena
stylizacja: Marzena Deryło

piątek, 11 września 2015

Dookoła mnie...

... jest światów nieodkrytych tysiące. Dostałam klucze do każdego z nich, ale rozsypałam je po drodze, na mglistej łące, żeby znaleźli je ludzie przypadkiem. Każdy swój własny, każdy tylko jeden. Odwiedzę ich kiedyś w tych miejscach, zjem z nimi bułkę, zanucę piosenkę, wygrzeję ręce przy ogniu, lub w słonecznej plamie popołudnia na podłodze. Posłucham, jak w każdym z nich śpiewają ptaki, jak szemrze woda w kranie, albo w strumieniu; jak toczy się po śliskich kamieniach i kapie mi na rękę. Poptarzę jak biegnie dziecko, albo królik, albo mysz ucieka przed kotem. A potem popatrzę jeszcze w niebo każdego ze światów i zobaczę, że nad każdym świeci ta sama gwiazda, której już dawno nie ma. Tylko światło z niej zostało. Światełko wątłe, delikatne, mrące, ale wciąż widoczne nad głową, hen, wysoko na ciemnych nieboskłonach...


***

na fotografii: Kasia Rengifo Diaz
stylizacja: Marzena Deryło&Maura Ładosz

czwartek, 27 sierpnia 2015

Jest...

moją krwią...
moją miłością...
moim niepokojem...
moją słodyczą...
moim gniewem...
moją goryczą
moją tęsknotą...
moją radością...
moim śmiechem.
Moim żalem,
kiedy go nie ma przy mnie.
Moim Dniem
i
Nocą moją.
Moim Życiem.


poniedziałek, 24 sierpnia 2015

To ta pogoda...

... sprawia, że ptaki spadają z nieba na ziemię. Znika dziurawe powietrze. A ja tylko patrzę i widzę cienie, wydłużające się od niskiego słońca, które wpełza już za horyzont. W nocnej ciszy będę słyszeć bicie swojego serca, coraz wolniejsze, coraz rzadsze, aż w końcu bić we mnie przestanie. Pobiegnę wtedy do rzeki i schowam się w jej bystrej toni. Zabierze mnie daleko. I moje złe sny wszystkie.


***

patrzy: Magda G.
stylizacja: Maura Ładosz

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Blisko ziemi...

wyrzeźbiona,
kołysana,
poślubiona,
wyszeptana.

suchą rosą,
cierpkim wiatrem,
bladym smakiem,
lepkim dźwiękiem,

Stoi sama.
Jedna.
Najpiękniejsza
łania.

I drży,
I śni.
W cichym świetle,
blisko ziemi uwiązana.

W okół pęcin
grud powietrza ciężar.




pozuje: Kinga
stylizacja: Marzena Deryło

piątek, 14 sierpnia 2015

WŁAŚCICIELKA GŁOWY PSA

Głowa mojego psa leżała na biurku pracownika policji, który zza niego chyba już od dawna nie wychodził. W pasie z trudem objęłyby go trzy dorosłe osoby. W wąskie, w stosunku do opasłego brzuszyska, ramionka wcisnęli mu łepetynkę nie większą od piłki do siatkówki. Mężczyzna miał też oczka maleńkie, ale bystre. Ustka mięsiste i sprawne w mowie. Noseczek perkaty, siatką przekrwionych naczynek pocięty. Sprawiał miłe wrażenie, choć pocił się niemiłosiernie. W małej dłoni, która równie dobrze mogłaby należeć do kilkuletniej dziewczynki, ściskał kompletnie przemoczoną chusteczkę. Była biała, w kolorowe motylki, o ile dobrze zauważyłam, a do tego miała prawdopodobnie ręcznie haftowny monogram. Miły drobiazg – podarunek od żony, a może od matki jeszcze? Pewnie to sentymentalny mężczyzna, pomyślałam, wrażliwy, czuły na drobiazgi. Tymczasem pracownik policji zaczął się intensywnie wahlować opasłym, jak on sam, tomem akt, kartkując powoli inny, cieniutki jak zupa z lebiody na przednówku. Te wertowane nieśpiesznie, wątłe akta dotyczyły mojej sprawy.
- Więc to pani jest właścicielką... – mężczyzna o niebanalnej budowie ciała zerknął na leżącą tuż nieopodal kałamarza na jego biurku głowę psa. – szczątek. Spojrzał na mnie z wyrazami najgłębszych kondolencji.  Sęk w tym, że mi wcale nie było smutno.
- Wiem, że dla pana być może wygląda to dość... nieodwracalnie, ale zapewniam pana, że tak nie jest. – popatrzyłam na niego tak, jak gdybym właśnie wyjawiła mu, w największym sekrecie, co dostanie w prezencie na tegoroczną gwiadkę. Mężczyzna zastygł z na wpół otwartymi ustami. Chciał coś powiedzieć, ale zaskoczenie wyraźnie zaczopowało mu gardło.
- Więc proszę się tak nie martwić. – powiedziałam uspokajającym tonem. – Podpiszę, co ma  podpisać, zabieram głowę psa i już mnie nie ma. A pan będzie mógł się zająć naprawdę poważnymi sprawami. Zresztą tułów Dżordża już się za nią stęsknił i chętnie połączy się znowu ze swoją głową. I chociaż czasem to im się nie układa za bardzo, ale wie pan, jak to jest, ciężko żyć bez głowy. Nawet psu. No bo jak tu się napić na przykład? Taki upał przecież cały czas... No i Dżordż już od trzech dni nie obszczekał kota sąsiadów. Myślę, że to też już go martwi cokolwiek. – i westchnęłam dość ciężko  na końcu swej wypowiedzi, dając tym samym wyraz ogromnej empatii, którą szczerze czułam. Mężczyzna o ciele w kształcie ciężkiej, przejrzałej gruszki patrzył na mnie bez mrugania. Mięsiste usta miał znowu na wpół otwarte, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie ubrać myśli w słowa. A niezręcznie mu chyba było wypuszczać z siebie nagusów na oczach obcej, bądź co bądź, kobiety.
- Coś się panu stało? – przerwałam to przedłużające się milczenie. - Może podać panu wody?
- Nie... nie. – odchrząknął, by dodać sobie pewności siebie. – Więc w sprawie tej głowy... chciałbym... to znaczy mam w obowiązku wyjaśnić z panią okoliczności zdarzenia, w skutek którego pani pies postradał głowę właśnie... – wlepił we mnie pełen niepokoju wzrok.
