poniedziałek, 29 września 2014

Madeline








pozowała: Magdalena
make up/włosy: Magdalena "Boska" Lewandowska
stylizacja: Maura Ładosz/Marzena Deryło

ps. podczas zdjęć zaobserwowano również osierocone trolle z walizkami. potraktowano je ze szczególną beztroską.

środa, 24 września 2014

Baśni melancholie...













pozowały: niezwykłe Marysia i Jula
stylizacja/inspiracja: Magdalena Berny
tiule: Marzena Deryło

fotografie powstały podczas warsztatów "Kreowanie Baśni" z Magdaleną Berny w ZŁODZIEJEWIE

środa, 17 września 2014

WALERIA CHORUJE (całość)

Waleria miała anginę. Nie mogła wyjść z psem, zmyć naczyń, ani nawet zadzwonić, bo głos na cały ranek i większość popołudnia odmówił jej posłuszeństwa. Przełykanie śliny bolało. Waleria nie mogła wypić ulubionej herbaty. Usiadła przy oknie. Wyjrzała na ulicę. Padał deszcz. Spływał po nierównym asfalcie, obmywał zakratowane studzienki. Burzówki kipiały. Świat tonął we łzach. Waleria była niemal pewna, że to z jej powodu. Świat okazywał niezwykłą empatię. Nigdy w życiu nie czuła się tak z nim związana, jak w tej chwili. Kiedy to wszystko minie – pomyślała – kiedy choroba opuści moje ciało, będzie jak dawniej. Świat o mnie znowu zapomni. Wyjdzie słońce i dawne smutki. Co zrobię?
Popatrzyła w lustro. Nie odnajdywała żadnej odpowiedzi na zmęczonej bólem i goraczką twarzy. Powinnam dać mu znać? Wysłać mu wiadomość? Mail? Gołębia? Trudno było się zdecydować. Jej mąż, w przeciwieństwie do empatycznego dziś świata, nie okazywał jej wiele życzliwości. Ani w zdrowiu, ani w chorobie. Kiedyś po prostu poprosił ją o rękę. Nie było to nic nazdwyczajnego, bo i uczucie, które ich ponoć łączyło, też nadzwyczajne nie było. Rachityczne, mizerne, ledwo dostrzegalne gołym okiem. Waleria po prostu chciała wyrwać się z domu. A on? Czego on chciał? Miał przecież wszystko, jeszcze zanim się pobrali. Nigdy tego nie mogła zrozumieć. I gdy wsuwał na jej palec złotą obrączkę, wszystko w niej krzyczało: nie rób tego! Będziesz tego żałować! I pożałowała…
Zabrał jej wszystko. Nie rzeczy materialne, tych nigdy nie miała i nie chciała mieć. Zabrał jej jedyne cenne rzeczy, jakie miała: młodość, radość, nadzieję. A teraz jeszcze to. Satysfakcję, że zadzwoni do niego, powie mu, że oto właśnie umiera, odchodzi z tego świata z powodu niewyobrażalnie silnego bólu gardła, a on zapłacze… Rozpłakałby się. Ze śmiechu. Więc jednak nie. Nie będę do niego dzwonić. Pójdę do lekarza i wyzdrowieję. A potem dopiero zadzwonię. Powiem mu, jak doskonale się czuję, jak nic mnie nie boli i jak wspaniale smakuje herbata bez niego! To go dopiero zezłości!
Waleria od razu poczuła się trochę lepiej. Jak to nieżyczliwe myśli na czyjś temat potrafią dodać otuchy! Niezwykłe. Przebrała się, zawiązała gruby szalik w okół szyi (robiła go całą zimę, gdy czekała – jeszcze czekała – aż jej mąż się opamięta) i wyszła z domu. Deszcz ani na moment nie przestawał padać. Może już wystarczy tego współczucia, co? Ile można się tak mazać? Nie ja jedna mam anginę i nieudane małżeństwo. Dajmy wreszcie spokój z tym deszczem. Ale świat najwyraźniej nie miał zamiaru przerywać swojego współodczuwania. Trudno.
Do gabinetu lekarskiego dotarła chwilę przed piątą. Korytarz był pełny. Wirusy, bakterie, co tylko dusza zapragnie. Wesoło mutowały w powietrzu. Waleria usiadła na przeciwko młodej matki z dzieckiem. Dziecko siedziało w nienagannie wyprostowanej pozycji. Miało czarne, przylizane włoski, z przedziałkiem na środku okrągłej jak piłka czaszki. Wlepiało w Walerię wielkie, niebieskie oczy, zupełnie nie mrugając. Waleria nie mogła znieść tego spojrzenia. Odwróciła głowę, by zajrzeć do gazetnika, wyszperać w nim jakąś gazetę sprzed pół roku i zabić czas przeterminowanymi doniesienami bulwarowymi na temat sezonowych gwiazdek. Nagle pczuła coś ciepłego i mokrego na swojej łydce. Natychmiast spojrzała w dół – przy nodze klęczało to dziwne dziecko i w najlepsze oblizywało jej piszczel! Waleria, nie mogąc wydobyć z siebie słowa na skutek szoku i szalejącej w gardle anginy, spojrzała tylko na matkę