piątek, 8 sierpnia 2014

UCIECZKA UROJONA

Spotkaliśmy się zaledwie wczoraj, a to już tyle lat… Pamiętasz? Co to był za dzień tygodnia, pora dnia, co miałeś wtedy na sobie, jakie myśli chodziły ci po głowie, co zjadłeś na śniadanie, co zaplanowałeś na obiad, czemu nie wystarczyło ci czasu na kolację…? Co wtedy grali w kinie, teatrze, telewizji? O czym pisały gazety, co zajmowało twoją sąsiadkę z bloku, o czym rozprawiali ludzie w tramwaju, autobusie, pociągu…? Czemu na drugi dzień nie zdążyłeś na samolot i czemu nie poleciałeś następnym…? Pamiętasz to wszystko, czy odeszło, jak wszystko inne, związane z nami…?
Potok słów zalał ciszę między nami. Najwyraźniej było za dużo znaków zapytania między poszczególnymi słowami, zbyt dużo, by po prostu na nie odpowiedzieć tak za jednym razem. Dlatego poptarzyłeś tylko na mnie.
- Muszę już iść do pracy.
I poszedłeś. Znaki zapytania, jak okaleczone wieszaki, wisiały w powietrzu.  Biedne. Wypuściłam je na wolność i co? Będą tak wisieć, aż grawitacja ściągnie je w dół? Ciągle w dół, ciągle w ten DÓŁ.
Nie można było tego tak zostawić. Więc, skoro i tak zawsze wszystko muszę robić sama, to sama sobie odpowiem. Za ciebie.
Więc to mógł być czwartek. Pewności nie ma, ale czwartek to dobry dzień, żeby kogoś spotkać. Do weekendu niedaleko, a poza tym to taki zdeklarowany dzień. Czwarty z rzędu, parzysty, mający w sobie zawsze coś pozytywnego. Pora dnia? Ranek! Najlepiej poznać kogoś z samego rana – ma się wtedy cały dzień. Dobre wrażenie nie zostaje od razu wystawione na pastwę żarłocznego wieczoru, który wszystko połyka i oddaje dopiero rano, jakieś takie wyplute i przetrawione. Więc ranek. Co miałeś wtedy na sobie? Dżinsy i sweter. W kolorze neutralnym, by się nie rzucać w oczy, a jednak w moje się rzuciłeś. Czy pamiętam dlaczego? Pamiętam… bo byłeś taki hałaśliwy. Całe twoje ciało hałasowało! Żyło! Pulsowało! Krzyczało na cały głos: jestem, tu, halo, jest mi dobrze, jestem wesoły, kocham życie! No więc jak można kogoś takiego nie zauważyć? Jakie myśli chodziły ci wtedy po głowie…? Tego nikt poza tobą nie wie. Mogłabym oczywiście zgadywać, trochę cię znam, ale wtedy w tej pierwszej chwili jeszcze nie. Więc nie miałam dostępu do twoich myśli. Dopiero potem. Kiedy przestawały być już takie wesołe, aż w końcu zupełnie posmutniały, zszarzały i zrobiły się w nich ponure dziury; oka, które łypią na mnie aż dreszcz wędruje po plecach… Może to ja ci te myśli tak zasmuciłam…? Nie zgadnę. A co z tym śniadaniem, obiadem i nie zjedzoną kolacją? Kinem, teatrem, telewizją? Sąsiadką, ludźmi w tramwaju i samolotem? Jednak się przeliczyłam. Nie mogę sobie odpowiedzieć sama. W ogóle to moje nagminne przekonanie, że wszystko sama, to pułapka, w którą wpadłam już dość dawno. Między pierwszym trądzikiem, a drugą poważną wypłatą w życiu. Teraz ta pułapka wciągnęła mnie tak, że wystaje mi tylko czubek nosa i, albo się za ten czubek jakoś wyciągnę, albo niechybnie pogrążę się z kretesem. I z nosem całym aż po czubek cały! A więc „pomocy“ wystukałam w krótkim mailu. Czy ktoś mi odpowie?