- Nie było żadnych okoliczności. – rozpoczęłam, by niemal natychmiast skończyć – Po prostu mu odpadła i tyle. Rozłożyłam bezradnie ręce i lekko wydęłam usta. Nie chciałam udawać nadmiermiernego zdziwienia tą sytuacją, bo jakoś go we mnie nie wywoływała. Oczywiście  było to trochę dziwne, że ta głowa Dżordżowi tak po prostu odpadła, a potem było nerwowo, bo dość szybko nam się zawieruszyła i nigdzie, ale to nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć. Dżordż w całej sytuacji nie mógł być specjalnie pomocny, ponieważ stracił swój niezawodny psi węch razem z głową...
- I dlatego byliśmy po prostu w kropce. – na głos kontynuowałam myśl, którą zaczęłam snuć w swojej głowie. To już kompletnie zbiło z tropu mojego rozmówcę.
- W kropce...?
- No właśnie.
- I tyle...?
- A... to mało? Bycie w kropce jest raczej niewygodne. Mało w niej miejsca, trudno się wyprostować. Najlepiej dopasować się do niej kształtem, czyli najlepiej zwinąć się w kłębek. Ja to jeszcze pół biedy, ale Dżordż nie widział naszego kiepskiego położenia, a na dodatek nie słyszał, jak wydaję mu komendę, bo przecież uszy przepadły razem z jego głową, więc sam pan rozumie... – liczyłam na zrozumienie, dlatego nieśmiało mu je podsunęłam tuż pod nos.
- Ale... to znaczy... że pani pies żyje...? – widziałam wyraźnie jak krępuje go to pytanie, które musiał w obliczu moich wypowiedzi, zadać.
- Oczywiście, że tak. Jest w domu. Czeka aż wrócę z jego głową. To znaczy, pewności nie mam, bo jak już wspomniałam przed chwilą, dość trudno nam się w zaistaniałej sytuacji porozumiewać, ale mniemam, że właśnie tak jest. Czeka, waruje. Więc? Możemy załatwić te formalności jak najszybciej? Za piętnaście minut akurat mam  tramwaj...
- A jak pani zamierza... – tu przerwał na chwilę, bo wyraźnie kłopotała go jego własna ciekawość – jak pani zamierza to zrobić, żeby ten pani pies...
- Dżordż...
- Właśnie. Żeby on znowu miał głowę...
Gruszkowaty mężczyzna pocił się niemiłosiernie, tym razem nie z powodu upału, a emocji, ale z zapartym tchem, znowu nie mrugając ni razu, czekał odpowiedzi.
- Jak? Szybko. – to powiedziawszy, z małpią zręcznością pochwyciłam głowę psa i pół sekundy później już mnie nie było w dusznym pokoju. Opasły mężczyzna musiał wyglądać niezwykle bezradnie nad mizernym tomem mojej niecodziennej sprawy, ale szczerze mówiąc, nie dbałam o to. Cóż, nie zakończy jej tak, jakby sobie tego życzył. W życiu ciężko jest liczyć na finały zgodne z naszymi oczekiwaniami. Życie to nie koncert życzeń, proszę państwa. Ukojenie w tym siermiężnym chaosie może nam dać jedynie zdrowy egoizm oraz przyjaźń, a takowa nie łączyła mnie ze spoconym grubasem, za to z moim bezgłowym psem z całą pewnością. Więc już niecałą godzinę później, w chłodnej sieni mojego mieszkania, merdaniem ogona witał mnie Dżordż, który niniejszym odzyskiwał głowę, by w niecałe dwa tygodnie później znowu ją stracić. Tym razem nie z bydlęcej beztroski, lecz z cielęcej miłości do wdzięcznej pudlicy o niewdzięcznym imieniu Anżelika.




wtorek, 11 sierpnia 2015

BYĆ SOBĄ

- Chcę być kimś innym. Mieć czyjeś niespełnione marzenia. Chcę zakładać cudze buty, wychodząc na przystanek. Chcę włączać muzykę kogoś innego. Tańczyć jak ktoś obcy, kogo nie poznałam. Czesać nie swoje włosy, smakować nie swoje ulubione potrawy. Dąsać się w cudzy sposób. Krzyczeć w nie swoim imieniu... A po dniu pełnym nie moich problemów, zasypiać w obcym łóżku, pod czyjąś pościelą i spać twardo do rana, aż usłyszę obcy dźwięk nieznajomego budzika. Lecz jestem sobą...- to wszystko Grażyna wypowiedziała na jednym oddechu, prawie nie robiąc pauz na przecinki i kropki. Kiedy skończyła, westchnęła cichutko i wlepiła we mnie swój przepełniony łzami wzrok. Grażynę znam od jakiegoś czasu i wiem, jak bardzo męczy się ze sobą. Chociaż, jak do tej pory, zdawała się być osobą, która z godnością niesie swój krzyż, którego ciężar był bez wątpienia ponad siły nas wszystkich.
- Czy to znaczy, że chciałabyś być na przykład... mną? – jedynie to zdanie przyszło mi do głowy jako odpowiedź na to smutne wyznanie Grażyny.
- A czy to by mi przyniosło ulgę? – i tu mnie ma. Jeśli odpowiem twierdząco, zabrzmi to tak, jakby bycie mną było lekiem na całe zło, które ją toczyło od środka. Jeśli zaprzeczę, zrobię z siebie kretynkę, która proponowała jej tyfus jako remedium na cholerę... Teraz trzeba było z tego jakoś wybrnąć z twarzą.

- Słuchaj, Grażyna, a może to kwestia zmiany perspektywy? Może kupisz sobie wysokie szpilki i spojrzysz na to trochę z góry? Albo może jeszcze inaczej. Skocz ze spadochronem, perspektywa będzie nie tylko wyższa, ale też i szersza. Albo wyjedź gdzieś. Daleko. Może tam cię ta twoja melancholia nie znajdzie? Jeśli zrobisz to znienacka, to jest szansa, że ją zgubisz. Przynajmniej na jakiś czas... Indie, Meksyk? Coś bliżej? To może Nowe Warpno? Tam podobno wskaźnik zaludnienia jest najniższy w kraju... biorąc pod uwagę tereny wiejskie. A i za granicę wyjeżdżać nie będziesz musiała!  - ten pomysł wydał mi się dość ciekawy; gdybym to ja dostała taką radę, byłabym co najmniej zadowolona. Więc byłam z siebie dumna, że tak rzeczowo podeszłam do tematu i podsunęłam jej tak praktyczne rozwiązanie. Ale Grażyna tylko się rozpłakała. Rzuciła we mnie butem i sobie poszła, łkając. Widziałam przez okno, jak ze złością kopnęła mojego kota i roztrzaskała doniczkę z geranium, która stała przy furtce. Potem w wieczornej prasie przeczytałam, że w dalszym akcie zemsty podpaliła remizę, zbiła witraż w kościele i zdewastowała sołtysowi nowy ciągnik. Pewnie jutro wytruje ryby w stawie i rzuci urok na wszystkie kury w gminie i przestaną się nieść. Cóż... wychodzi na to, że Grażyna pozostanie sobą aż do końca swoich dni – westchnęłam i zrobiłam sobie świeżej herbaty.