dziecka. Kobieta patrzyła na nią beznamiętnie przez moment, po czym obojętnie gwizdnęła, jak gwiżdżą właściciele niesfornych psów, by przywołać je do siebie. Dziecko podniosło się z podłogi i wróciło na krzesło obok matki. Matka poklepała je po policzku, z kieszeni płaszcza wyszperała kawałek zeschniętego chleba i rzucia dziecku, które z wprawą złapało skibkę w powietrzu i natychmiast połnkęło. Waleria patrzyła na to w osłupieniu. Jej zdziwienie potęgował fakt, że nikt inny w poczekalni nie zwrócił na to najmniejszej uwagi! Starszy mężczyzna w meloniku, zniecierpliwiony patrzył na zegarek, kobieta w średnim wieku spokojnie szydełkowała, a młody chłopak z zaciętą miną grał na smartfonie. Waleria otworzyla usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale usłyszała dziwaczny dźwięk – jakby szelest i tarcie jednocześnie  - i natychmiast spojrzała w kierunku dziecka. Siedziało na podłodze i obutą nogą czochrało się za uchem. Waleria aż wydała lekki, zachrypnięty okrzyk z osłupienia.
- To dziecko...! – urwała na moment, bo nie wiedziała, co ma dalej począć z tą wypowiedzią. Wszyscy zgormadzeni w poczekalni odwrócili głowy w stronę Walerii. Matka dziecka spojrzała na nią znowu z tą samą obojętnością co wcześniej.
- To dziecko się drapie jak pies!- wyskrzeczała Waleria. 
Chłopak ze smartfonem w ręce chciał coś powiedzieć, ale z gabinetu wyszedł doktor Fryderyk Musiał, lekko wyłysiały z tyłu głowy, krępy i brzydko spocony pod nosem i pachami. Poprawił okulary w rogowej, pęknietej z boku oprawie, które nieustannie zjeżdżały mu z długiego nosa, jak ze zjeżdżalni.
- Następny! – powiedział cienkim, nosowym  i zbyt wysokim jak na mężczyznę głosem, co oznaczało, że przyszła kolej Walerii. Waleria wstała i nie odrywając wzorku od wciąż czochrającego się za uchem dziwnego dziecka, weszła do gabinetu za doktorem. Gdy zamnknęły się za nimi drzwi, matka dziecka wstała bez słowa, założyła dziecku obróżkę, przypięła do niej smycz i lekko wlokąć swego potomka po podłodze, opuściła poczekalnię. I znów nikt nie zwrócił na ten niecodzienny widok najmniejszej uwagi.
Tymczasem w gabinecie Waleria opisywała swoje dolegliwości ze wszystkimi fizjologicznymi objawami. Była w tym niezwykle skrupulatna, jak zresztą we wszystkim w swoim życiu. Tego nauczyła ją babka, która karała cieleśnie każde niedociągnięcie wnuczki. Gdy mała Waleria krzywo narysowała szlaczek, dostawała chłostę. Gdy niedokładnie zmyła podłogę w sieni, dwa dni klęczała na grochu. Waleria nigdy się nie buntowała przeciw temu nadmiernemu okrucieństwu. W końcu babka za każdym razem podkreślała, że to dla jej dobra, bo osiągnięcie pożądanego celu wychowawczego było bezsprzecznym priorytetem. Dobrze wychowana panna byłaby chlubą rodziny. Rozwydrzony sowizdrzał – hańbą. Więc Waleria, ze skrupulatnością wpojoną przez babkę, omawiała właśnie konsystencję wydziliny z nosa z uwzględnieniem jej zmian w zależności od pory dnia i wilgotoności powietrza w otoczeniu, gdy nagle w połowie urwała. Bowiem na jej oczach doktor Fryderyk Musiał zaczął odkręcać sobie głowę. Kręcił nią dookoła szyi, z prawa na lewo, nie odrywając jednocześnie wzroku od swojej pacjentki. Waleria przestała na moment oddychać z wrażenia. Gdy przypomniała sobie, że należy jednak zaczerpnąć powietrza, głowa doktora była już zupełnie odkręcona od ciała i spoczęła na biurku obok komputera i paczki husteczek higienicznych. Oczy doktora nadal patrzyły na Walerię. Usta nagle się poruszyły:
- A kaszle pani?
Waleria nie mogła przez chwilę wykrztusić słowa.
- Kaszle pani?
- Ja... kaszlę...
- To kaszel suchy, czy mokry?
- Raczej... mokry...
Ręka doktora zaczęła coś pisać w karcie pacjetki. Waleria nie wiedziała, na którą część lekarza powinna patrzeć. Na jego głowę, która leżała sobie spokojnie na biurku,  czy na resztę ciała, które siedziało sobie w lekarskim fotelu i swobodnie czyniło notatki. Waleria poczuła, że kręci jej się w głowie i po chwili zemdlała. Gdy po jakimś czasie otworzyła oczy, siedziała na tylnym siedzeniu taksówki. Szyby samochodu spłukiwał wieczorny deszcz...


                                                           
Trzydniowa herbata zabarwiła wnętrze fajansowego kubka w rdzawe pierścinie. Gdybym byłam starą cyganichą, wypatrzyłabym w nich czyjąś przyszłość. Czyjeś zamążpójście, czy nadwórwyjście bezpowrotne. Potem szczątekznalezienie przy okazji zupełnie innych poszukiwań. Straconego czasu czy pantofla  - jak w niedorzecznej bajce o kobiecie i  mężczyźnie, których los splata się w długi, nudny warkocz happyendu. Jestem Waleria, przeglądam się w tym przejrzałym herbacianym zwierciadle, tuż nad dnem kubka umocowanym. Moją twarz przecinają bruzdy; ktoś zaorał mi lico broną, ale to pole, mimo orki, nie wyda już żadnych plonów. Drobny grymas tylko, który nic nie oznacza. Nic wyrazistego nie sposób już na nim wyhodować. Od kiedy choruję, to znaczy od tamtego dnia, kiedy angina zawlekła mnie do przychodni, w której po raz pierwszy to wszystko zobaczyłam, minęło już… to aż tyle lat? Walerio, Walerio, Walerio… I po co to liczyć,  rachować? Kogo to obchodzi? Podnoszę wzrok znad herbacianego lustra. Za oknem widzę kota, który surfuje w powietrzu tuż nad powierzchnią błyszczącej plamy asfaltu. Wiosenne roztopy. Koty zawsze fruwają wtedy nieco niżej niż zwykle. Ich futro jest wilgotne, ociężałe od topniejącego śniegu. Topnięjących drzew, samochodów, kubłów na śmieci, niedopalonych papierosów, rozbitych butelek po tanich winach. Myśli, nadziei, rozpaczy, hańb, przestrachów, chichotów, mrowień w dłoniach. Walerio, pani już stąd nigdy nie wyjdzie. Nie ma pani dokąd. Pani mąż sprzedał pani mieszkanie bardzo dawno temu, jak tylko pani nam się tak fatalnie rozchorowała. A przecież nie mieliście dzieci. Pamięta pani? Wie, pani, kim jestem? Słyszy pani mój głos? Czuje pani mój zapach? Wie pani, że na obiad zjadłam mus z langusty? A po kolacji idę popływać kalmarem? Nie, nie kraulem, nie ma takiego stylu. Kalmarem. Mam pewne osiągnięcia w tym stylu. Rekord świata na dwieście tysięcy kilometrów. Jeśli pani chce, to panią nauczę. Kałuża będzie do tego znakomita, ta największa, z tyłu budynku, tak, tam gdzie was wypuszczamy na spacer w co drugą niedzielę miesiąca. Ma pani chęć? Woli pani szydełkować? Rozumiem. Nie, oczywiście, że się nie gniewam. Proszę spokojnie skończyć pokrowiec na pani łódź podwodną. To rzeczywiście najpilniejsza teraz sprawa. Ja wypoleruję pomarańczowy poduszkowiec, zabiorę nim dzieci na jutrzejszą mszę. Słucham? Nie, nie wierzymy w Boga. Już nikt w niego nie wierzy. To pani nie wie? Porzucił nas. Odleciał do innej galaktyki. Tam dają mu cukierki w mniej szeleszczących opakowaniach. Czy ja mam dla pani cukierka? Nie, ale jutro przyniosę. Lekarka patrzy na mnie, jedną powiekę ma w rybie łuski. Drugie oko, bez powiek, wyjęła i położyła tuż obok mojego kubka z herbacianym zwierciadłem przy dnie. Łypie nim na mnie.
Wiem, że jestem Walerią, pani doktor. Zabieram jej oko i chowam w chusteczkę, a potem do kieszeni. Nie wzrusza jej to, z torebki wyciąga zapasowe. Jego tęczówka ma kolor musztardy z Dijon. Wiem, że się urodziłam pewnego dnia, który nie był ani ładny, ani brzydki. Moja mama miała czarne włosy łonowe. I długi warkocz, który sięgał jej aż za pośladki. Jak byłam mała, to łapałam ją za ten warkocz, jak za rękę i tak razem spacerowałyśmy. Do portu i z powrotem. Albo dalej, na stację benzynową, gdzie jadłyśmy bezy. Mama chowała całą do buzi, od razu. Ja swojej nie mogłam. Czekałam aż mi ta buzia urośnie, że będę mogła tak, jak mama. Ale dalej tak nie potrafię. A mamę, jak miałam osiem lat, to przejechał samochód. Kierowca się zagapił na tyłek jakiejś laluni. Tak ludzie mówili. Mój tato obciął mamie ten warkocz, zanim zakopali ją w ziemi i schował go w bieliźniarce. Zabrałam go, gdy wyprowadzałam się z naszego domu. Kiedy nikt nie widział, łapałam go, jak wtedy, gdy jeszcze był przytwierdzony do głowy mojej mamy i spacerowałam z nim w dłoni. Do portu, albo na stację benzynową. Ale tam kiedyś przyłapał mnie mój mąż. Jak z warkoczem w dłoni kupowałam bezy. I zabrał mi warkocz, i spalił. Myślę, że to już wtedy mogło się to niedobre zacząć u mnie. Jeszcze wtedy nie czułam, że coś mi jest, ale to mogło właśnie wtedy zacząć we mnie kiełkować. Zapasowe oko doktorki zaczęło łzawić. Wrzuciłam je do kubka ze starą herbatą.  Albo może to było trochę później? Kiedy chciałam mieć dziecko, ale okazało się, że moje ciało nie chce. Odrzuca jeden zarodek za drugim. Gardzi nowym życiem, wzdraga się przed nim, nie chce zmian. A może jeszcze później, kiedy przechodziłam obok kiosku, zobaczyłam tę gazetę przez kratę, kupiłam ją i przeczytałam ten dziwny horoskop. Że wygram dużo pięniędzy i odnajdę prawdziwą miłość. I kiedy ciągle nie działo się ani pierwsze, ani drugie, kiedy mąż mnie odepchnął, kiedy tak bardzo czekałam, że coś się zmieni, tak bardzo, że bardziej już się nie da, może to właśnie wtedy? Kiedy tamtego wieczoru, gdy byłam już porzuconą kobietą, z anginą w gardle, a taksówka wiozła mnie do domu, po tym jak omdlałam w przychodni, bo doktor na mych oczach odkręcił sobie głowę… tak... to wszystko działo się już na dobre. I to właśnie to niedobre we mnie sprawiło, że widzę… widzę to, czego nie powinnam. Czego podobno nie ma, ale ja przecież widzę, że jest. Tak jak widzę to moje odbicie w lustrze z herbaty. W tym kubku. Do którego wrzuciłam pani zapasowe oko, pani doktor. Chce je pani z powrotem? Dobrze, to je wyjmę, żeby obeschło. Położę tu, na serwetce, dobrze? Pani doktor wzruszyła tylko ramionami i z doniczki z przekwitłą gardenią wyciągnęła dżdżownicę. Wsadziła ją sobie do nosa. Zawsze tak robi pod koniec naszych spotkań. Spojrzałam w herbaciane zwierciadło. Zerkała na mnie Waleria. I chciała się uśmiechnąć, ale nie mogła. Bo nie do śmiechu jej odkąd Waleria choruje. 



środa, 10 września 2014

Frozen...








Sesja inspirowana clipem Madonny "Frozen"

pozuje: PATRYCJA
make up/włosy: MAGDALENA LEWANDOWSKA
stylizacja/sukienka/sutasz: MARZENA DERYŁO, PATRYCJA ŁACINA MIARKA

(w roli pola - niewidzialny zagon myśli nieodgadnionych)