Patrzenie w ekran monitora w końcu sprawiło mi ból fizyczny. Wołanie o pomoc przechodziło bez echa. Wirtual – świat bez serca, duszy i sumienia. Pewnie dlatego ludzie go tak lubią ostatnio. Oczy piekły, w końca zaczęły łzawić. Było mi przykro. Więc co dalej? Do twojego powrotu z pracy jescze tyle godzin. Zresztą jak przyjdziesz to i tak mi nie odpowiesz. Ominiesz znaki zapytania porozwieszane w całym domu jak bombki na choince. Jesteś wysoki, więc to nie będzie łatwe, ale zrobisz to niezwykle skrupulatnie. Żeby o żaden nie zawadzić, żeby żadnego nie poruszyć. W ten sposób oboje będziemy udawać, że ich tam nie ma, chociaż wiemy, że są.
Przykro mi, ale nie mogę więcej zawracać sobie tobą głowy. Muszę odpocząć, pomyśleć, zawołać o pomoc w świecie realnym. O ile taki jeszcze w ogóle gdzieś istnieje.
Różne myśli brykały w mojej głowie, gdy pakowałam jedną walizkę. Nigdy na żaden wyjazd nie brałam jednej. Zawsze brałem za dużo rzeczy, nie mogłam się zdecydować, co ze sobą zabrać, a co zostawić. Przykro mi było wieczorami myśleć, że jakiś sweter czy bluzka jest tam gdzieś w ciemnej garderobie zupełnie sam… Opuszczony. Zapomniany. Śmiałeś się z tego. Wiem.
Więc wzięłam tylko rzeczy niezbędne. To cię pewnie zdziwi. W ogóle się nie spodziewasz, że mogę coś takiego zrobić. Po prostu się zmyć. Ale nie. Nie robię tego na złość. Po prostu ktoś to musiał wreszcie zrobić. Zdecydowałam, że to będę ja.
Na dworzec dotarłam dość późno. Wybrałam ekspres, nocny. Wzięłam kuszetkę. Nigdy wcześniej nie podróżowałam w ten sposób. Byłam co najmniej podekscytowana. Głupia, w pierwszym odruchu chciałam do ciebie zadzwonić i ci powiedzieć: że pociąg, że nocą i że kuszetka! Dosłownie w ostatniej chwili się powstrzymałam. W ostatniej.
W pociągu jechał ze mną miły, starszy pan. Wdowiec. Jego żona umarła dwa lata temu. Byli w sobie zakochani do samego końca, do końca trzymali się za ręce. Jak na pierwszym wspólnym spacerze. Ona popatrzyła w jego oczy, uśmiechnęła się łagodnie i powiedziała: Nie zapomnij podlewać kwiatów. Raz w tygodniu, kochany. I odeszła. On ją trzymał za rękę jeszcze dwie godziny, aż wreszcie musieli się rozstać. Już na zawsze. Od tamtej pory ten pan nie może znieść samotności w ich wspólnym mieszkaniu, w którym spędzili te wszystkie lata. Gdzie wychowali dzieci, gdzie było tyle przyjęć urodzinowych. I na jej imieniny. I na gwiazdkę. I bez okazji. Teraz starszy pan ciągle wyjeżdża. W mieszkaniu jest tylko raz w tygodniu, by podlać te jej kwiaty, a potem znowu walizka na kółkach toczy się po podwórzu, a potem po chodniku w stronę dworca. Dziś los skierował nas do tego samego pociągu i tego samego wagonu. Pan uśmiechał się do mnie łagodnie i mówił: moje dziecko. I miał takie miękkie dłonie. I uśmiech taki niezwykły. Poczułam się bezpiecznie. Aż mi się chciało przez chwilę do ciebie wrócić. Ale nie. Jadę dalej, byle dalej od ciebie. I na razie nic mu o tobie nie powiem. Nie chcę tu twojej obecności, choćby tylko w moich myślach. Te chwile są tylko moje.
Świt przywitał nas chłodem i zapachem miejskiego peronu. Smar, kurz, tłuszcz z budki z knyszą. Aż mnie zemdliło. Dobrze, że był ze mną ten starszy pan. Zapytał, dokąd idę, odpowiedziałam, że nie wiem. Pan uśmiechnął się do mnie. Jego oczy mówiły: to wiele nas dziś łączy, moje dziecko. I poszliśmy razem.
-Śniadanie? Kawa zbożowa?
-Czemu nie.
-Ale ja płacę, moje dziecko.
-Dobrze. Będzie mi bardzo miło.
I to był bardzo miły dzień.

