czwartek, 25 grudnia 2014

COŚ JESZCZE...

Widziałam, jak tamtem zabija tego. Musiał trafić ostrzem w tętnicę, bo krew siknęła jak z jakiejś rurki pod ciśnieniem. I ten zrobił się blady, jak papier kredowy. I złapał się ręką za szyję, a drugą musiał podeprzeć się o ścianę, żeby nie upaść, ale i tak upadł. Osunął się po tej ścianie i zostawił tylko taki krwawy maz. Równy, prostopadły do chodnika, na szerokość dłoni. Takiej średniej, raczej damskiej niż męskiej. I brakowało jednej litery w neonie, który świecił na froncie tego budynku. Znaczy była, tylko nie świeciła na niebiesko, jak pozostałe. I przez tę niebieską poświatę z dzurawego neonu, to ten z tą przebitą szyją był już nie tylko blady, ale też niebieski. Trupio niebieski. I wybałuszał oczy, chciał złapać oddech, ale nie mógł. I tylko powiedział „pomóż“, a ja nie mogłam mu pomóc, bo cóż mogłam? Zrobić? Pan by coś zrobił na moim miejscu?
A tamten drugi?
Ten co mu wbił ten nóż w szyję? Uciekł. Na końcu ulicy jeszcze się obrócił i widziałam, że rzuca coś błyszczącego na chodnik, to pewnie był nóż. Ostrze musiało widocznie tak zalśnić w świetle latarni na rogu, bo wyglądało to, jakby taka mała błyskawica wypadła mu z ręki. Władca małych piorunów pomyślałam sobie. Gromowładny morderca. I potem skręcił i już go nie widziałam. To chyba tyle.
A może było coś jeszcze?
Coś jeszcze? - popatrzyłam na mężczyznę, który  podpierał brodę obiema dłońmi, jakby bez ich wsparcia miała opaść z głuchym łoskotem na blat, sturlać się po drewnianej krawędzi i spaść wprost do kosza na śmieci. Jak głowa ścięta na szafocie. Jego oczy patrzyły na mnie bez większego zainteresowania; myśli błądziły gdzie indziej; nie był specjalnie pochłonięty tym, co mówię. Ot, kolejny rutynowy dzień w pracy.  Pewnie parę lat temu, kiedy dopiero zaczynał, patrzyłby na mnie inaczej. Chłonąłby każdą sylabę, w nadziei, że przyniesie mu rozwiązanie... A ja bym sobie myślała, patrząc na tę jego czujność łowiącą mój najmniejszy gest i grymas, że gdyby tak patrzył na mnie kochanek, to pewnie poszłabym za nim wszędzie, za najdalszy horyzont, w nieznane.
Tak, proszę pana. Było... coś jeszcze...
To było dawno, kiedy wiatr jeszcze szumiał zrozumiałe dla ludzi słowa. Kiedy można było rozpoznać tęskne pieśni w jego świstach i szelestach. Kobieta nuciła pod nosem słowa starej kołysanki, którą śpiewała jej babcia... W duszy twej już śpiewa fala bez rubieży, śpiew twój synom słodki, gorzki dla macierzy... Wstała przed świtem, warkocz lenny zaplotła, ciasto na chleb zagniotła, a gdy cegły pieca były w kolorze jarzębiny, która rośnie przy wschodnim młodniku, bochen wylądował w środku. Pochłonęły go gorące czeluści, otoczyły miękkie ciasto ciepłym wyziewem.
Lecz chleba już z pieca nie wyjęła na czas. Ból rodzenia przeszył jej krzyże i ranek ten miał być dniem narodzin dwóch braci. Jednak pierwszy z nim przyszedł na świat martwy. Sine ciałko opuściło łono matki z niemal bezgłośnym mlaśnieciem. Drogi rodne wydały na świat śmierć, nie życie. Na próżno matka tuliła go do piersi z całych sił. Sine usteczka nie wydały nawet skrawka oddechu. Druga fala bólu przypomniała matce, że będzie coś jeszcze. Kobieta otarła łzy wierzchem dłoni: Nie znaleźli w fiordach twego ojca ciała! Tyś się rodził wówczas: jam nie zapłakała. Ciche nuty pomogły przyjść na świat drugiemu dziecko. Drogi rodne wydały na świat życie, nie śmierć. Martwy syn spoczął pod jabłonką. Żywy syn bawił się pod gruszą. Matka zwała go Drugi, o Pierwszym nigdy nie powiedziała ni słowa. Drugi rozmawiał z ptakami, podkuwał dzikie konie i śpiewał w niezrozumiałym dla nikogo języku. Pewnego dnia obudził się jeszcze przed świtem, obciął śpiącej matce lenny warkocz i odszedł w najdalsze góry. Nigdy już nie powrócił, a ludzie mówią, że matka wypatrzyła za nim oczy. I kiedy zgasł w nich ostatni blask, zamknęła je na zawsze. W dniu, kiedy ludzie składali ją do ziemi, zerwał się wiatr od gór i rzucił na jej trumnę lenny warkocz. A grusza, pod którą w dziecinne lata bawił się Drugi, uschła następnej wiosny.
Zapadła cisza. Mężczyzna podpierający głowę patrzył na mnie zupełnie nie mrugając, a ja patrzyłam na niego. Po chwili oboje wybudziliśmy się z tego krótkiego letargu.
Ja coś mówiłam?
A ja o coś pytałem?

Tego dnia, jak podawali w radiu, warunki biometeo były wyjątkowo niekorzystne. Stąd te zabójstwa drastyczne i bajania bez związku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz