poniedziałek, 4 sierpnia 2014

MITRĘGA

W dniu, w którym poznałam Jureczka, wracałam w warzywniaka. Pieskie popołudnie, myślałam, cienie lipowej alejki leniwie lizały mi podeszwy stóp. O tej porze roku zawsze rozwodzę się z butami. Na długie, letnie miesiące. Nie lubię lata, dlatego staram się je tymi bosymi nogami rozdeptać. Jak przejrzałe morele wdeptać w wilgotną ziemię. Pochować. Jak co roku nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie letnią mogiłę przysypią jesienne melancholie. Tymczasem dni czerwcowe, lipcowe i sierpniowe wloką się jak przydługi jamnik na krzywych, krótkich nóżkach.
Więc wracałam z warzywniaka. Na dnie wiklinowego koszyka leżał wyłącznie bób. Tylko on mnie zawołał ze straganu. Ciepłym barytonem. Nie wiedziałam, że bób ma taką przyjemną barwę głosu, jak pan z radia, którego głos wlewa się przyjemnie w ucho, jak łyk porannej kawy. Do tego ten kolor głębokiej nadziei, chociaż dość spłowiały, to jednak zaskakująco intensywny. Myślałam sobie, jak napełnię garnek wodą, jak zgotuję bobowi los okrutny, gdy wrzucę go do bąblującej od temperatury wody. Jak go potem w roztopionym maśle unurzam, dosolę mu solidnie i na ostatnią drogę, która powiedzie go przez mój przełyk ku kiszce stolcowej, koprem świeżym, szatkowanym, intensywnie obsypię. Bób jednak o tym wszystkim jeszcze nie wiedział, nic nie przeczuwał, niczego nie podejrzewał. Spoczywał sobie wygodnie w mym koszyku, a ruch miarowy w takt moich bosych kroków lekko go kołysał. Do przedśmiertnej drzemki.
Mieszkam na parterze, pod numerem dwa. Po prawej stronie od trzech szarych, lastrykowych schodków. Na tych schodkach spotkałam kogoś, kogo wcześniej tu nie widziałam. Jureczka właśnie, choć jeszcze nie wiedziałam, że to on. Był wiekowy, siwiuteńki, zasuszony. Sięgał mi do ramienia. Miał gęste, jak na ten wiek podeszły, włosy. Jednolicie białe, lekko kręcone. Wywijały mu się zabawnie nad uszami. Wyglądał trochę jak stary skrzat, który posiał gdzieś czapkę. Niemota.
- Dzień dobry. – chciałam go elegancko wyminąć na drugim schodku, nie wychodząc przy tym na gbura.
- Dzień dobry. Przyjdzie pani do mnie na kawę? – zapytał tak, jakbyśmy się mijali tu co dzień.
- Ja?
- A nie lubi pani kawy? – uśmiechnął się do mnie zaczepnie.
- Lubię, ale... Pan tu mieszka?
- A pani?

Jureczek posadził mnie w niewielkim pokoju, potem do ręki wcisnał fajansowy kubek z grubym uchem.
- No, to kawa... – powiedział to tak, jakby prezentował ją jakiemuś tybulcowi, dzikusowi z dżungli. Rozczuliło mnie to.
Nagle rozpoczął, niespodziewanie, coś jakby wykład. A więc nie tylko chciał poczęstować owego tubylca aromatyczną używką, ale także wpoić mu nieco wiedzy.
- Brzydcy ludzie wiedzą więcej niż ładni. Często tak jest, bo muszą mieć coś, poza brzydotą, żeby się tym pochwalić. Żeby można ich było za coś podziwiać, jeśli się zechce ich poznać bliżej. Czasem ich się nie chce poznawać, bo są w końcu brzydcy, a ludzie są powierzchowni i ulegają pierwszemu wrażeniu. Skoro brzydki, to musi być bezwartościowy. No bo w końcu po co natura czy Bóg zrobił ich brzydkimi? To taki znak ostrzegawczy. Jak i tych diabelnie kolorowych żabek, które są takie trujące. – skończył mówić tak samo niespodziewanie jak zaczął i patrzył na mnie z uwagą. Miał niezwykle bystre spojrzenie jak na starca.
- Ale one są przecież ładne. – ja, czyli dziki tubylec na bosaka, ośmieliłam się zabrać głos - Ich uroda ma ostrzegać, że są niebezpieczne. Więc może ładni ludzie są też niebezpieczni? Ale w ogóle to... po co mi pan to mówi?
- Bo... zmierzałem do tego, że jestem Jureczek. Mam 88 lat i byłem ładny. A do tego mądry. Miałem wiedzę, za którą normalnie kryje się jakaś brzydota. Ale w moim przypadku było inaczej. – znowu wpatrywał się we mnie, a jego spojrzenie młodniało. Miałam wrażenie, że  to jakiś młokos w zużytym, starym ciele wlepia we mnie swoje ciekawskie oczy.
- No i co? – pytanie zabrzmiało nieco prowokacyjnie. A co mi tam! Niech się z tym pomarszczonym młokosem trochę podrażnię.
 - I nic. Zupełnie. – Jureczek się uśmiechnął i siorbnął głośno – Niech pani pije kawę, bo wystygnie.
- To o co panu chodziło? – nie, nie odpuszczę mu tak łatwo.
- Mnie? Z czym?
- Z tymi żabami... znaczy, że są ładne czy tam brzydkie... kolorowe znaczy... ostrzegają nas... nie, nie nas, tylko swoich potencjalnych wrogów czy tam... kogo sama nie nie wiem... – poplątałam wszystko, jakbym to ja miała niemal dziewięćdziesiąt lat, a nie on.
- A nie wiem... – powiedział to zupełnie szczerze, potulnie - Po prostu chciałem zacząć jakoś tę naszą znajomość. Pani mieszka na dole? Pode mną, prawda?
- To pan tu naprawdę mieszka? – dopiero po sekundzie dotarł do mnie bezsens mojego pytania. No jasne, że mieszka! Przecież nie włamał się do cudzego mieszkania, żeby poczęstować mnie kawą! Idiotko!
- Przeprowadziłem się właśnie. Ja i moja przebrzmiała uroda oraz cała wiedza, którą posiadam. A pani?
- Co ja? – naprawdę nie wiedziałam, o co mu chodzi. Podkurczyłam palce bosych stóp. Zawsze tak robię, jak zaczynam się czuć nieswojo, albo palnę jakąś gafę.
 - Posiada coś pani?
- Mmmmmm.... Czy ja wiem...? Kota. Od zeszłego wtorku. Dałam mu na imię Mitręga. Bo grzbiet przecina mu pręga. Do tego co dnia się mitręży. I pręży. Jak się odpręży. – uśmiechnęłam się na koniec recytacji tego wymyślonego na poczekaniu dziecinnego wierszyka.
- Brawo! Czyli posiada pani duszę artysty. Komu ją pani ukradła? – znowu w spojrzeniu pojawił się ten sam młokos, co wcześniej.
- Słucham? Ja... nikomu... Jest moja. Ja nie jestem...
- Ależ bzdura. Kobiety nie mają dusz przyrodzonych. Żeby mieć, muszą ją ukraść mężczyźnie. Więc komu ją pani ukradła? – przekrzywił głowę, podniósł mleczne brwi, ponaglając mnie w ten sposób do udzielenia odpowiedzi. Prawdziwej!
Ale ja milczałam. Palce u nóg znowu skuliły się jak embriony.
- No? Śmiało, nikomu nie powiem. Naprawdę nie znam nikogo oprócz pani. – Jureczek zachęcał dobrodusznie.
- To niemożliwe. Nie można znać tylko jednej osoby. Musi pan znać kogoś jeszcze. O, wiem, przeprowadzał się pan dziś, tak? No to ktoś panu musiał pomagać przecież!
- Nie. Zrobiłem to sam. – i był z tego ewidetnie dumny - Przeprowadziłem się tu z ulicy Wesołej, bo mi było smutno. Bo nikogo tam nie znałem. Bo byłem sam. I przed śmiercią chciałem kogoś poznać. Niekoniecznie kogoś takiego jak pani, która kradnie komuś duszę i nawet nie umie się do tego przyznać.
- Ostatni raz mówię.- mój ton zabrzmiał ostrzej niż zamierzałam - Nic nie ukradłam. Nigdy. Nikomu. I pójdę już. A w ogóle to się zastanowię, czy ja chcę pana znać. Więc dopóki nie podejmę decyzji, proszę naszą znajomość uważać za niekompletną. Dopiero się ładuje, rozumie pan? Używa pan czasem komputera? Wie pan, o co mi chodzi?
- Eee. Coś mi mówi, że pani się jednak zdecyduje.
- Do widzenia.
- Zdecyduje się pani! – pożegnał mnie Jureczek i jego spojrzenie młokosa.