Po śniadaniu obserwowaliśmy kutry w małym porcie, potem znaleźliśmy pensjonat. Było po sezonie, w pensjonacie nie było gości, za to w powietrzu zagnieździł się już ten charakterystyczny zapaszek niebytu. Właścicielka pokazała mi mój pokój. W powietrzu można było jeszcze wyczuć zapach słonecznych, letnich dni. Słońce przez długie miesiące cedziło tu swoje letnie promienie przez oczka w firance. Ale teraz była już jesień. Chmury wisiały tuż nad ziemią. Na twarzy czuć było ich wilgotny chłód. Metafora mojego życia z tobą. Słoneczne dni odeszły w mrok niepamięci. Zrobiło mi się smutno…
Nie wiem, jak to się stało, ale zapadłam w sen. Nie pamiętam dokładnie chwili, w której to się stało. Śniłeś mi się ty. Ty, ty i ty. W trzech różnych osobach. Byłeś taki, jak kiedyś. A potem już nie. Życie to sen, a może sen to życie? Obudziło mnie pukanie do drzwi. To był starszy pan. Zaproponował kolację, a ja byłam bardzo głodna. I bardzo za tobą tęskniłam. Zupełnie wbrew sobie.

Starszy pan odłożył sztućce i popatrzył na mnie.
-Lubi pani łowić ryby? Ja tak. – odpowiedział nie czekając na moją odpowiedź. –Wie pani, mój syn lubi łowić. Córka nie. Nudzi ją to. Wyjechała do Stanów. Nie widziałem jej pięć lat. I chyba już nie zobaczę. – starszy pan mówił szybko, jakby chciał to wszystko z siebie wyrzucić. – Kochałem swoją żonę ponad wszystko. Zdradziłem ją. Raz. Nigdy jej tego nie powiedziałem.
Starszy pan popatrzył na mnie. Czekał aż coś powiem. Niemiłego, złego, że krzyknę, oburzę się, wstanę i wyjdę. A ja się tylko uśmiechnęłam. Starszy pan zaczął płakać. Po chwili otarł łzy.
-Jest pani pierwszą i jedyną osobą, która to ode mnie usłyszała. Była pani dla mnie zupełnie obca, więc mogłem to pani powiedzieć. Ale teraz, kiedy już pani wie, kiedy pani poznała mój największy sekret, nie jest już pani obca, a zatem nie mogę już z panią rozmawiać, tak jak przedtem. Z bilskimi osobami trudno tak. Musi to pani zrozumieć.
-Rozumiem.
-To dobrze. To ja się już pożegnam. Wyjeżdżam z samego rana. Niech się pani wiedzie.
-Dziękuję. Panu też.
Starszy pan wyszedł. A ja wróciłam do pensjonatu. Rzeczywiście, rano, przez sen usłyszałm turkot kółek jego walizki. Zostałam sama. I znowu było mi smutno. I znowu zaczęłam tęsknić za tobą wbrew sobie.

Cały dzień włóczyłam się bez celu. Kiedyś słyszałam, na jakimś kazaniu, że rodzaj ludzki dzieli się na dwa typy. Na takich, co to się właśnie włóczą bez celu i na pielgrzymujących. Zbawieni będą tylko ci drudzy. Bo codziennie wszystko robią z myślą o Bogu. Zmierzają prostą drogą w jego przepastne ramiona. Ja się do pielgrzymowania nigdy nie pisałam. Nie myślałam o Bogu. Szczerze mówiąc nic mnie on nie obchodził. Nie był mi do niczego potrzebny. Więc włóczęga stała się moim celem. Czy to znaczy, że właśnie rozpoczęłam pielgrzymowanie? Matko… Zaplątałam się w te myśli. Ty byś się śmiał. I powiedziałbyś, że to chłopska filozofia baby. Więc dość już tego. Wracam na ziemię. Tu i teraz. Czyli wtedy.
Miasteczko było zaspane przez cały dzień. Ja też. Ciężkie powieki, powolny chód. Na swojej drodze spotkałam psa, dwa koty, oraz nieżywą mysz. Ktoś pewnie powiedziałby, że zdechłą. Ja nie. Dla mnie nic co żyje, nie zdycha. Co to w ogóle za straszliwe słowo! Odziera śmierć z godności! Choć niektórzy twierdzą, że w śmierci nie ma nic godnego. Ja jednak myślę inaczej. A kogo to obchodzi?! Co ja myślę!
Więc mysz była nieżywa. Leżała na chodniku, łapki miała zesztywniałe, oczy zamknięte, odgryziony ogonek. Przyglądałam się jej przez chwilę. Potem zrobiło mi się zimno i wróciłam do pokoju. Przez pół wieczoru nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Pomyślałam nawet, że chyba przyszedł czas, żeby wrócić. Tylko… co ja ci powiem? Ty dalej nie dzwonisz, jakbyś zupełnie zapomniał o moim istnieniu. Więc poszłam poszukać budki telefonicznej. Ile lat już z niej nie korzystałam! Ktoś w ogóle jeszcze korzysta z takich budek? Nie będę dzwonić do ciebie z komórki. Nie. Nawet gdybyś nie odebrał, to byś wiedział, że dzwoniłam. To by było jak przyznanie się do winy. A ja chcę tak anonimowo sprawdzić, czy jesteś w domu, czy jesteś… sam…
Wybrałam numer. Był sygnał. Pięć długich sygnałów, a potem włączyła się automatyczna sekretarka.
-Nie ma nas w domu, zostaw wiadomość. – powiedział twój głos z nagrania.
A więc nie ma nas w domu…
Z drżeniem serca wróciłam do pensjonatu, do mojego pokoju. Długo nie mogłam zasnąć. W końcu zamknęłam oczy…

