wtorek, 9 grudnia 2014

HISTORIA NIENARODZONA

Jestem postacią fikcyjną. Ociekam nieprawdziwością zdarzeń. Piszę antybiografię. Zasypiam snem zmyślonym, budzę się w nieistnieniu dnia. Śpiewam nieme piosenki. Czytam książki bez autorów, bez tytułów, bez półek do stania. Wszystkie pokryte kurzem niebytu. Nie ma nawet mojego nieoddechu.
Ale gdybym była, to chciałabym napisać o sobie coś wzruszająco niewiarygodnego. Że, dajmy na to, matka poczęła mnie młodo i w niewiedzy z chłopakiem z pobliskiego miasteczka. Zainteresowanie jurnego młodzieńca moją matką po akcie miłosnym jakże prędko gdzieś znikło oraz przepadło z kretesem jak i on sam. Matka z rozpaczy postanowiła zginąć śmiercią tragiczną, dlatego w zimową noc poszła do lasu, żywiąc głęboką nadzieję, że zostanie rozszarpana przez wilki. Jednak wilkom apetyt owej nocy nie dopisywał, za to matce zrobiło się żal dziecka, które zagnieździło się w jej łonie i postanowiła je wydać na świat. To będzie trochę za karę – myślała sobie. Potem wzorem innej matki sprzed wieków wielu włożyła niemowlę do wyplecionego ze złudzień i nadziei kosza i puściła w nurt przeznaczenia. Ale to nie moja historia wzniosła.
Nie moja jest też o tym, jak w dzieciństwie przeskakiwałam kałuże. Po ulewie, która trwała siedemnaście dni i nocy wylęgła się przed domem kraina wielkich jezior. W każdym z nich przeglądał się inny człowiek. Ludzie pochylali się nad tymi zwierciadłami i widzieli siebie pięknymi w sposób niewypowiedziany. Pani Filomena, która mieszka tuż przy parku, miała w swym odbiciu skośne oczy i pełne usta, które się ciągle śmiały. Pan Bolesław miał nos bez garba i niebieskie oczy. Mojej babci, która też wyszła się przejrzeć w kałużowym lusterku, wyrastały skrzydła na drżącej tafli wody. I mieniły się kolorami tęczy. A potem spadła przed dom kometa i ogonem zamiotła krainę wielkich jezior pod latający dywan, który odtąd krążył nad światem, sypiąc na wszystkich gwiezdny pył. Ale to też nie o mnie.
Nie spotkałam też mężczyzny, który zabrał mnie nad morze, postawił przy brzegu tak, by w stopy łaskotały mnie fale. Nie powiedział szeptem: zamknij oczy, moja piękna, i słuchaj tego, co mówi ci woda.  Nie odrzekłam, że nie rozumiem, co mówi. On się nie zdziwił i nie powiedział: prosi w moim imieniu, byś została ze mną już zawsze... A ja się nie zgodziłam. I nie odbyło się wesele na polanie. I drzewa nie kłaniały się młodej parze, i nie strzelało do góry weselne ognisko. A goście nie bawili się do rumianego świtu. I nikt z tego dnia nie zachował żadnych wspomnień. Bo go w mym nieistniejącym kalendarzu po prostu nie było...
W końcu ostatni bal w wieczerzy życia. Balowa sala w zamku na samotnej skale.  Do tańca przygrywa nam orkiestra. Na parkiecie wirują kobiety w cudnych toaletach i panowie o szlachetnych licach. Już brzmi ostatni taniec, stary król prosi mnie do tańca, a przy wyjściu z sali mą dłoń podaje Śmierci, która w rytm mrącej muzyki prowadzi mnie w zaświaty. I gasną wszystkie światła. I nachodzi mnie już myśl ostatnia. Piękne było to życie...
Ale życia nie ma. Bo to historia nienarodzin i wszystkiego, co się nigdy w życiu nie zdarzyło.


1 komentarz:

  1. no i cóż ja mogę więcej powiedzieć........? !!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń