wtorek, 28 października 2014

"Ja mogę żyć tylko sercem, wy zaś żyjecie według zasad."






przed obiektywem: Agnieszka
stylizacja (projekt i wykonanie): Marzena Deryło
make up/hair: Magdalena "Boska" Lewandowska

A zegarek w żabocie nie chodzi. Nie śpi, nie duma, nie je; czasu nigdy nie marnuje.


                                                                                                                             (cytat w tytule: Lew Tołstoj "Anna Karenina")

środa, 22 października 2014

OPUSZCZENIEC


Opuścić, wyjechać, zostawić wspomnienia. Ludzkie życia plamią miejsca, w których się rozgrywają. Czasem łatwo te ślady wywabić, zetrzeć mokrą ścierką jak kurz, wessać w gardziel odkurzacza. Czasem nie da się ich niczym usunąć. Można trzeć, pokrywać powierzchnię starych bytów nowymi warstwami innych istnień, a one i tak są widoczne; wciąż przebijają; ciągle otwierają szeroko usta, by powiedzieć: oni tu byli.
Na parterze naszej osiemnastowiecznej kamienicy uczyłam się chodzić. Granit parterowych stopni zafundował mi piętnaście tysięcy siniaków. Dwa wybite zęby. Jeden złamany nos. I nadgarstek. Zwichnięty. Piętro już było łaskawsze. Drugie jeszcze bardziej. Tu straciłam dziewictwo. Z tym chłopakiem z bramy obok. Miał zielone oczy, lepki oddech, całował mnie po szyi i niżej. A ja się bałam, że wyjdzie sąsiad, że poleci na skargę do matki, że tracę błonę dziewiczą pod jego drzwiami, na mokrej od jesiennego dżdżu wycieraczce. O tamtej porze zawsze wychodził z pokracznym spanielem na sikanie. Sikali razem. Spaniel pod krzakiem, sąsiad pod murem. Chłopak o zielonych oczach szczytował, a ja drżałam jak suchy liść na mroźnym wietrze z powodu pęcherza psa i sąsiada. Wyobrażałam sobie z całych sił, że są puste. Że nie ma w nich kropli moczu. Od ścianek odbija się echo. Modliłam się o to do tego Jezusa z drewna, do tego kloca, który stoi na komodzie w naszej sieni. Już po wszystkim. Teraz chłopak ma zielony oddech i lepkie oczy. Nie jest już taki ładny jak przedtem, gdy byłam dziwicą.
Opuścić, wyjechać, zostawić wspomnienia. Pies z sąsiadem nie wyszli wtedy na spacer, bo pies właśnie tamtego wieczoru skonał. Miał guza na psim sercu. Leżał cicho popiskując na brudnym psim posłaniu zrobionym ze starego filcowego koca w bure plamy. Sąsiad głaskał go po brzuchu, pies oddychał coraz płycej i płycej aż w końcu przestał zupełnie. Martwe oczy lśniły w półmroku wieczornej lampki do czytania. Ciepły, suchy nos martwego psa stygł. Sąsiad nie mógł uwierzyć, że to tyle. Z kim teraz będzie sikał, gdy do okien zbilży się mrok?  To już? Tak zwyczajnie kończy się ich dwunastoletnia przyjaźń? Tak nijak? Na drugi dzień, kiedy rano wyszłam po mleko, zobaczyłam sąsiada jak siedzi przed domem na murku. W brudne psie posłanie zawinął zesztywniale ciało spaniela. Wystawał tylko ogon, jak drogowskaz wskazywał kierunek marszu. Po schodach do zatęchłej piwnicy. Sąsiad trzymał psa w ramionach, a w zębach papierosa.
Nie zamieniłam z nim ani słowa. Nie powiedziałam „dzień dobry“, bo dla niego taki nie był. W sklepie mleka nie było, nie było też kupujących. Sprzewdawca stał nieruchomo za ladą. W oczach miał nitki strachu. "Opuścić, wyjechać, zostawić wspomnienia." - powiedział. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. 
Dowiedziałam się parę tygodni później, kiedy już wszyscy powtarzali te słowa. Było to zaraz potem, jak stało się jasne, że zostanę matką. Bo chłopak o zielonym oddechu i lepkim spojrzeniu zostawił w moim ciele coś więcej, na dłużej. Tego samego wieczoru, gdy nie wiedziałam, jak spojrzeć w oczy ojcu i bałam się lania, przyszli i powiedzieli.
Opuścić, wyjechać, wyjść. Przerwać daną czynność, bez możliwości kontynuacji. Urwać oddech w połowie, niedokończyć zdania, deseru, listu, prasowania, brzmienia ćwierćnuty na klarnecie. Zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Koc, trochę chleba, Jezusa z drewna, wielkiego i ciężkiego kloca. Będzie chronić ode złego. Lub skończy w ognisku. Los jego jeszcze nie przesądzony, jak nasz. Opuścić, wyjechać. Zabrać tylko co potrzeba: sweter, fotografię rodziny, cieplejsze buty. Zostawić wszystkie rzeczy żony nieboszczki, jej różaniec i medalik z tombaku. Halkę, w której wychodziła za mąż, czernidło do brwi, trzewiki, których nie zdążyła schodzić.

Opuścić, wyjechać. Zostawić po sobie wydmuszkę wspomnień, martwą ciszę urwanych kroków. 
To był chłopiec. Miał zielone oczy i lepki oddech. Urodziłam go i zostawiłam na schodach jakiegoś domu.  

poniedziałek, 20 października 2014

Jasna...








pozuje: Żaneta
stylizacja: Marzena Deryło, Maura Ładosz

w roli miejsca: dom martwych motyli, posadowiony na onirycznej mapie wyobraźni, między snem pierwszym, a ostatnim. ( i wcale to a wcale nie jestem w tym miejscu nazbyt patetyczna!)

poniedziałek, 13 października 2014

Wszechmocny, wszechwładny.



przed obiektywem: TYMON


...któren matkę swą rodzicielkę takim oto spojrzeniem poczęstował, że owa matka oddaliła się w zakamarek duszy swej najodleglejszy. Kiedy powróci niewiadomo...





piątek, 10 października 2014

Milena Wielce Tajemnicza.








przed obiektywem: Milena
stylizacja: praca zbiorowa - Marzena, Eliza, Maura

w roli tajemniczego parku: wielce tajemniczy park, który spuścił nieco z tonu tajemniczości, w obliczu oblicza jeszcze bardziej wielce tajemniczej Mileny.

wtorek, 7 października 2014

Hortensje i stare koronki









przed obiektywem: Maja i Daria
stylizacja: Marzena Deryło, Maura Ładosz

a dobry Duch Lasu opiekował się nami mentalnie.

środa, 1 października 2014

HUŚTAWKA

Listopad 1964. Teraz pada na nią deszcz. Jest zimny, zgniły poranek, taki sam jak wtedy, gdy ją budował. Jesień wyje przez okna. Zdziera gardło, chrypi. Natalia nie może już dłużej słuchać tego lamentu i włącza radio. Leniwy głos spikera jakoś tę poranną chandrę rozciera, jak oboloły kark. Zresztą po pierwszej kawie będzie już całkiem znośnie. Natalia nastawia ekspres i zerka przez kuchenne okno. W rogu starego ogrodu stoi ona. Huśtawka. Wiatr przykleił zbutwiałe liście do jej brudnych sznurków, które na zawsze przywiązały do siebie siedzisko. Trwają w tym zaplątaniu już tyle lat. Teraz kołyszą się miarowo, razem, płynnie. Wiatr i huśtawka. Nikt im sakramentu ślubu nie udzialał, a swawolą, ile wlezie. Wstydu nie mają. Tak żartuje Wincenty. Natalię już jego żarty nie bawią. Czemu ja jej tak nie lubię, a ciągle na nią patrzę? Natalia nie może znaleźć odpowiedzi. Głupia jest ta huśtawka i tyle. A teraz jeszcze brzydka, stara. Natalia odruchowo zerka na swoje odbicie w szybie kredensu. Co się z nią stało? Kiedyś mówili, że jest ładna. Za ładna dla niego. Wzrok spada do samej podłogi, ma miękkie lądowanie na wełnianych kapciach. Są rozchodzone, rozdeptane, bezkształtne. Zupełnie jak życie właścicielki. Niby jeszcze wiele lat przede mną – myśli sobie – ale właściwie czym te lata będą się różniły od poprzednich? Lub jeszcze następnych? Wszystko dzieje się na tej samej prostej, wypoziomowanej linii życia. Nic nie zakłóca jej biegu. Natalia przypomina sobie właśnie, że przecież taka płaska linia na ekranie maszyny monitorującej funkcje życiowe oznacza koniec, śmierć. Linia życia musi falować. Jej linia jest płaska od tylu już lat, a jednak Natalia chodzi, oddycha, je i nawet czasem modli się o zdrowie dla siebie i męża. Po co? Po co zdrowie komuś, kto nie żyje? Ekspres cichym sapnięciem daje znak, że kawa gotowa. Wzrok Natalii znowu wędruje do ogrodu, kuca przy huśtawce. Drewno śliskie od deszczowej wody i czasu, który je wypolerował. Wincenty ściął na nią wiąz. Cały. Barbarzyńca jeden. A potrzebował tylko jednej deski. Cały drzewny organizm wiązu oddał dla niej życie. Głupia, wredna, bezduszna huśtawka. Wincenty zbudował ją w 1952 roku. Miał wtedy  52 lata, a dzień był taki jak dziś. Natalia bardzo się temu dziwiła, i sprzeciwiała, i mamrotała od rana:
- Mokro jest, w powietrzu wilgoć nieznośna, do kości ci przejdzie, będą trzeszczały, a gdy nadejdzie wiek bardziej starczy od tego, który siedzi ci na karku już teraz, zaczną się łamać. I ciężko im będzie się zrastać. Będziesz wtedy nieznośny, Wincenty, bo nawet jak masz katar i stan podgorączkowy to ciężko z tobą wysiedzieć. Człowiek chce wyjść z siebie, żeby cię nie udusić w afekcie. Przypomnieć ci, jaki wtedy jesteś? Testament chcesz pisać, zawsze ci się przypomina, który krewny ci nie leży, choć powody zawsze są błahe. Bo nie napisał kartki na święta już od dwóch lat? Bo za paliwo za wspólny wypad na grzyby w 36 nie oddał? Przecież ty wtedy nie miałeś samochodu! Na rowerze jeździłeś. Nawet w zimę. Wincenty? Gdzie ty polazłeś? No tak. Do niej. Łajdaku... Natalia siada przy stole. Zaciska usta. Oczy jej się szklą ze złości, ale łzy nie uroni. Chce sobie teraz przypomnieć, dlaczego wtedy, w ten majowy dzień, kiedy lało jak z cebra i użądliła ją pszczoła, powiedziała „tak“ przy ołtarzu. Mdliło ją od zapachu kadzidła, kojarzyło jej się ze zmarłym. Z tyłu, za parą młodą, w dwóch ławkach siedziało kilka osób. Natalia, przed złożeniem obietnicy przyszłemu mężowi, spojrzała na swoją matkę. To przed nią uciekała w to małżeństwo. Chłodną, bezuczuciową, zasadniczą kobiętą, która planowała zrobić ze swojej córki opiekunkę na stare lata. Która hodowała ją od maleńkości w bezwzględnym posłuszeństwie i szacunku dla tej, która ją na ten świat wydała. Lecz przez całe dzieciństwo i wiek dorastania nie dała jej choćby cienia powodu do takich uczuć. „Czcij matkę swoją!“ bałwochwalczo, bezkrytycznie, do śmierci. Natalia dobrze pamięta jej wzrok. Ślubowała Wincentemu pod jego naporem. Gdy skończyła słowa przysięgi, matka zamknęła oczy, wstała i wyszła bez słowa. Nie rozmawiały od tamtej pory nigdy więcej; widziały się tylko raz, na pogrzebie babci. Matka Natalii odeszła kilka lat później. Dom i wszystko co miała, przepisała na Caritas. Do Natalii napisała krótki list. Natalia spaliła go od razu nie czytajac z niego ani słowa. Wiedziała, co mogło w nim być. Wyrzuty, złorzeczenia, pretensje.
- Ciekawe... - myśli Natalia – matka miałaby satysfakcję patrząc teraz na nią. Z jednej beznadziei w drugą. Jednak co przeznaczone, to przeznaczone. Myśli znowu biegną w przeszłość.

