poniedziałek, 25 sierpnia 2014

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

środa, 13 sierpnia 2014

W niebieskiej sukience.





modelka: ANIA SROKA
stylizacja: M. Ładosz
(sukienka z garderoby w Złodziejewie)
fotografie powstały podczas warsztatów z Anką Zhuravlevą
WARSZTATY W ZŁODZIEJEWIE

piątek, 8 sierpnia 2014

UCIECZKA UROJONA

Spotkaliśmy się zaledwie wczoraj, a to już tyle lat… Pamiętasz? Co to był za dzień tygodnia, pora dnia, co miałeś wtedy na sobie, jakie myśli chodziły ci po głowie, co zjadłeś na śniadanie, co zaplanowałeś na obiad, czemu nie wystarczyło ci czasu na kolację…? Co wtedy grali w kinie, teatrze, telewizji? O czym pisały gazety, co zajmowało twoją sąsiadkę z bloku, o czym rozprawiali ludzie w tramwaju, autobusie, pociągu…? Czemu na drugi dzień nie zdążyłeś na samolot i czemu nie poleciałeś następnym…? Pamiętasz to wszystko, czy odeszło, jak wszystko inne, związane z nami…?
Potok słów zalał ciszę między nami. Najwyraźniej było za dużo znaków zapytania między poszczególnymi słowami, zbyt dużo, by po prostu na nie odpowiedzieć tak za jednym razem. Dlatego poptarzyłeś tylko na mnie.
- Muszę już iść do pracy.
I poszedłeś. Znaki zapytania, jak okaleczone wieszaki, wisiały w powietrzu.  Biedne. Wypuściłam je na wolność i co? Będą tak wisieć, aż grawitacja ściągnie je w dół? Ciągle w dół, ciągle w ten DÓŁ.
Nie można było tego tak zostawić. Więc, skoro i tak zawsze wszystko muszę robić sama, to sama sobie odpowiem. Za ciebie.
Więc to mógł być czwartek. Pewności nie ma, ale czwartek to dobry dzień, żeby kogoś spotkać. Do weekendu niedaleko, a poza tym to taki zdeklarowany dzień. Czwarty z rzędu, parzysty, mający w sobie zawsze coś pozytywnego. Pora dnia? Ranek! Najlepiej poznać kogoś z samego rana – ma się wtedy cały dzień. Dobre wrażenie nie zostaje od razu wystawione na pastwę żarłocznego wieczoru, który wszystko połyka i oddaje dopiero rano, jakieś takie wyplute i przetrawione. Więc ranek. Co miałeś wtedy na sobie? Dżinsy i sweter. W kolorze neutralnym, by się nie rzucać w oczy, a jednak w moje się rzuciłeś. Czy pamiętam dlaczego? Pamiętam… bo byłeś taki hałaśliwy. Całe twoje ciało hałasowało! Żyło! Pulsowało! Krzyczało na cały głos: jestem, tu, halo, jest mi dobrze, jestem wesoły, kocham życie! No więc jak można kogoś takiego nie zauważyć? Jakie myśli chodziły ci wtedy po głowie…? Tego nikt poza tobą nie wie. Mogłabym oczywiście zgadywać, trochę cię znam, ale wtedy w tej pierwszej chwili jeszcze nie. Więc nie miałam dostępu do twoich myśli. Dopiero potem. Kiedy przestawały być już takie wesołe, aż w końcu zupełnie posmutniały, zszarzały i zrobiły się w nich ponure dziury; oka, które łypią na mnie aż dreszcz wędruje po plecach… Może to ja ci te myśli tak zasmuciłam…? Nie zgadnę. A co z tym śniadaniem, obiadem i nie zjedzoną kolacją? Kinem, teatrem, telewizją? Sąsiadką, ludźmi w tramwaju i samolotem? Jednak się przeliczyłam. Nie mogę sobie odpowiedzieć sama. W ogóle to moje nagminne przekonanie, że wszystko sama, to pułapka, w którą wpadłam już dość dawno. Między pierwszym trądzikiem, a drugą poważną wypłatą w życiu. Teraz ta pułapka wciągnęła mnie tak, że wystaje mi tylko czubek nosa i, albo się za ten czubek jakoś wyciągnę, albo niechybnie pogrążę się z kretesem. I z nosem całym aż po czubek cały! A więc „pomocy“ wystukałam w krótkim mailu. Czy ktoś mi odpowie?

Patrzenie w ekran monitora w końcu sprawiło mi ból fizyczny. Wołanie o pomoc przechodziło bez echa. Wirtual – świat bez serca, duszy i sumienia. Pewnie dlatego ludzie go tak lubią ostatnio. Oczy piekły, w końca zaczęły łzawić. Było mi przykro. Więc co dalej? Do twojego powrotu z pracy jescze tyle godzin. Zresztą jak przyjdziesz to i tak mi nie odpowiesz. Ominiesz znaki zapytania porozwieszane w całym domu jak bombki na choince. Jesteś wysoki, więc to nie będzie łatwe, ale zrobisz to niezwykle skrupulatnie. Żeby o żaden nie zawadzić, żeby żadnego nie poruszyć. W ten sposób oboje będziemy udawać, że ich tam nie ma, chociaż wiemy, że są.
Przykro mi, ale nie mogę więcej zawracać sobie tobą głowy. Muszę odpocząć, pomyśleć, zawołać o pomoc w świecie realnym. O ile taki jeszcze w ogóle gdzieś istnieje.
Różne myśli brykały w mojej głowie, gdy pakowałam jedną walizkę. Nigdy na żaden wyjazd nie brałam jednej. Zawsze brałem za dużo rzeczy, nie mogłam się zdecydować, co ze sobą zabrać, a co zostawić. Przykro mi było wieczorami myśleć, że jakiś sweter czy bluzka jest tam gdzieś w ciemnej garderobie zupełnie sam… Opuszczony. Zapomniany. Śmiałeś się z tego. Wiem.
Więc wzięłam tylko rzeczy niezbędne. To cię pewnie zdziwi. W ogóle się nie spodziewasz, że mogę coś takiego zrobić. Po prostu się zmyć. Ale nie. Nie robię tego na złość. Po prostu ktoś to musiał wreszcie zrobić. Zdecydowałam, że to będę ja.
Na dworzec dotarłam dość późno. Wybrałam ekspres, nocny. Wzięłam kuszetkę. Nigdy wcześniej nie podróżowałam w ten sposób. Byłam co najmniej podekscytowana. Głupia, w pierwszym odruchu chciałam do ciebie zadzwonić i ci powiedzieć: że pociąg, że nocą i że kuszetka! Dosłownie w ostatniej chwili się powstrzymałam. W ostatniej.
W pociągu jechał ze mną miły, starszy pan. Wdowiec. Jego żona umarła dwa lata temu. Byli w sobie zakochani do samego końca, do końca trzymali się za ręce. Jak na pierwszym wspólnym spacerze. Ona popatrzyła w jego oczy, uśmiechnęła się łagodnie i powiedziała: Nie zapomnij podlewać kwiatów. Raz w tygodniu, kochany. I odeszła. On ją trzymał za rękę jeszcze dwie godziny, aż wreszcie musieli się rozstać. Już na zawsze. Od tamtej pory ten pan nie może znieść samotności w ich wspólnym mieszkaniu, w którym spędzili te wszystkie lata. Gdzie wychowali dzieci, gdzie było tyle przyjęć urodzinowych. I na jej imieniny. I na gwiazdkę. I bez okazji. Teraz starszy pan ciągle wyjeżdża. W mieszkaniu jest tylko raz w tygodniu, by podlać te jej kwiaty, a potem znowu walizka na kółkach toczy się po podwórzu, a potem po chodniku w stronę dworca. Dziś los skierował nas do tego samego pociągu i tego samego wagonu. Pan uśmiechał się do mnie łagodnie i mówił: moje dziecko. I miał takie miękkie dłonie. I uśmiech taki niezwykły. Poczułam się bezpiecznie. Aż mi się chciało przez chwilę do ciebie wrócić. Ale nie. Jadę dalej, byle dalej od ciebie. I na razie nic mu o tobie nie powiem. Nie chcę tu twojej obecności, choćby tylko w moich myślach. Te chwile są tylko moje.
Świt przywitał nas chłodem i zapachem miejskiego peronu. Smar, kurz, tłuszcz z budki z knyszą. Aż mnie zemdliło. Dobrze, że był ze mną ten starszy pan. Zapytał, dokąd idę, odpowiedziałam, że nie wiem. Pan uśmiechnął się do mnie. Jego oczy mówiły: to wiele nas dziś łączy, moje dziecko. I poszliśmy razem.
-Śniadanie? Kawa zbożowa?
-Czemu nie.
-Ale ja płacę, moje dziecko.
-Dobrze. Będzie mi bardzo miło.
I to był bardzo miły dzień.

Po śniadaniu obserwowaliśmy kutry w małym porcie, potem znaleźliśmy pensjonat. Było po sezonie, w pensjonacie nie było gości, za to w powietrzu zagnieździł się już ten charakterystyczny zapaszek niebytu. Właścicielka pokazała mi mój pokój. W powietrzu można było jeszcze wyczuć zapach słonecznych, letnich dni. Słońce przez długie miesiące cedziło tu swoje letnie promienie przez oczka w firance. Ale teraz była już jesień. Chmury wisiały tuż nad ziemią. Na twarzy czuć było ich wilgotny chłód. Metafora mojego życia z tobą. Słoneczne dni odeszły w mrok niepamięci. Zrobiło mi się smutno…
Nie wiem, jak to się stało, ale zapadłam w sen. Nie pamiętam dokładnie chwili, w której to się stało. Śniłeś mi się ty. Ty, ty i ty. W trzech różnych osobach. Byłeś taki, jak kiedyś. A potem już nie. Życie to sen, a może sen to życie? Obudziło mnie pukanie do drzwi. To był starszy pan. Zaproponował kolację, a ja byłam bardzo głodna. I bardzo za tobą tęskniłam. Zupełnie wbrew sobie.

Starszy pan odłożył sztućce i popatrzył na mnie.
-Lubi pani łowić ryby? Ja tak. – odpowiedział nie czekając na moją odpowiedź. –Wie pani, mój syn lubi łowić. Córka nie. Nudzi ją to. Wyjechała do Stanów. Nie widziałem jej pięć lat. I chyba już nie zobaczę. – starszy pan mówił szybko, jakby chciał to wszystko z siebie wyrzucić. – Kochałem swoją żonę ponad wszystko. Zdradziłem ją. Raz. Nigdy jej tego nie powiedziałem.
Starszy pan popatrzył na mnie. Czekał aż coś powiem. Niemiłego, złego, że krzyknę, oburzę się, wstanę i wyjdę. A ja się tylko uśmiechnęłam. Starszy pan zaczął płakać. Po chwili otarł łzy.
-Jest pani pierwszą i jedyną osobą, która to ode mnie usłyszała. Była pani dla mnie zupełnie obca, więc mogłem to pani powiedzieć. Ale teraz, kiedy już pani wie, kiedy pani poznała mój największy sekret, nie jest już pani obca, a zatem nie mogę już z panią rozmawiać, tak jak przedtem. Z bilskimi osobami trudno tak. Musi to pani zrozumieć.
-Rozumiem.
-To dobrze. To ja się już pożegnam. Wyjeżdżam z samego rana. Niech się pani wiedzie.
-Dziękuję. Panu też.
Starszy pan wyszedł. A ja wróciłam do pensjonatu. Rzeczywiście, rano, przez sen usłyszałm turkot kółek jego walizki. Zostałam sama. I znowu było mi smutno. I znowu zaczęłam tęsknić za tobą wbrew sobie.