Obudziłam się bardzo wcześnie, za oknem było jeszcze szaro. Głowa mi pulsowała. Jeszcze nigdy nie czułam takiego bólu. Zamknęłam oczy. Pod powiekami zobaczyłam twarz jakiegoś nieznajomego mężczyzny. To były jeszcze resztki snu. Uśmiechał się do mnie i powiedział; miał twój głos.
-Dobrze się czujesz?
-Nie…
-To nic. To już naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Mężczyzna o twoim głosie uśmiechnął się i rozpłynął w wyśnionym powietrzu, a mnie natychmiast przestała boleć głowa.
Zimny prysznic. W łazience i w głowie. Mam już wracać? Mam zostać tu jeszcze?

W pociągu oprócz mnie nie było nikogo. Nie tylko w przedziale, ale i w całym wagonie. Ogrzewanie też nie działało. Dla jednego pasażera? Po co? Nie przyszedł też nikt, żeby sprawdzić mój bilet. W ogóle miałam wrażenie, że ten pociąg się nie porusza, a jednak jakimś sposobem wiele godzin później wjechał na docelową stację. Znaczy – chyba tak było, bo znalazłam się na peronie. Ale to było potem, póki co byłam w pociągu sama. Chciałam z kimś porozmawiać, zobaczyć inne życie krążące w nieznanym ciele. Zobaczyć cudze myśli w wydychanym powietrzu. Poczuć, że ktoś tu jeszcze jest oprócz mnie. Ale nie było nikogo. Z nadzieją patrzyłam na drzwi od przedziału przy każdej kolejnej stacji, na której zatrzymywał się ten pociąg. Na próżno. Gdy już zupełnie straciłam nadzieję na jakiekolwiek towarzystwo, przypomniał mi się starszy pan. Zaczęłam za nim tęsknić. To była dziwna tęsknota. Tak właśnie tęsknimy za bliskimi, których już nie ma. Czy to znaczy, że stało się coś złego? Wcześniej o tym nie myślałam, ale teraz stało się to dla mnie zupełnie jasne. To wcale nie był obcy człowiek. Znałam go wcześniej… tylko skąd? Pomarszczona twarz, która właśnie w tej chwili stanęła mi przed oczami, wydała się nagle taka znajoma. Jakbym setki razy wpatrywała się w nią o różnych porach dnia, jakbym ją tysiące razy dotykała. Kim jest? Kim był? Czy się dowiem?

Do domu dotarłam późno. Nie mogłam złapać żadnej taksówki. Stałam na chodniku, tuż przy postoju, ale taksówkarze po prostu mnie ignorowali. Jakby mnie wcale tam nie było. Postanowiłam zatem pójść na piechotę. Tyle godzin spędziłam w pociągu, że spacer prawdopodobnie dobrze mi zrobi. Zresztą wieczór był wyjątkowo ciepły jak na listopad. Po drodze znowu myślałam o tobie. Tylko nie myśl sobie, że myślę o tobie cały czas. Po prostu chcę być gotowa, gdy otworzysz mi drzwi i spojrzysz na mnie tym swoim karcącym wzrokiem. No dobrze, może nie karcącym, ale z wyrzutem. I taką satysfakcją. Że wróciłam, choć ty wcale mnie o to nie prosiłeś.




2 komentarze:

  1. urojona czy nie urojona, dobrze czasem pobyć samemu ze sobą. A potem po cichutku wrócić, nawet jeśli o to nie prosił...
    g

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, własny świat jest ważny i trzeba go pielęgnować w sobie.

    OdpowiedzUsuń