piątek, 14 listopada 2014

SOBOTNI ARCHIPELAG RZECZYWISTOŚCI

(dla T.) 

Sen jest prawdą. A jak umrzesz, to będziesz tą samą kremową duszą, tylko że w niebie. Ranek po obfitej w mary i marzenia nocy. Zobaczyłam wpatrzone we mnie niebieskie oczy mojego syna. Uśmiechał się. W rączce zaciskał coś. Wielki skarb. Co tam masz? W nocy mi wyleciał. Więc chyba już dużo urosłem, co? Ząb? Naprawdę? Naprawdę! Mój pierwszy. I zobacz, już drugi mi się rusza. Zobacz, pokiwaj nim, widzisz? Ząb się kolebie jak łódka w lekkim, przybrzeżnym prądzie. Wioślarz posiał gdzieś pagaje. Trzeba wstawać i wiosłować w nurcie nowego dnia, albo jeszcze nie? Za chwilę. Sobota zaczyna się leniwie, od przeciągania i z obłoczkiem marzeń nad głową – taki dymek z komiksu. W dymku tylko cztery litery: kawa. Sama się nie zrobi przecież. Ale póki co leżmy tak w rozkopanej pościeli, niech czas płynie innym, nie nam. Porozmawiamy o czymś? A o czym byś chciała, mamo, tak najbardziej? Tak najbardziej? To nie wiem. Chodź, przytul się do mnie najmocniej na świecie. Wydawało mi się, że moje ciało oplata dopiero cienka warstwa wspomnień, przylegająca do skóry, na w pół przeźroczysta, jak lekka pończocha, którą wkłada się wiosną. Nie chodzi o to, by grzała, tylko by ładnie odbijała światło, nadawała przyjemnego odcienia bladej po zimie skórze. Moje wspomnienia związane z nim też takie były, a raczej tak mi się zdawało. A tymczasem to już nie była transparentna warstewka. Wyleciał mu pierwszy ząb, drugi był już rozchwiany i już odebrał nakaz eksmisji. Na śniadanie zjemy zupę z pochmurnej żaby i popijemy kompotem z mazgaja, dobrze? A co to mazgaj, mama? To ktoś, kto ciągle beczy. I ty zrobisz z niego kompot? A ty co byś z takim kimś zrobił? Śmieje się. Z pomysłu i ze mnie. Ściągam z niego kołdrę. Wstajemy.
Opowiedz mi coś. To nie będziesz oglądał bajki teraz? Będę, ale i tak mi opowiedz. Chwilę myślę, chcę go zaskoczyć, ale to trudne zadanie. Jak miał niecałe trzy lata sam mi opowiadał pięknie zmyślone historie. O surowym mięsie, które latało na księżyc, albo mieszkało w doniczce, albo jeździło samochodem. Kogoś takiego nie jest łatwo zaskoczyć. I któż to surowe mięso? Myślę sobie, że to każdy z nas. Jesteśmy surowi, ciągle niedogotowani, niedojrzali do tego, w czym bierzemy udział. I choć bardzo się staramy, no przynajmniej niektórzy, to ciągle surowe mięso z nas. Z krwistymi żyłkami na wierzchu.
Mój ty mały filozofie. Głaszczę go, łapię jego twarz w obie dłonie, gwałtownie przyciągam do siebie, sprzedają lepkiego buziaka. Ej, nie chcę twojej ślini, opowiesz czy nie? Mówi się „śliny“, a nie „ślini“. Ślini to się buldog, albo pies na baby. Co? Nico. Dowiesz się w swoim czasie. No to opowiesz mi coś, czy nie? Jak się niecierpliwi, to marszczy czoło zupełnie jak ja. Mogę się w nim czasem przeglądać jak w lustrze. Usta mamy takie same. I trudny, zacięty charakter. Na kogo tak się zawzięliśmy? I dlaczego nigdy, przenigdy nie odpuszczamy? Brniemy w sytuację czołowych zderzeń z losem wagi ciężkiej, nie robimy uników, trzymamy gardę, ale i tak wychodzimy poturbowani. Rany goją się szybko i kolejnym razem stawiamy się w ringu tym chętniej. Uzależnia nas ta adrenalina. Im dalej w życie, tym bardziej. Dziwaczni z nas narkomani. No dobra, to powiem, co mi się zdarzyło wczoraj, jak siedziałam przed teatrem i czekałam na spektakl. A co to spektakl? Przedstawienie. Aha... No to siedziałam na murku i czekałam na Julkę i, wyobraź sobie, przypałętał się do mnie plaster pomidora. Zagaduje, zagaja... Co to znaczy zagaja? No, że gada coś do mnie. Plaster pomidora? No, przecież mówię. Nie-e! To nieprawda! Prawda. A na dodatek szczerzy się do mnie uśmiechem pestkowym, pożółkłym. Wydaje mi się, że za dużo pali. Papierosów? No. Pomidor? A co? Pomidory nie palą! Ten pali. Bzdury opowiadasz, mama. A. No to pewnie wolisz bajkę w telewizorze? Nie, pobawię się w drugą wojnę światową. Pobawisz się też? Dobra, a masz dla mnie panzerfausta? Ale chcę prawdziwego, a nie na niby!
Przy obiedzie rozmawiamy o genezie. Mamo, a powiedz mi, jak to się stało, że się poznaliśmy? No cóż... Jak to się stało? Myślę, że to było nam pisane, synu, to przede wszystkim. Widzę, jak kropki źrenic zmieniają mu się w dwa pytajniki. Czyli to znaczy, że tak po prostu miało być. No dobrze, ale opowiedz mi o tym. Jak to było? Było to tak, że mieszkałeś w moim brzuchu, i długo tam mieszkałeś, wcale ci się nie śpieszyło, żeby wyjść, ale wreszcie wyszedłeś. Ale jak? Tak... po prostu. Dołem. Jakim dołem? Dlaczego tak ciężko powiedzieć wprost, jak się rodzi dzieci? Tamtędy... I pokazuję w dół. Przez pupę? Zaczyna się śmiać. Ja też. Bo to śmieszne, żeby dorosła kobieta po przejściach nie była w  stanie powiedzieć: wyszedłeś z mojego krocza, waginy. Dobra, tak naprawdę to ja sobie ciebie wyśniłam, wiesz? Pewnej nocy, kiedy pomyślałam, że chcę mieć dziecko. Zamknęłam oczy i pomyślałam o tym z całych sił. I przyszedłeś do mnie we śnie. I już zostałeś. Może być taka opowieść? A było dużo krwi, jak mnie urodziłaś? Sporo. A bolało cię? Trochę. Ale nie aż tak. A ile było tej krwi? No, już mówiłam, że trochę. A, mamo, ile ja mam krwi w sobie? Czy ja wiem? Dwa litry? Nie znam się na tym za bardzo. A jak mi cała wyleci? Nie wyleci. A jak tak? No to wtedy przestaniesz żyć. A jak ty będziesz już stara to umrzesz? Tak. A ja? Też. Ale ja nie chcę umierać. Rozumiem. To może być dziwne tak przestać żyć i już nic nie robić. Nie bawić się w wojnę, ani nie patrzyć na drzewa. Cisza. Trawienie brutalnej prawdy. A jak umrę, to mój pindol będzie dalej do mnie przyczepiony? No jasne! Śmiejemy się. Śmierć się nas nie ima, nie w to sobotnie popołudnie. I nie ima się naszych genitaliów. Póki my żyjemy.
Na obiad wata cukrowa, cynaderki z pieprzem i lody futrzane. Układam menu starannie. Składniki dobieram ekologiczne. Doprawiam do smaku, a potem wszystko i tak zamienia się w nieśmiertelną zupę pomidorową z makaronem. Ryż jest ryżykowny. Czas na drzemkę. Mrużę oczy, przez okno wpada zapóźniony promyk słońca. Łaskocze w nos. A ja odpływam. Budowałam zamek z piasku. Czy długo? Nie wiem, ale z pewnością wytrwale. Wiedziałam, że jego los niepewny, właściwie przesądzony. Jeśli nie zabierze go ta fala, to pewnie kolejna, lub jeszcze następna. Ale nie. To ty go rozdeptałeś niby nieroztropnie, ale twój ruch zdradził premedytację. Więc myślę sobie, że jesteś brzydkim, bezkształtnym bakłażanem, bezprecedensowo bezkrwistym, bełkotliwym befsztykiem baranim, bilirubiną baletnicy bezpruderyjnej! Postanawiam cię zbesztać wyzwiskami na „be“. Ale jakoś mi od tego nie lepiej. Śpisz? Czy myślisz, mamo? Jedno i drugie, ale chyba mi się już nie chce. Porysujemy? Ale co? Może... może czyjś samochód? Mały się krzywi. Nie chce być Wandalem, ani Frankiem, ani Wizygotą. Jeszcze do tego nie dorósł. A może nie ma mojego genu dzikusa, który się nie popdporządkuje. Nigdy, nikomu.
Narysuję drugą wojnę światową. To już mi pachnie lekką obsesją, ale muszę być wyrozumiała, sama mam kilka własnych na stanie. Ale całą? To będzie trudne. Nie wiem, czy ci starczy papieru i kredek. No i to zajmie wiele dni. Jakieś... 476352946438262  roboczogodzin.  W przybliżeniu... Tak? No to policz do nieskończoności, jak jesteś taką mądra! Tak? No to zaczynam! Uważaj. Jeden, dwa...
Do nieskończoności doliczyłam akurat tuż przed tym, jak zrobiliśmy się głodni.
Na kolację flaki z lemura, co ty na to synu? A potem polecimy w kosmos. Chciałbyś? Może nawet lepiej przed kolacją, żebyśmy byli trochę lżejsi. Przecież w kosmosie się nic nie waży, mamo. I wcale nie polecimy. Uśmiechnął się, pokiwał do mnie rozchwianym zębem. Polecimy. I trochę nas nie będzie. Może nawet nie pójdziesz w poniedziałek do przedszkola? Nie prawda, mamo. Nie lecimy w żaden kosmos. No to się zdziwisz, młody.

Mijają nas gwiazdy. Małe i duże. Niektóre mają ramiona jak wielkie ośmiornice i wyciągają macki w stronę naszego statku. Robimy uniki; nie chcemy przepaść na zawsze w ich uściskach, choćby tych najserdeczniejszych. Połykamy kolejne lata świetlne. Mijamy mgławice, galaktyki, łaskoczemy ogon komety. Omijamy skrzętnie czarne dziury. Nikt ich nie łata w kosmosie. Szybko nie wrócimy, to pewne. Coś odkryjemy, a może i sami zostaniemy odkryci? Przez obce cywilizacje i ich floty statków, które będą miały mnóstwo kolorowych światełek i będą wyglądały jak bożonarodzeniowe drzewka. A może nikt, zupełnie nikt się nami nie zainteresuje? I przemierzymy wszechświat nie zauważeni? Tak czy inaczej przepadamy w otchłani Uniwersum. I ani się nam witać, ani żegnać -  jak onegdaj napisał poeta - na jednym z archipelagów rzeczywistości.


4 komentarze:

  1. fajowe - babcia T

    OdpowiedzUsuń
  2. Anomim:
    tak właśnie, jesteś wspaniała!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałem. Jak zwykle dwa razy ;) Kurcze, za długo tu siedzę ;)
    Tekst świetny ;)
    Zachciało mi się papierosa ;)

    OdpowiedzUsuń