Cały dzień włóczyłam się bez celu. Kiedyś słyszałam, na jakimś kazaniu, że rodzaj ludzki dzieli się na dwa typy. Na takich, co to się właśnie włóczą bez celu i na pielgrzymujących. Zbawieni będą tylko ci drudzy. Bo codziennie wszystko robią z myślą o Bogu. Zmierzają prostą drogą w jego przepastne ramiona. Ja się do pielgrzymowania nigdy nie pisałam. Nie myślałam o Bogu. Szczerze mówiąc nic mnie on nie obchodził. Nie był mi do niczego potrzebny. Więc włóczęga stała się moim celem. Czy to znaczy, że właśnie rozpoczęłam pielgrzymowanie? Matko… Zaplątałam się w te myśli. Ty byś się śmiał. I powiedziałbyś, że to chłopska filozofia baby. Więc dość już tego. Wracam na ziemię. Tu i teraz. Czyli wtedy.
Miasteczko było zaspane przez cały dzień. Ja też. Ciężkie powieki, powolny chód. Na swojej drodze spotkałam psa, dwa koty, oraz nieżywą mysz. Ktoś pewnie powiedziałby, że zdechłą. Ja nie. Dla mnie nic co żyje, nie zdycha. Co to w ogóle za straszliwe słowo! Odziera śmierć z godności! Choć niektórzy twierdzą, że w śmierci nie ma nic godnego. Ja jednak myślę inaczej. A kogo to obchodzi?! Co ja myślę!
Więc mysz była nieżywa. Leżała na chodniku, łapki miała zesztywniałe, oczy zamknięte, odgryziony ogonek. Przyglądałam się jej przez chwilę. Potem zrobiło mi się zimno i wróciłam do pokoju. Przez pół wieczoru nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Pomyślałam nawet, że chyba przyszedł czas, żeby wrócić. Tylko… co ja ci powiem? Ty dalej nie dzwonisz, jakbyś zupełnie zapomniał o moim istnieniu. Więc poszłam poszukać budki telefonicznej. Ile lat już z niej nie korzystałam! Ktoś w ogóle jeszcze korzysta z takich budek? Nie będę dzwonić do ciebie z komórki. Nie. Nawet gdybyś nie odebrał, to byś wiedział, że dzwoniłam. To by było jak przyznanie się do winy. A ja chcę tak anonimowo sprawdzić, czy jesteś w domu, czy jesteś… sam…
Wybrałam numer. Był sygnał. Pięć długich sygnałów, a potem włączyła się automatyczna sekretarka.
-Nie ma nas w domu, zostaw wiadomość. – powiedział twój głos z nagrania.
A więc nie ma nas w domu…
Z drżeniem serca wróciłam do pensjonatu, do mojego pokoju. Długo nie mogłam zasnąć. W końcu zamknęłam oczy…

Obudziłam się bardzo wcześnie, za oknem było jeszcze szaro. Głowa mi pulsowała. Jeszcze nigdy nie czułam takiego bólu. Zamknęłam oczy. Pod powiekami zobaczyłam twarz jakiegoś nieznajomego mężczyzny. To były jeszcze resztki snu. Uśmiechał się do mnie i powiedział; miał twój głos.
-Dobrze się czujesz?
-Nie…
-To nic. To już naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Mężczyzna o twoim głosie uśmiechnął się i rozpłynął w wyśnionym powietrzu, a mnie natychmiast przestała boleć głowa.
Zimny prysznic. W łazience i w głowie. Mam już wracać? Mam zostać tu jeszcze?