Listopad 1952. Filiżanka pokazuje Natalii dno. Smugi od kawy i resztki nierozpuszczonego cukru na porcelanie tworzą niezrozumiały ornament. Może dlatego Natalia przypomina sobie o Wincentym. Od lat się nie rozumieją. No i zignorował ją przed kilkoma minutami. Znowu.
Natalia idzie w swoich rozdeptanych kapciach przez trawnik. Niemal natychmiast robią się mokre; nieprzyjemnie jej w stopy, ale Natalia ani myśli zawrócić. Wincenty rozkłada właśnie na ziemi potrzebne narzędzia. Ślini palec. Zawsze tak robi, kiedy zabiera się do jakiejś roboty na poważnie. Z kieszeni wyciąga jakiś świstek. To projekt huśtawki, który powstał na skrawku przeczytanej gazety. Huśtawka ma być prosta. Szkielet z drewna, też tego wiązowego, bo to nieprawda, że ściął całe drzewo tylko dla jednej deski. Potrzebuje więcej. Natalia zawsze dramatyzowała w podobnych sprawach. Zresztą wiąz był chory. Dostał raka zeszłej wiosny. I tak by nic z niego nie było. Wincenty nie chciał patrzeć, jak drzewo umiera. Wolał, by się na coś nadało, póki w miarę zdrowe. Choćby pośmiertnie. Zresztą tego właśnie zazdrościł drzewom najbardziej. Że żywe były takie użyteczne. A i po swojej śmierci nadal służyły do tak wielu celów. To najdoskonalszy wytwór natury. Sam nie raz wyobrażał sobie siebie jako drzewo. Ale nigdy nie potrafił się zdecydować, jakim chciałby być.
- Osika - zawyrokowała pewnego razu Natalia, gdy Wincenty w jakimś niekontrolowanym przypływie szczerości, podzielił się z nią ową myślą. - Osika i już. Najbardziej do ciebie pasuje.
- Może i tak, a ty jakim drzewem chciałabyś być, Natalio? – podpuścił ją, a Natalia przygasła.
- Bukiem. Bo to drzewo płodności. Dawno temu Grecy zaganiali pod buki swoje zwierzęta, by się chętnie mnożyły.
Natalia wyszła do kuchni, jak tylko to powiedziała. Wincenty odwrócił wzrok. Po co znowu rozdrapywać te rany?
Wincenty bierze saperkę, żeby wykopać dołki pod betonowe podstawy huśtawki. To ma być naprawdę solidna robota.  Natalia już stoi za nim w przemoczonych kapciach; łypie złym okiem.
- Czy ty oszalałeś, człowieku? Będziesz na niej huśtał słonia? I po co ona za nim tak łazi? Postanawia ją zignorować. Zresztą i tak żadna opowiedź jej nie zadowoli. Jaka by nie była, będzie tylko pretekstem do uszczypliwej wymiany zdań, w końcu do kłótni, a potem do awantury, która rozdzili ich współżycie długimi tygodniami ciszy. Natalia wie to tak samo dobrze, jak on. Może dlatego zmienia temat? Na jeszcze gorszy.
- Mój kuzyn dziś do nas przyjdzie na kolację.
Wincenty odwraca się w stronę jej słów niechętnie. Natalia widzi błysk niezadowolenia w oczach. Bawi ją to. Wie, co będzie dalej.
- I po co? Po jaką cholerę? – Wincenty nie kryje irytacji.
- Bo tak. – Natalia wzrusza ramionami; jest w tym zamierzone lekceważenie. - Pewnie ma na to ochotę. Ja zresztą też lubię te jego wizyty.
- A ja nie. – głos Wincentego przybiera kapryśny ton.
- Kuzyn chce z tobą pomówić. - Natalia nie daje za wygraną nigdy. Za to kiedyś ją pokochał, teraz już nie może tego znieść.
- O czym mam na Boga z nim gadać? Nic nie potrafi zrobić jak trzeba! Był w seminarium, a potem poszedł na milicjanta! Pewnie chciał na ministranta, ale to niemota i mu się popieprzyło!
- Nie używaj wyrazów w obecności kobiety, Wincenty!
- To czym mam do ciebie mówić, monosylabami?! O czym mam z nim rozmawiać, ja się pytam? O czym?! Robisz mi na złość wpuszczając go do naszego domu. Dlaczego taka jesteś? Dlaczego nie możemy żyć jak kiedyś, w zgodzie? Co ja ci w życiu złego zrobiłem, kobieto?
- Jakiś temat do rozmowy na pewno się znajdzie, jeśli się trochę wysilisz. Kuzyn to inteligentny człowiek.
- Zasraniec. Zwykły zasraniec.
Wincenty nie patrzy już na żonę. Przegrał. Postawiła na swoim. Gdyby to był rok 39 nie miałby dla niej litości. Wincenty był wtedy porywczy, no i uzbrojony. Rozjechałby ją czołgiem. Na miazgę. Dziś, w 52, o nic już nie walczy.
- Po co ci ona? Po co ją tu stawiasz? – Natalia przypuszcza tymczasem frontalny atak. – Krzesło miałeś naprawić, łazienkę odmalować, a ty jej poświęcasz uwagę?! Po co? Kto się będzie na niej huśtał?! Bo na pewno nie ja!
Wincenty milczy przez moment. Potem mówi cicho, ale dobitnie:
- Chcę, żeby w moim ogrodzie była huśtawka. Nie chcę wojny. Ale jeśli nie przestaniesz...
- Ja jej tu nie chcę. Rozumiesz?! – Natalia odwraca się na pięcie i odchodzi. Wincenty spogląda w niebo. Chmury się zbierają. Będzie padać. Może nawet kilka dni?
Wincenty bierze się do przerwanej pracy, Natalia znowu patrzy na niego przez okno. On kiedyś umrze, a ona pozbędzie się huśtawki. Po jego trupie.
W listopadzie 1952 roku, gdy Wincenty tworzył huśtawkę w ogrodzie,  był już mężczyzną niemłodym. Jeszcze w kwiecie wieku, ale siły już nieco mu zwątlały. Włosy się przerzedziły, nabrały odcienia stali, twarz stała się siatkowaną mapą smutków, trosk i niezwykle rzadkich już uśmiechów, a blask oczu zgasł dość znacznie. Ciągle był wysoki, ręce i nogi przydługie, a pośrodku nieco pokracznego ciała, tkwił okrągły brzuch. Z łatwością można by do niego zmieścić malutkie dziecko. Ale Wincenty i Natalia potomstwa nie mieli. Dla kogo była ta huśtawka?
- I dla kogo ty to robisz? Dla kogo? Sam się będziesz huśtał? No sam powiedz.
Wincenty nic nie mówi. Siedzi nad zupą. Naprawdę chce ją zjeść w spokoju. Ile razy jeszcze zapyta o to samo? Natalia czeka na odpowiedź, Wincenty tylko kicha. Raz i drugi.  Oczy zachodzą mu szkłem. Jest już wieczór. Lada moment nadejdzie niechciany przez Wincentego gość. Natalia przyrządziła pieczeń. Właśnie polewa ją gęstym sosem. Znowu mamrocze, Chryste, co za kobieta... Wincenty tylko zagryza zęby. Tyle może zrobić, nic więcej. A przecież kiedyś ją kochał i to tak bardzo. Teraz dzwoni mu w uszach jej biadolenie:
- I już. Właśnie. Zaczyna się. Kichasz. Będziesz teraz zdychał tydzień, albo i dłużej. Ale ty przecież wiesz lepiej.
Kiedy ona zaczęła tak zrzędzić? Nie mógł sobie przypomnieć. Dzwonek do drzwi. Kuzyn. Wincentego zalewa krew, ale idzie otworzyć. Niech ten wieczór szybko minie, niech minie.
Kuzyn jest głośny, od samego progu. I ta jego prostacka serdeczność. Pyta co u nich i w ogóle. Chwali się, że dostał premię. I nagrodę z rąk samego dyrektora departamentu. I był na wycieczce zakładowej w lesie. Znalazł pięknego prawdziwka! Okaz! Przekazał go, rzecz jasna, dyrektorowi departamentu. Lizus. Pieprzony, zasrany lizus. Niech go psy pierdolą. Wincenty stopniowo się wyłącza z tego spotkania. Jest, ale w nim nie uczestniczy. Głosy Natalii i kuzyna słyszy jak spod wody. Na początku jeszcze stara się reagować choćby przelotnym uśmieszkiem na ten ich bulgot, potem już w ogóle nie przejawia żadnego zainteresowania. Nawet jeśli jakieś pytanie jest wycelowane prosto w niego, jak pocisk. Wincenty nawet się nie wysila, żeby zrobić unik. On po prostu to ignoruje i nawet nie widzi, że Natalia pali się ze wstydu, a kuzynowi robi się głupio. Kim jest ten gbur? Pyta w myślach Natalia. Dlaczego jest taki niedobry? Co myśmy mu złego zrobili?
Natalia patrzy na zatrzaśniętego w sobie męża. Zaryglował się od środka, pajac jeden, a ja tu świecę za niego oczami. Uśmiecha się zakłopotana do kuzyna. Znowu zerka na Wincentego.  Czy istnieje jakaś szansa, żeby cofnąć czas? Powinnam wtedy wyjść z kościoła z matką. Wybrać mniejsze zło.
Kuzyn podnosi się z fotela; żegna się; pieczeń mu smakowała, nalewka też. Dobrze, że Natalia zdrowa. Faktycznie miał drobną sprawę do Wincentego, ale skoro on nie w nastroju do rozmowy, to może innym razem? Natalia prowadzi go do drzwi, zerka w stronę salonu, czy Wincenty ich nie widzi. Przybliża się do kuzyna i szepcze:
- Przepraszam. Trochę się dziś posprzeczaliśmy. Pewnie dlatego on taki nieswój.
Kuzyn patrzy na nią przez chwilę, widać, że się waha.
- Muszę ci coś powiedzieć, Natalio, zawsze chciałem, ale jakoś... nie miałem odwagi. Wiesz, że ze mnie prosty człowiek. To prawda, że jesteśmy rodziną, ale nie tak znowu bliską. To za mnie powinnaś była wyjść, nie za niego. Ja bym ci dał dzieci, a nie... tak jak on... Może jeszcze nie jest za późno.
Kuzyna łapie ją mocno za pośladki, przyciąga do siebie, chce pocałować. Natalia czuje jego oodech, sos do pieczeni wymieszany z alkoholem. Wymierza mu policzek, choć tak naprawdę tego nie chce. Ten dziwny wybuch namiętności jest jedynym od tak wielu lat. Co z tego, że pozamałżeński? Jej małżeństwo to farsa. Tragifarsa. Ale Natalia została tak wychowana, musi odrzucić ten umizg kuzyna. Więc kuzyn rzuca szybkie „dobranoc“ i już go nie ma. I nie będzie. Już więcej nie przekroczy progu ich domu. Wincentego oczywiście to smucić nie będzie. Ale w Natalii już na zawsze pozostanie żal. Będzie myśleć, co by było gdyby.
Natalia uspokaja oddech, wraca do salonu. Weźmie odwet na Wincentym.  
- Nie odezwałeś się ani słowem, przez cały wieczór, baranie jeden! Kuzyn się na nas obraził! Czemu ty taki jesteś, Wincenty? Kiedyś taki nie byłeś! Wyszłam za innego mężczyznę. Miłego, towarzystkiego. Dlaczego tak się zachowujesz? Dlaczego nie powiedziałeś do niego ani słowa? - Natalia patrzy na Wincentego z uporem. Jej wzrok domaga się odpowiedzi. Szczerej i sensownej. Wincenty wie, że sensownej nie ma. A szczerość... cóż. Mogłaby ją zaboleć.
- Idę spać, jutro dokończę huśtawkę – całuje Natalię w czoło i wychodzi. Nazajutrz już o siódmej rano jest gotowy do działania. Beton dobrze związał przez noc. Drewniany szkielet stoi w nim na baczność. Wincenty napiera na niego całym ciężarem. Ani drgie. Świetna robota. Wincenty chwali sam siebie. Na żonę nie ma co liczyć.
Natalia obserwuje go jak zwykle przez okno w kuchni. Na twarzy niechęć zwęża jej i tak wąskie usta. Wincenty nie znosi u niej tego grymasu, ale nic nigdy nie mówi. Teraz i tak go nie widzi. Natalia dobrze wie, po co mu ta huśtawka. Ale teraz nie będzie o tym myśleć, teraz musi zabrać się za pranie.

Dwadzieścia lat i trzy godziny później Wincenty wchodzi do kuchni, ręce mu zgrabiały z zimna i pracy. Przesadził wszystkie róże. Po co, nie wie, ale tak sobie życzyła Natalia. Potem malował huśtawkę. Czas nie obchodzi się z nią zbyt łagodnie. Jednak drewno chorego wiązu to nie był dobry pomysł.  Trzeba było dać umrzeć drzewu naturalnie, bez używania piły i siekiery. Wincenty czuje na dłoniach mrowienie. Wsadził je pod gorącą wodę. Krew się nagrzewa i płynie znowu szybciej. Natalia miesza miarowo herbatę.
- Dlaczego mi to robisz? – Natalia nie przestaje mieszać, nawet na niego nie patrzy. Wincenty milczy. Dopiero po chwili, gdy wyciera ręce w kuchenną ścierkę, decyduje się odezwać.
– U mnie na ogrodzie też była huśtawka. Zostałem na niej poczęty.
- Wiem o tym! I wiem, że to bzdura! Twoja matka naopowiadała ci zboczonych głupot! Bo była mitomanką! – Natalia aż czerwienieje. Wincenty sam nie wie, czy ze złości, czy ze wstydu. On i Natalia kochali się zwyczajnie. Natalia po prostu leżała, a on po prostu na nią wchodził. Nigdy nie pozowliła na nic więcej. Opowieści matki Wincentego o szalonych aktach miłości między nią a ojcem Wincentego wzbudzały w Natalii gniew. Albo zawiść. Że ona tak nie potrafi...
- Nie, to nie jest bzdura, Natalio. To prawda. Rodzice nigdy nie kłamali. Czemu mieliby kłamać w tej sprawie?
- Cała wasza rodzina była wynaturzona. Zresztą tamtej huśtawki już nie ma! I chwała Bogu.
Wincenty przerywa jej gwałtownie:
– Czemu chwała?! Gdyby nie było tamtej huśtawki, to i mnie by pewnie nie było! Licz się ze słowami, kobieto! Nie siedzielibyśmy tutaj razem, nie przeżylibyśmy ze sobą tych wszystkich lat! – Wincenty wstaje, czuje jak wzbiera w nim gniew. Czego ona od niego chce? Natalia odkłada łyżeczkę na stół, patrzy na Wincentego lodowato.
- Właśnie... nie byłoby tego wszystkiego. – chce wyjść, ale Wincenty przytrzymuje ją za ramię. Zbyt mocno. Natalia syczy z bólu.
- Puść mnie, kretynie. Zrobi mi się siniak. Idę wywiesić twoje gacie, żeby wyschły.  
Ale Wincenty nie ma zamiaru, przelało się w nim uczucie, które wzbierało od dawna. Teraz jest już za późno.
– Na tej huśtawce ktoś kiedyś usiądzie. I będzie się huśtał. Zobaczysz!
- Jesteś żałosnym, starym idiotą. Ta huśtawka stoi już dwadzieścia lat! Nikt nigdy się na niej nie huśtał! Nikt do nas nawet nie przychodzi! Kto to niby miałby być?! Kto?! Jakaś wyuzdana kobieta?! Której zrobisz dzieciaka, jak niby twój ojciec twojej matce? Jesteś obrzydliwy, Wincenty. Po co ja w ogóle za ciebie wyszłam?! Dobrze, że nie mamy dzieci. Nie chciałabym dla nich takiego ojca.
Natalia oswobadza ramię z uścisku męża i wychodzi. Do tematu nie wracają nigdy więcej. Ciche dni między nimi trwają tym razem dłużej niż zwykle.

Listopad 1990. Huśtawka ma 38 lat. Znowu smaga ją wiatr i jesienny deszcz. Natalia patrzy na nią przez kuchenne okno. Z trudem ostatnio jej się rano wstaje. Jakby nie było już po co.  Wiele rzeczy przychodzi jej z trudem. Wincenty od czterech dni leży w szpitalu. Wylew wyłączył mu świadomość istnienia. Może wróci, a może już nie. Natalia już go tu nie chce, ale boi się do tego przyznać; wstyd jej. Powinność małżeńska nakazuje jedno, żal po źle przeżytym życiu coś innego. Będzie samotna na starość, ale to nie nowość. Zawsze była. Wincenty zaledwie statystował w jej życiu, ona w jego zresztą też. I po co ja się urodziłam? Natalię ogarnia histeryczny śmiech, potem płacz. Pierwszy od wielu lat.
- Nie pójdę dziś do szpitala – Natalia ociera spłakaną twarz rękawem. Jest jak zbuntowe dziecko.  – Nie pójdę i już. Widywałam cię codziennie, Wincenty. Każdego zasranego dnia. Dziś nie chcę, bo zwymiotuję. Jesteś obrzydliwym staruchem, masz powykręcane palce, wszędzie widać ci żyły. Śmierdzisz moczem, nie masz już włosów i zębów.  A teraz na dodatek leżysz tam jak kłoda. Nie pójdę do ciebie i nic dziś  nie będę robić, zupełnie nic.
Natalia zaciska wąskie usta i odchodzi w głąb domu. Dźwiga swoje osiemdziesiąt lat na wychudłych łydkach. Sapie niemal przy każdym kroku. Kiedy śmierć się nad nią zlituje? Dom ją wchłania powoli, niknie w mroku przedpokoju jak w przełyku. Potem spędza długie godziny na niczym. Wie, że to grzech lenistwa, ale krótka spowiedź go wymarze. Zresztą i tak już robi się póżno. Natalia zaraz się kładzie. Przed snem pomyśli chwilę o Wincentym, ale tylko z przyzwyczajenia.  I z żalem. Gdyby wtedy miała więcej odwagi, gdy kuzyn złapał ją tak lubieżnie za pośladki. Gdyby wtedy wyszła za nim z domu. Albo nie... Gdyby choć raz pozowoliła Wincentemu kochać się z sobą inaczej. To jak by to było? To ona usiadłaby na nim, wcisnęła sobie go do środka, jej własne ręce zaciskałyby się na własnych piersiach, a potem tylko już w przód i w tył jak na tej huśtawce, jak na tej wstrętnej, odrażającej, lubieżnej, grzesznej huśtawce.
- Jak umrzesz, Wincenty, to przysięgam, pierwsze co zrobię, to ją spalę... Spalę ją... Diablicę... I Natalia powoli zasypia mamrocząc pod nosem.
W środku nocy coś ją budzi. W pokoju zupełny mrok, księżyc też dziś leniwy. Natalia czuje, jak ugina się materac, jakby ktoś przysiadł w nogach łóżka. To Wincenty.
- Co ty tu robisz?! Wypuścili cię? O tej porze?
Wincenty nic nie mówi, uśmiecha się tylko łagodnie. Dziwne. Od lat się do niej nie uśmiechał.
- Wincenty, czemu nie dałeś mi znać, że już ci lepiej? Przecież bym po ciebie przyjechała. Nie mogłam dziś przyjść, bo... Bo rozbolała mnie głowa. Wiesz, jakie ja mam migreny ostatnio, oszaleć można. – to kłamstwo przychodzi Natalii z łatwością. Wincenty ciągle milczy.
- Nie możesz mówić? Jak oni cię w ogóle mogli wypuść w tym stanie! – Natalia wstaje nerwowo, szybko zakłada szlafrok. – Herbaty ci zrobię.
- Nie chcę. – słyszy spokojny ton Wincentego. – Za kilka dni ktoś tu przyjdzie.
- Kto? Co ty bredzisz, człowieku? Od lat nikt do nas nie przychodzi. Dobrze wiesz, że to przez ciebie, gburze ty. Dzwonię po karetkę. Ty musisz wrócić do szpitala. Za wcześnie wyszedłeś. I to po nocy! Kto to widział!
- Przyjdzie kobieta z dzieckiem. Wpuść ich do ogrodu. Kobieta będzie miała robity nos. Na ścianie został ślad w kształcie motyla.
Natalia patrzy na Wincentego jak na wariata. Wincenty uśmiecha się do niej, wzrok ma nieobecny.
- Co zostało?
Natalia czeka na odpowiedź, ale jej nie dostaje. Dzwoni telefon. Natalia sięga po słuchawkę. Złości ją to, że ktoś wydzwania po nocy.
- Słucham! Tak, przy telefonie. Kto mówi? Co to za wygłupy, mąż tu przecież ze mną właśnie jest. Ja się poskarżę do ordynatora, że go wypuściliście. To stary, bardzo stary człowiek! Co? Jak to nie żyje?! Co pan za bzdury opowiada?!
Natalia złości się jeszcze bardziej; ona może życzyć Wincentemu śmierci, ale żeby obcy ludzie ją tak bezczelnie stwierdzali?! I to przez telefon? Odwraca się, patrzy na łóżko, ale tam już nikogo nie ma.
- Przecież... przecież był tu przed chwilą! Siedział na naszym łóżku! Na własne oczy widziałam! Wzrok mam ciągle dobry, okulary noszę, ale tylko do czytania! Zaćmy nigdy u nas w rodzinie nie było!
Natalia wyrzuca słowa jak pociski, ale głos po drugiej stronie przerywa jej stanowczo. Natalia słucha przez chwilę, pokornieje.
   Tak, rozumiem. Przyjadę z samego rana. 
Natalia kładzie słuchawkę na szafce. Osuwa się na podłogę. Nie ma siły stać. Przed chwilą rozmawiała z nieżywym człowiekiem.