czwartek, 6 sierpnia 2015

W oknie mojego pokoju...

...odbijają się okna wschodniego skrzydła pałacu. To tam już nie wolno mi wchodzić. To tam w ziarenkach kurzu z ciężkiej, brokatowej story tańczyłaś przy świetle mdlejącego księżyca. To tam widziałam ostatni raz, jak płakałaś. To tam słyszałam twój ostatni śmiech. Teraz drzwi do wschodniego skrzydła zamknięto na klucz. Tak jak wszystkie wspomnienia ciebie. Z albumów zniknęły twoje zdjęcia, z biblioteki twój portret na orzechowej desce... Twoje imię też powoli znika z mojej pamięci. Ale twojej twarzy i tamtego lęku w oczach nie zapomnę nigdy. Jak patrzyłaś na mnie wtedy przez okno wschodniego skrzydła. Podobno przepadłaś w odmętach własnego strachu. Utonęłaś w mrocznej trwodze, która wypełniła ci serce i płuca. Ale ja znam prawdę... i jej też nigdy nie zapomnę. Opowiem ją wszystkim, kiedy przyjdzie na to pora.



***

przez okno wschodniego skrzydła patrzy: Magda G.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W głębi serca...

... mam ciemność niezmierzoną.
Mam gęsty, lepki smutek.
I znaków zapytania gąszcz zwarty, duszny.
Nikt go przebyć nie zdoła.
Nikt z tej wyprawy
Żywy nie powróci.



***

w pięknej pozie zastygła: Magda
stylizacja: Magda Gradowska

poniedziałek, 27 lipca 2015

Stop!



Opuścili miasto już po zmroku. Śpieszyli do ostatniej, nie zamkniętej jeszcze bramy. Z nikim się nie pożegnali. Zostawili tylko miskę mleka kotu, a paprotkę wypuścili na wolność, do parku.

uciekinierzy: Ewa, Gustaw, Filip.

wtorek, 21 lipca 2015

Dzikuska.



W starym parku spotykam dzikie rośliny i dzikie marzenia. Jest też ona. Patrzy na mnie z piękną hardością. Zatrzymuje mnie wzrokiem na chwilę. Potem już jej nie ma. Raz, dwa, trzy. Znikasz ty...

patrzy: Ewa

środa, 15 lipca 2015

PAMIĘTNIK OSTATNIEJ WIOSNY

W moich stronach żyło się po dawnemu. Ktoś, być może pierwszy osadnik, ustanowił zestaw praw, nakazów, obyczajów i od tamtego czasu nic nie uległo zmianie. Trudno powiedzieć, czy ten zestaw przykazań był idealnie skrojony na miarę potrzeb i oczekiwań ludzi, którzy przybyli w te strony, czy po prostu była to społeczność obarczona głęboko zakorzenionym genem lenistwa i zmian żadnych wprowadzać jej się po prostu nie chciało, czy, może wreszcie, chociaż uciemiężeni regułami owymi, to jednak ludzie ci nie byli zdolni do przejawienia najmniejszego buntu czy sprzeciwu wobec nich. Jaka była przyczyna ich niezmienności, trudno powiedzieć. Ludzie ci byli tak przeźroczyści, jak woda w strumieniu, ale nie bezbarwni. Kolory mieli zdecydowane, o żadnych półtonach nie mogło być mowy. W kwestii charakterów także byli niezłomni. W kwestii dobra – nieskończeni. I wszędzie wszystko ulegało zmianie, rozpadowi, psuło się, gniło, zatracało w swoim własnym szaleństwie, niemocy, a tu jednak nie. Tu czas stanął w progu, w pół kroku i nie podobna było go ruszyć z miejsca. Lub też nikt tego nie chciał. Mogło być także i tak, że nikt zwyczajnie nie zauważył sterczącego w zastygłej pozie czasu, który na nikogo nie rzucał swojego cienia. Tak było w kwestii mentalności ludzi z tych stron. Oczywiście czas nie oszczędzał im zmian pór roku, starości, umierania i rodzenia się w bólu, ale i radości niepojętej. Jednak nie śmiał naruszyć ich postawy niezachwianej względem świata i siebie nawzajem. W świecie tych pięknych, twardych, szlachetnych ludzi przyszło i mnie pędzić swój żywot. Żywot, którego nikt poza mną nie zapamięta, bo już ostatni świadek odszedł zimową nocą ostatnią. Noc ta, jakby na pocieszenie, przyniosła mi początek wiosny. Mej wiosny ostatniej na tej prerii.
Rześkim świtem dzień wychodził z łóżka. Zerwał się niezdecydowany wiatr, który kręcił się po podwórzu to tu to tam, nie wiedząc w który ostatecznie uderzyć kierunek. Słyszałam jak lekko zawodzi, narzekając. Spojrzałam przez okno. Po niebie przetaczały się jeszcze ponure, ostatnie zimowe chmury. Szwadron niedobitych wojsk powracający z frontu wylizać rany. Może nawet zbiera się na deszcz? Preria lubi wodę. Pochłania ją jak gąbka, a potem oddaje zielenią pastwisk. Zawsze, gdy pada rozbieram się do naga i staję na środku podwórza. Spłukuję z siebie świat jego własnymi łzami. Deszcz pada bardzo intensywnie; wielkie ciężkie krople bombardują moje ciało z natarczywością. Jakby chciały przebić mi skórę i dostać się do środka, do krwiobiegu, do mięśni, do wnętrzności. Przelać się przez wszystkie zakamarki i zalać mi deszczowym płaczem wszystkie tkanki.
Mój dom stoi pusty, odkąd wszyscy odeszli. Nie wynieśli się jednak zbyt daleko. Leżą w kilku piaskowych mogiłach na cmentarzu za kościołem. Pilnuje ich niski żywopłot i drewniana furtka, która łuszczy się z farby, jak jaszczurka zmienia zbyt przyciasną skórę. Jednak spod starej wychodzi jeszcze starsza. Zmiany nie zawsze są dobre. Rzadko tam do nich zaglądam; nie czuję więzi z umarłymi. Nasz pastor się o to na mnie gniewa. Bo na mszę też już nie przychodzę. Po co? Jeśli mój Bóg mieszka z mojej lodówce? I w schowku na szczotki? I w małej oborze? Ale pastor to akurat rozumie. On po prostu lubił, kiedy słuchałam jego kazań, a potem, gdy wszyscy wychodzili z kościoła, zabierał mnie na spacer na prerię i wiele godzin rozmawialiśmy. Ja też lubiłam te nasze rozmowy. A może lubiłam po prostu chodzić na prerię?
Wycieram ręcznikiem mokre od deszczowej kąpieli włosy, gdy słyszę czyjeś kroki na werandzie. Nie chcę żadnych gości; zamieram, kulę się w sobie, by przestać istnieć na moment. Nie oddycham. Niech ten ktoś odejdzie, zostawi mnie w spokoju.
-       Jesteś tam? – poznaję ten głos, ale milczę. – Jesteś? Przecież wiem, że tak, nigdzie nie wychodzisz. Tylko do sklepu raz na jakiś czas. Annabelle?
-       Czego pastor chce? – nie ruszam się o okrok, mówię najbardziej nieprzyjaznym tonem, na jaki mnie stać.
-       Chcę cię zobaczyć. Policzyć nowe blizny na twoich rękach i posłuchać, jak się śmiejesz.
Dlaczego ten człowiek po prostu nie odpuści? Wszyscy o mnie zapomnieli, a on jeden ciągle nie.
-       Jeśli naprawdę nie chcesz zamienić ze mną tych kilku słów, to cię zostawię w spokoju. Po prostu... po prostu stęskniłem się za tobą. I martwię się, że jesteś ciągle sama, że nikt się tobą nie interesuje. Nikt ci nawet herbaty nie zrobi. A może... jeśli mnie wpuścisz, to ja ci zaparzę herbaty?
Zobaczyłam jego dobrotliwy uśmiech, jak wypowiada te słowa. To znaczy, nie widziałam go przecież, bo dzieliła nas kuchnia, i sień, i weranda. Ale ten uśmiech migotał mi przed oczami jak lampki na choince. Mój dobry Boże... Ileż to już czasu minęło, odkąd ktoś mi zaparzył herbaty?
-       Annabelle? – głos pastora zakorzenił mnie z powrotem w kamienistej glebie rzeczywistości. – Jest trochę zimno. Mogę wejść?
-       Dobrze, niech pastor policzy do stu i wejdzie. Muszę się ubrać.
-       Kąpałaś się w deszczu? Wiedziałem.
I znowu zobaczyłam, jak się uśmiecha. Tym razem był to uśmiech zachwyconego dzieciaka. Czy wyobrażenie o nagim spracowanym ciele niemłodej już kobiety, chudym i przygarbionym, podszytym lękiem i zmęczonym złymi snami, może jeszcze wywołać grymas zadowolenia na męskiej twarzy? Choćby na twarzy duchownego? Czy naprawdę mogę jeszcze budzić w kimś przyjemnie doznania?

Do kuchni zeszłam w kwiecistej sukience. Nie nosiłam jej latami. Czy te wyobrażone uśmiechy pastora czy też deszczowy prysznic rozbudził we mnie chęć kwitnienia? Nie wiem. Ale chciałam, by na moment przylgnęła do mnie utracona powłoka kobiecości. Choćby taka banalna jak ta stara kolorowa, znoszona sukienka. Przystanęłam w progu, włosy nadal miałam mokre. Jak czyjeś zimne palce gładziły mnie po plecach. Pastor kończył właśnie parzyć herbatę. Spojrzał na mnie, zamarł z łyżeczką w dłoni, na jego nieogolonej twarzy zobaczyłam głęboki smutek. Wybruździł tę twarz niemiłosiernie, odkąd widzieliśmy się ostatnim razem.
-       Co się stało, pastorze? Dlaczego... pan tak... wygląda...
-       Jak, Annabelle?
-       Źle. Ale przecież ma pastor lustro w domu. Więc chyba pastor to wie.
Pastor pokręcił tylko głową i zaczął rozglądać się za cukiernicą.
-       Masz może...
-       Nie. Potłukła się. Cukier trzymam w papierowej torebce. Stoi tam, obok słoika z solą.
-       Ile ci posłodzić?
-       Dwie łyżeczki. To po co pastor przyszedł? Herbaty mógł się pastor napić u siebie.
Nic nie odpowiedział. Podał mi kubek z herbatą. Usiadł w rogu. Przez chwilę patrzył na mnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć słowa. Potem po prostu się rozpłakał. Łkał jak dziecko, a ja patrzyłam na niego, jak patrzy się na niezbyt mocno wzruszający film. Po dłuższej chwili pastor westchnął ciężko.
-       Dlaczego włożyłaś sukienkę w te kwiaty?
Poczułam wstyd. Palił mnie symetrycznie, po obu stronach twarzy.
-       Annabelle? Dlaczego włożyłaś tę cholerną sukienkę?
-       Nie wiem, ja...
-       Dobrze wiesz, o czym mi ona przypomina!
Jego wzrok był pełen gniewu i wyrzutu. Przecież minęło tyle lat. Nie sądziłam, że on to jeszcze pamięta.
-       Po co pastor tu przyszedł? Przecież nie na herbatę!
Skoro on postanowił na mnie krzyczeć, powinien spodziewać się rewanżu.
-       Bo... preria wie. O niczym nie zapomniała.
-       Ale przecież preria nie potrafi mówić, nikt o niczym się nie dowie. Zresztą... to mnie już nie obchodzi. To moja ostatnia wiosna, mój czas się kończy.
-       Skąd to wiesz, Annabelle?
W jego oczach zobaczyłam przestrach. Bał się mnie stracić? Niemożliwe. Stracił mnie lata temu. Mógł wybrać inaczej, ale nie chciał. A teraz przyszedł mi zrobić herbaty. I złości się o sukienkę.
-       Nie masz prawa! – podeszłam do niego najbliżej, jak się dało i krzyknęłam mu to prostu w nieogoloną twarz – Nie masz prawa.
Nagle ogarnął mnie spokój. Te słowa czekały tyle lat na wypuszczenie ich na wolność.
-       Nie masz prawa.
-       Pójdziesz ze mną na prerię? Ostatni raz, Annabelle? – spojrzał na mnie prosząco, jak pies.
Bez słowa złapałam stary sweter, który wisiał na oparciu krzesła. Pastor wyszedł za mną. Minęliśmy przerdzewiały płot, potem cmentarz i pastwisko. Preria była nadąsana, ciemna; lepkie chmury wisiały tuż nad głowami. Z głębi trzewi preria wydawała pomruki niezadowolenia. Ludzie wyrządzili jej zbyt dużo krzywdy, by gościła ich serdecznie. Pastor szedł za mną krok w krok, nic nie mówił. Po chwili poczułam, że łapie mnie delikatnie za palce.
-       Annabelle?
Schowałam obie ręce do kieszeni swetra.
-       Annabelle... Tysiąc razy rozmawiałem o tym z Bogiem. Tysiąc razy Go pytałem.
-       To niemowa. Dobrze pastor o tym wie.
-       Dlaczego kiedyś potrafiłaś i chciałaś ze mną rozmawiać, a teraz już nie?
-       Bo wcześniej...
-       Powiedz.
Poczułam zapach ulubionych niebieskich kwiatków. Natychmiast się pochyliłam, by odnaleźć je w suchej trawie.
-       Czy tak już będzie na zawsze, Annabelle? Że zostanie mi tylko twoje imię?
-       Te kwiaty zrywał mi ojciec i wstawiał do małego wazonika na nocnej szafce. Z samego rana budził mnie ich zapach.
-       Dlaczego mnie nie zabiłaś, Annabelle? Miałaś tyle sposobności?
-       A moja mama suszyła je, wkładała w woreczki zrobione ze starych pończoch i wsuwała do wszystkich szuflad w komodzie, żeby bielizna przeszła ich zapachem na zimę...
-       Przecież masz broń i dobrze strzelasz! Mogłaś mnie zastrzelić tyle razy!
-       A babka dodawała je do herbaty... I do nalewki. I wpinała je do włosów swoich lalek.
-       Przecież miałaś do tego święte prawo! Nadal je masz! Annabelle!
-       Kiedyś było ich tu tyle, że aż cała preria nimi kwitła. A teraz... tak trudno je znaleźć. Coraz trudniej.
-       Przestań! Przestań mówić o tych cholernych kwiatach! To przez nie zrobiłem ci to wszystko! To przez ten ich cholerny zapach, który pomieszał mi w głowie! A ty tylko leżałaś, tonąc w nich i z trudem łapiąc powietrze! Już nie pamiętasz?! Nie pamiętasz tego wszystkiego?! Dlaczego nie chcesz pamiętać?! Dlaczego potem przychodziłaś do kościoła?! I pozwalałaś mi się znowu zabierać na prerię?! Dlaczego ja udawałem przed tobą i przed sobą, że wszystko było jak wcześniej?! Dlaczego jestem takim potworem, Annabelle? Dlaczego... dlaczego teraz ze mną tu przyszłaś...?
Nic nie mówiłam. Na dłoni położyłm kilka niebieskich kwiatków. Dmuchnęłam w nie, a one sfrunęły prosto pod moje stopy. Kilka z nich zaczepiło się i zostało na rękawie starego swetra. Dyndało na cieniutkich włoskach starej wełny jak wisielcy.
-       A zatem... – zaczął mówić powoli – to twoja ostatnia wiosna, Annabelle...   
Jego ręce objęły mą szyję. Poczułam jak krew odpływa mi z głowy niczym woda z gwałtownie ściśniętej gąbki. Preria była cicha i niema, jak wtedy. Ale zapach kwiatów lżejszy.

Wróciłam do domu dopiero po zmroku. Sukienkę w kwiaty wrzuciłam do pieca. Niebieskie kwiatki z prerii stanęły w małym wazoniku na nocnej szafce. Drugi bukiecik ususzę i zrobię woreczek ze starej pończochy. Wsunę go do szuflady komody, pod bieliznę, by przeszła kwietnym zapachem na zimę, której już nie doczekam na tej prerii.