W pociągu oprócz mnie nie było nikogo. Nie tylko w przedziale, ale i w całym wagonie. Ogrzewanie też nie działało. Dla jednego pasażera? Po co? Nie przyszedł też nikt, żeby sprawdzić mój bilet. W ogóle miałam wrażenie, że ten pociąg się nie porusza, a jednak jakimś sposobem wiele godzin później wjechał na docelową stację. Znaczy – chyba tak było, bo znalazłam się na peronie. Ale to było potem, póki co byłam w pociągu sama. Chciałam z kimś porozmawiać, zobaczyć inne życie krążące w nieznanym ciele. Zobaczyć cudze myśli w wydychanym powietrzu. Poczuć, że ktoś tu jeszcze jest oprócz mnie. Ale nie było nikogo. Z nadzieją patrzyłam na drzwi od przedziału przy każdej kolejnej stacji, na której zatrzymywał się ten pociąg. Na próżno. Gdy już zupełnie straciłam nadzieję na jakiekolwiek towarzystwo, przypomniał mi się starszy pan. Zaczęłam za nim tęsknić. To była dziwna tęsknota. Tak właśnie tęsknimy za bliskimi, których już nie ma. Czy to znaczy, że stało się coś złego? Wcześniej o tym nie myślałam, ale teraz stało się to dla mnie zupełnie jasne. To wcale nie był obcy człowiek. Znałam go wcześniej… tylko skąd? Pomarszczona twarz, która właśnie w tej chwili stanęła mi przed oczami, wydała się nagle taka znajoma. Jakbym setki razy wpatrywała się w nią o różnych porach dnia, jakbym ją tysiące razy dotykała. Kim jest? Kim był? Czy się dowiem?

Do domu dotarłam późno. Nie mogłam złapać żadnej taksówki. Stałam na chodniku, tuż przy postoju, ale taksówkarze po prostu mnie ignorowali. Jakby mnie wcale tam nie było. Postanowiłam zatem pójść na piechotę. Tyle godzin spędziłam w pociągu, że spacer prawdopodobnie dobrze mi zrobi. Zresztą wieczór był wyjątkowo ciepły jak na listopad. Po drodze znowu myślałam o tobie. Tylko nie myśl sobie, że myślę o tobie cały czas. Po prostu chcę być gotowa, gdy otworzysz mi drzwi i spojrzysz na mnie tym swoim karcącym wzrokiem. No dobrze, może nie karcącym, ale z wyrzutem. I taką satysfakcją. Że wróciłam, choć ty wcale mnie o to nie prosiłeś.




poniedziałek, 4 sierpnia 2014

MITRĘGA

W dniu, w którym poznałam Jureczka, wracałam w warzywniaka. Pieskie popołudnie, myślałam, cienie lipowej alejki leniwie lizały mi podeszwy stóp. O tej porze roku zawsze rozwodzę się z butami. Na długie, letnie miesiące. Nie lubię lata, dlatego staram się je tymi bosymi nogami rozdeptać. Jak przejrzałe morele wdeptać w wilgotną ziemię. Pochować. Jak co roku nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie letnią mogiłę przysypią jesienne melancholie. Tymczasem dni czerwcowe, lipcowe i sierpniowe wloką się jak przydługi jamnik na krzywych, krótkich nóżkach.
Więc wracałam z warzywniaka. Na dnie wiklinowego koszyka leżał wyłącznie bób. Tylko on mnie zawołał ze straganu. Ciepłym barytonem. Nie wiedziałam, że bób ma taką przyjemną barwę głosu, jak pan z radia, którego głos wlewa się przyjemnie w ucho, jak łyk porannej kawy. Do tego ten kolor głębokiej nadziei, chociaż dość spłowiały, to jednak zaskakująco intensywny. Myślałam sobie, jak napełnię garnek wodą, jak zgotuję bobowi los okrutny, gdy wrzucę go do bąblującej od temperatury wody. Jak go potem w roztopionym maśle unurzam, dosolę mu solidnie i na ostatnią drogę, która powiedzie go przez mój przełyk ku kiszce stolcowej, koprem świeżym, szatkowanym, intensywnie obsypię. Bób jednak o tym wszystkim jeszcze nie wiedział, nic nie przeczuwał, niczego nie podejrzewał. Spoczywał sobie wygodnie w mym koszyku, a ruch miarowy w takt moich bosych kroków lekko go kołysał. Do przedśmiertnej drzemki.
Mieszkam na parterze, pod numerem dwa. Po prawej stronie od trzech szarych, lastrykowych schodków. Na tych schodkach spotkałam kogoś, kogo wcześniej tu nie widziałam. Jureczka właśnie, choć jeszcze nie wiedziałam, że to on. Był wiekowy, siwiuteńki, zasuszony. Sięgał mi do ramienia. Miał gęste, jak na ten wiek podeszły, włosy. Jednolicie białe, lekko kręcone. Wywijały mu się zabawnie nad uszami. Wyglądał trochę jak stary skrzat, który posiał gdzieś czapkę. Niemota.
- Dzień dobry. – chciałam go elegancko wyminąć na drugim schodku, nie wychodząc przy tym na gbura.
- Dzień dobry. Przyjdzie pani do mnie na kawę? – zapytał tak, jakbyśmy się mijali tu co dzień.
- Ja?
- A nie lubi pani kawy? – uśmiechnął się do mnie zaczepnie.
- Lubię, ale... Pan tu mieszka?
- A pani?

Jureczek posadził mnie w niewielkim pokoju, potem do ręki wcisnał fajansowy kubek z grubym uchem.
- No, to kawa... – powiedział to tak, jakby prezentował ją jakiemuś tybulcowi, dzikusowi z dżungli. Rozczuliło mnie to.
Nagle rozpoczął, niespodziewanie, coś jakby wykład. A więc nie tylko chciał poczęstować owego tubylca aromatyczną używką, ale także wpoić mu nieco wiedzy.
- Brzydcy ludzie wiedzą więcej niż ładni. Często tak jest, bo muszą mieć coś, poza brzydotą, żeby się tym pochwalić. Żeby można ich było za coś podziwiać, jeśli się zechce ich poznać bliżej. Czasem ich się nie chce poznawać, bo są w końcu brzydcy, a ludzie są powierzchowni i ulegają pierwszemu wrażeniu. Skoro brzydki, to musi być bezwartościowy. No bo w końcu po co natura czy Bóg zrobił ich brzydkimi? To taki znak ostrzegawczy. Jak i tych diabelnie kolorowych żabek, które są takie trujące. – skończył mówić tak samo niespodziewanie jak zaczął i patrzył na mnie z uwagą. Miał niezwykle bystre spojrzenie jak na starca.
- Ale one są przecież ładne. – ja, czyli dziki tubylec na bosaka, ośmieliłam się zabrać głos - Ich uroda ma ostrzegać, że są niebezpieczne. Więc może ładni ludzie są też niebezpieczni? Ale w ogóle to... po co mi pan to mówi?
- Bo... zmierzałem do tego, że jestem Jureczek. Mam 88 lat i byłem ładny. A do tego mądry. Miałem wiedzę, za którą normalnie kryje się jakaś brzydota. Ale w moim przypadku było inaczej. – znowu wpatrywał się we mnie, a jego spojrzenie młodniało. Miałam wrażenie, że  to jakiś młokos w zużytym, starym ciele wlepia we mnie swoje ciekawskie oczy.
- No i co? – pytanie zabrzmiało nieco prowokacyjnie. A co mi tam! Niech się z tym pomarszczonym młokosem trochę podrażnię.
 - I nic. Zupełnie. – Jureczek się uśmiechnął i siorbnął głośno – Niech pani pije kawę, bo wystygnie.
- To o co panu chodziło? – nie, nie odpuszczę mu tak łatwo.
- Mnie? Z czym?
- Z tymi żabami... znaczy, że są ładne czy tam brzydkie... kolorowe znaczy... ostrzegają nas... nie, nie nas, tylko swoich potencjalnych wrogów czy tam... kogo sama nie nie wiem... – poplątałam wszystko, jakbym to ja miała niemal dziewięćdziesiąt lat, a nie on.
- A nie wiem... – powiedział to zupełnie szczerze, potulnie - Po prostu chciałem zacząć jakoś tę naszą znajomość. Pani mieszka na dole? Pode mną, prawda?
- To pan tu naprawdę mieszka? – dopiero po sekundzie dotarł do mnie bezsens mojego pytania. No jasne, że mieszka! Przecież nie włamał się do cudzego mieszkania, żeby poczęstować mnie kawą! Idiotko!
- Przeprowadziłem się właśnie. Ja i moja przebrzmiała uroda oraz cała wiedza, którą posiadam. A pani?
- Co ja? – naprawdę nie wiedziałam, o co mu chodzi. Podkurczyłam palce bosych stóp. Zawsze tak robię, jak zaczynam się czuć nieswojo, albo palnę jakąś gafę.
 - Posiada coś pani?
- Mmmmmm.... Czy ja wiem...? Kota. Od zeszłego wtorku. Dałam mu na imię Mitręga. Bo grzbiet przecina mu pręga. Do tego co dnia się mitręży. I pręży. Jak się odpręży. – uśmiechnęłam się na koniec recytacji tego wymyślonego na poczekaniu dziecinnego wierszyka.
- Brawo! Czyli posiada pani duszę artysty. Komu ją pani ukradła? – znowu w spojrzeniu pojawił się ten sam młokos, co wcześniej.
- Słucham? Ja... nikomu... Jest moja. Ja nie jestem...
- Ależ bzdura. Kobiety nie mają dusz przyrodzonych. Żeby mieć, muszą ją ukraść mężczyźnie. Więc komu ją pani ukradła? – przekrzywił głowę, podniósł mleczne brwi, ponaglając mnie w ten sposób do udzielenia odpowiedzi. Prawdziwej!
Ale ja milczałam. Palce u nóg znowu skuliły się jak embriony.
- No? Śmiało, nikomu nie powiem. Naprawdę nie znam nikogo oprócz pani. – Jureczek zachęcał dobrodusznie.
- To niemożliwe. Nie można znać tylko jednej osoby. Musi pan znać kogoś jeszcze. O, wiem, przeprowadzał się pan dziś, tak? No to ktoś panu musiał pomagać przecież!
- Nie. Zrobiłem to sam. – i był z tego ewidetnie dumny - Przeprowadziłem się tu z ulicy Wesołej, bo mi było smutno. Bo nikogo tam nie znałem. Bo byłem sam. I przed śmiercią chciałem kogoś poznać. Niekoniecznie kogoś takiego jak pani, która kradnie komuś duszę i nawet nie umie się do tego przyznać.
- Ostatni raz mówię.- mój ton zabrzmiał ostrzej niż zamierzałam - Nic nie ukradłam. Nigdy. Nikomu. I pójdę już. A w ogóle to się zastanowię, czy ja chcę pana znać. Więc dopóki nie podejmę decyzji, proszę naszą znajomość uważać za niekompletną. Dopiero się ładuje, rozumie pan? Używa pan czasem komputera? Wie pan, o co mi chodzi?
- Eee. Coś mi mówi, że pani się jednak zdecyduje.
- Do widzenia.
- Zdecyduje się pani! – pożegnał mnie Jureczek i jego spojrzenie młokosa.

Wieczorem spłynęła na mnie myśl jak zmierzchnica trupia główka. Syna! Mam syna! Posiadam go. Zapomniałam o tym powiedzieć Jureczkowi! Albo wcale nie zapomniałam? No bo co to go w końcu interesuje? Dopiero co się poznajemy, a on już ma mnie za złodziejkę.
Tamtej nocy spałam niespokojnie. Śniły mi się dusze potępione, które łaskotały mnie w bose nogi i zmuszały, bym tańczyła polkę galopkę. Do tego przyszła sąsiadka, pani Mania, cała w kisielu cytrynowym i powiedziała, że lato nigdy nie odejdzie. Będzie trwało wiecznie, po wsze czasy i zawsze już tylko będzie gorąco, słonecznie i bez sensu. Na znak protestu odkręciłam sobie ręce i nogi i wywaliłam je przez okno. Spadły na nowy samochód pana Wojtka spod ósemki i musiałam zapłacić za wyrządzone szkody. Płaciłam kartą kredytową, a pin wystukiwałam zębami, wszak pozbyłam się wszystkich kończyń wcześniej. To z przejedzenia... To przez ten bób, co go zeżarłam bez zażenowania. Mściwa bestia. Napuściła na mnie te koszmary.

Rano wstaliśmy z synem za późno. Za późno zadzwonił budzik, za późno woda poleciała z prysznica, za późno toster wypluł spieczone grzanki, za późno nóż ugrzązł w zbyt twardym maśle. Syn za późno wkładał kalosze. Za późno szliśmy starym deptakiem, omijając psie kupy i ślizgając w błocie. Całą noc lało. Moje bose stopy oblepiła gęsta maź.
- Mamo, wiesz kto ma najbardziej niebezpiecznie na świecie? Myślisz, że rycerze i żołnierze? Nie. Ci, co myją okna. – mały człowiek powiedział to jak coś wielce oczywistego i pobiegł po jakiś badyl, który potem całą drogę wlókł za sobą.

A więc mój syn też ma duszę artysty, pomyślalam sobie, obserwując jak zasypia wieczorem. Ma ją po mnie, znaczy odziedziczył w genach takie coś, ziarenko, z którego mu urosła. Jak nerka, albo ucho, albo paznokcie u nóg. Teraz już śpi. Jego nerka. Ucho. Paznokcie u nóg. Cały śpi. Calusieńki. A ja myślę, co z tym Jureczkiem. Znać go? Czy nie? Skoro przed śmiercią chce kogoś poznać, to może powinnam to uszanować? Spełnić życzenie starego człowieka?
Od rana znowu lało. I znowu wszystko było za późno. Więc się spieszyliśmy z synem, a potem nagle zauważyłam, że już jest po, że  już go odprowadziłam nagle. Stałam przed budynkiem przedszkola, a on mi machał na pożegnanie przez okno. Wyglądał jak pikselowy portret przez tę zapłakaną szybę. Czekałam tak w deszczu, patrzyłam na niego i myślałam, kiedy mu się znudzi to machanie. W końcu w oknie zjawiła się inna pikselowa postać i zabrała mojego piskelowego syna. Mogłam już iść do domu. Po drodze pomyślalam nagle, że niech mu będzie. Wstąpię do Juerczka i mu powiem, że się zgadzam. Nie jestem w końcu bezduszna. Będę jego znajomą, udowodnię mu, że moja dusza jest tylko moja, nieukradziona, wrodzona. Jak nerka.
Przed budynkiem stał ambulans. Sąsiadka, pani Mania, tym razem w fartuchu, a nie w cytrynowym kiślu, powiedziała mi, że to ten nowy sąsiad staruszek, co się przedwczoraj wprowadził.
- Ale co?
- No nic. Wziął i umarł normalnie.

Tydzień później przeczytałam w internecie, że pewna pani Z. myła okna na ulicy Drucianej i z tego okna wypadła była. Nic jej się nie stało, ale spadła na pana T., któremu też, dzięki Bogu, krzywdy nie wyrządziła, za to wytłukła tuzin jaj, które pan T. niósł dla małżonki na sernik. Małżonka pana T. sernika nie upiekła była. Sernik, który miał być, a go nie było, nie trafił na imieninowy stół dyrektora U., któren to wpadł w gniew przeokrutny - z powodu braku sernika - i z tego gniewu nieokiełznanego stłukł na kwaśne jabłko swoją małżonkę, która solidnie obita, na drugi dzień do pracy pójść nie mogła  i z tego oto powodu w depresję wpadła słonica Gabrysia, podopieczna obitej małżonki dyrektora U., maskotka naszego miejskiego Zoo i ulubienica publiczności. Depresja była tak silna, że Gabrysia wyzionęła ducha! Ciekawe... komu go ukradła?