Wszystko odbyło się klasycznie. Był Wincenty, a teraz go nie ma. Natalia nie wspomina wspólnych lat. To dla niej bezpowrotnie stracony czas. Na niczym już jej nie zależy, za późno. Tylko tę obietnicę musi spełnić. Spalić huśtawkę. Odczekała kilka dni od pogrzebu, teraz nie ma już na co czekać. Z piwnicy przynosi baniak z benzyną, z kuchni zapałki. Obleje ją i podpali. Taki ma plan. Pewnie sąsiedzi zadzwonią po straż pożarną i policję. Może nawet dostanie mandat. I co z tego. Pozbędzie się tej francy, zarazy, która zatruwała jej życie przez te wszystkie lata. Tylko to się teraz liczy.
Natalia idzie przez mokry trawnik. Wełniane, zdeptane kapcie (która to już para?) piją wodę jak spragnieni wędrowcy.
- Przepraszam panią!
Natalia słyszy miły głos. Przy furtce stoi kobieta. Obok niej chłopiec. Kobieta ma rozbity nos. Natalia upuszcza zapałki w trawę.
- Przepraszam panią, mój syn zobaczył huśtawkę. Miałaby pani coś przeciwko, gdyby na moment...
Natalia jeszcze nie zdążyła wydobyć z siebie choćby sylaby, gdy chłopiec popycha furtkę i biegnie do huśtawki.
- Paweł, powoli! – napomina kobieta. Widzi, że oniemiała Natalia przygląda się jej twarzy. Kobieta odruchowo dotyka nosa i uśmiecha się przepraszająco. Chyba jej wstyd.
- Bolało? – Natalia jest zdenerwowana, ale czuje, że powinna coś powiedzieć. Choć to głupie. I oczywiste, że bolało.
- Jak wszyscy diabli.

Kobieta podchodzi do rozbawionego chłopca. Zatrzymuje huśtawkę i siada obok niego. Teraz huśtają się razem. Nad ogrodem unosi się ich śmiech. Leci obłokiem nad kompostem i dalej za płot nad warzywnik sąsiadów. Natalia patrzy i się dziwi. I już nie wie, co dalej.