Wieczorem spłynęła na mnie myśl jak zmierzchnica trupia główka. Syna! Mam syna! Posiadam go. Zapomniałam o tym powiedzieć Jureczkowi! Albo wcale nie zapomniałam? No bo co to go w końcu interesuje? Dopiero co się poznajemy, a on już ma mnie za złodziejkę.
Tamtej nocy spałam niespokojnie. Śniły mi się dusze potępione, które łaskotały mnie w bose nogi i zmuszały, bym tańczyła polkę galopkę. Do tego przyszła sąsiadka, pani Mania, cała w kisielu cytrynowym i powiedziała, że lato nigdy nie odejdzie. Będzie trwało wiecznie, po wsze czasy i zawsze już tylko będzie gorąco, słonecznie i bez sensu. Na znak protestu odkręciłam sobie ręce i nogi i wywaliłam je przez okno. Spadły na nowy samochód pana Wojtka spod ósemki i musiałam zapłacić za wyrządzone szkody. Płaciłam kartą kredytową, a pin wystukiwałam zębami, wszak pozbyłam się wszystkich kończyń wcześniej. To z przejedzenia... To przez ten bób, co go zeżarłam bez zażenowania. Mściwa bestia. Napuściła na mnie te koszmary.

Rano wstaliśmy z synem za późno. Za późno zadzwonił budzik, za późno woda poleciała z prysznica, za późno toster wypluł spieczone grzanki, za późno nóż ugrzązł w zbyt twardym maśle. Syn za późno wkładał kalosze. Za późno szliśmy starym deptakiem, omijając psie kupy i ślizgając w błocie. Całą noc lało. Moje bose stopy oblepiła gęsta maź.
- Mamo, wiesz kto ma najbardziej niebezpiecznie na świecie? Myślisz, że rycerze i żołnierze? Nie. Ci, co myją okna. – mały człowiek powiedział to jak coś wielce oczywistego i pobiegł po jakiś badyl, który potem całą drogę wlókł za sobą.

A więc mój syn też ma duszę artysty, pomyślalam sobie, obserwując jak zasypia wieczorem. Ma ją po mnie, znaczy odziedziczył w genach takie coś, ziarenko, z którego mu urosła. Jak nerka, albo ucho, albo paznokcie u nóg. Teraz już śpi. Jego nerka. Ucho. Paznokcie u nóg. Cały śpi. Calusieńki. A ja myślę, co z tym Jureczkiem. Znać go? Czy nie? Skoro przed śmiercią chce kogoś poznać, to może powinnam to uszanować? Spełnić życzenie starego człowieka?
Od rana znowu lało. I znowu wszystko było za późno. Więc się spieszyliśmy z synem, a potem nagle zauważyłam, że już jest po, że  już go odprowadziłam nagle. Stałam przed budynkiem przedszkola, a on mi machał na pożegnanie przez okno. Wyglądał jak pikselowy portret przez tę zapłakaną szybę. Czekałam tak w deszczu, patrzyłam na niego i myślałam, kiedy mu się znudzi to machanie. W końcu w oknie zjawiła się inna pikselowa postać i zabrała mojego piskelowego syna. Mogłam już iść do domu. Po drodze pomyślalam nagle, że niech mu będzie. Wstąpię do Juerczka i mu powiem, że się zgadzam. Nie jestem w końcu bezduszna. Będę jego znajomą, udowodnię mu, że moja dusza jest tylko moja, nieukradziona, wrodzona. Jak nerka.
Przed budynkiem stał ambulans. Sąsiadka, pani Mania, tym razem w fartuchu, a nie w cytrynowym kiślu, powiedziała mi, że to ten nowy sąsiad staruszek, co się przedwczoraj wprowadził.
- Ale co?
- No nic. Wziął i umarł normalnie.

Tydzień później przeczytałam w internecie, że pewna pani Z. myła okna na ulicy Drucianej i z tego okna wypadła była. Nic jej się nie stało, ale spadła na pana T., któremu też, dzięki Bogu, krzywdy nie wyrządziła, za to wytłukła tuzin jaj, które pan T. niósł dla małżonki na sernik. Małżonka pana T. sernika nie upiekła była. Sernik, który miał być, a go nie było, nie trafił na imieninowy stół dyrektora U., któren to wpadł w gniew przeokrutny - z powodu braku sernika - i z tego gniewu nieokiełznanego stłukł na kwaśne jabłko swoją małżonkę, która solidnie obita, na drugi dzień do pracy pójść nie mogła  i z tego oto powodu w depresję wpadła słonica Gabrysia, podopieczna obitej małżonki dyrektora U., maskotka naszego miejskiego Zoo i ulubienica publiczności. Depresja była tak silna, że Gabrysia wyzionęła ducha! Ciekawe... komu go ukradła?





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz