czwartek, 3 lipca 2014

SŁOŃ

Jedziemy samochodem. R. zabrał mnie dziś zaraz po pracy. Podjechał tym swoim dziwacznym automobilem (specjalnie tak nazywam ten pojazd, bo wiem, że R. to drażni), w którym otwiera się dach, ale się nie otwiera, bo się zepsuł dawno, dawno temu. R. kupił już taki zepsuty. Próbowałam mu wielokrotnie powiedzieć, że Bóg, oprócz setek tysięcy różnych rzeczy, stworzył też warsztaty samochodowe, ale R. nie chciał o tym słyszeć. Chciałem kupić taki niedziałający – oświadczył mi któregoś upalnego wieczoru i tym samym zamknął dyskusję raz na zawsze.
Jedziemy samochodem. R. jest milczący; patrzy na drogę, na mnie ani trochę. Opowiadam mu o swoim dniu. Że najpierw się spóźniłam, że potem spotkanie, jedno, drugie, czwarte, siódme, dwunaste, trzy tysiące osiemset drugie do potęgi entej, podzielone przez dwa. Na R. to nie robi wrażenia. Myślę sobie, że jadę tym samochodem w towarzystwie autokierowcy – w przeciwieństwie do autopilota w samolocie – który z niewiadomych względów przybrał postać mojego R. No więc jedziemy. Po desce rozdzielczej spaceruje biedronka. Postanawiam, że może z nią porozmawiam. Mówię, że bym dywan wyprała, ale nie mam dywanu. Szkoda. Naprawdę. No... Biedronka nie jest coś skora do porad. W temacie skaczących cen skupu żywca wieprzowego też milczy. Zwracam wzrok w stronę R. Ile już go znam? A jak długo go nie znam? Teraz nagle wydaje mi się, że to obcy człowiek. Gdyby mu odczepić głowę i przyszyć łeb tego pluszowego, brązowego słonia, którego mam odkąd pamiętam? Brązowy plusz wytarł się już na uszach i trąbie, więc pakułowa dusza słonia widoczna jest przez pory starego materiału. Inwentaryzacja oczna odnotowuje brak jednego narządku wzroku, podczas gdy drugi miewa się znakomicie i wciąż lśni polerowaną czernią onyksowego plastiku. Czasem mam wrażenie, że to ocalałe oko na mnie patrzy i widzi wszystko. WSZYSTKO. R. chciał tego słonia wyrzucić. Eksmitować na śmietnik, gdzie mój słoń spocząłby na katafalku z obierek od jabłek, podartych opakowań, zużytych wacików kosmetycznych, oślizłych plastrów wędlin, zepsutej golarki do swetrów, spleśniałego ciasta z rabarbarem... R. z taką głową zabawkowego słonia z pewnością przestałby być taki obojętny na wszystko. A i sam wzbudzałby niemałe zainteresowanie otoczenia. Pewnie zostałby celebrytą. Tańczyłby z gwiazdami, założył blog modowo-kulinarno-sportowy. Miałby swój felieton w którymś z kolorowych pism, w którym pisałby, dlaczego kalarepa jest dobra na hemoroidy. Napisałby też książkę o tym, jak mu się żyje z tą słoniową głową i zarobił krocie na reklamie środków przeczyszczającyh. A i na mnie spłynęłoby trochę tego blichtru jego błyskawicznej sławy instant.  Może napisaliby o mnie na pudelku? Że R. ma romans z lamą. I dlatego mnie rzuca.
- Romansujesz z lamą? – słyszę nagle to dziwne pytanie wypowiedziane moim własnym głosem, a więc... ja je zadaję naprawdę?!
R. na mnie spogląda pytająco. 
- Przepraszam, pomyślałam tylko... wiem, to głupie.
Milknę. Więc jestem pewna na sto procent, że gdybym mu tylko pozwoliła, to R. od razu wyrzuciłby tego mojego starego słonia. R. nie lubi mojego sentymentu do rzeczy. R. nie lubi mojego sentymentu do ludzi. R. nie lubi...
-Czy ty mnie lubisz R.?
R. wyciąga papierosa, odpala, uchyla okno.
-Czy ty raczej mnie nie lubisz, R.?
R. jednak gasi papierosa; nie smakuje mu, widzę po grymasie ust. Zawsze je tak wydymy, jak coś mu nie pasuje. Ostatnio coraz częściej...
-Dokąd właściwie jedziemy, R.? Zapomniałeś mi powiedzieć? Czy to ma być niespodzianka?
R. milczy przez chwilę. Już tracę nadzieję, że w ogóle mi odpowie, ale on nagle przerywa milczenie.
-Donikąd.
-A... No to... To dlaczego tak mnie popędzałeś, że mam na ciebie czekać przed budynkiem i od razu wsiadać do auta, a nie jak zwykle palić, pozbywać się wyrzutej gumy i jeszcze gadać z kimś przez telefon i tak normalnie, z kimś żywym jednocześnie też gadać. Znaczy nie gadać właśnie. Znaczy nie przez telefon.- pogubiłam się w gmatwaninie czynności, których miałam nie wykonywać.
-Nie wiem.
-A co wiesz, R.?
-Że... – urywa. Milczy, widzę, że stara się ułożyć jakie arcy ważne zdanie; wypowiedź, która być może zaważy na losach naszej prywatnej galaktyki.
-No? Śmiało...
- Ja... podjąłem decyzję, Marto. Wiem, że możesz być zaskoczona, ale... tak musi być. Musi.
- Jak, R.? Jak musi być? – czuję, że do oczu napływają mi łzy. R. może nie jest idealny, może jest szorstki i widać mu duszę, przez pory wytartej zamszowej skóry, do której tak lubię się przytulać, ale... jest mój. I tylko mój.
- R.? – mój głos drży...
- To... nasza ostatnia przejażdżka Marto. Czas się pożegnać... I ja i ty dobrze wiedzieliśmy, że ten moment kiedyś nadejdzie. I... nadszedł. Przykro mi.
- A więc... to koniec? To przez tego słonia, tak? Bo nie chcę go wyrzucić? A więc go wyrzucę! Jeszcze dziś, jak tylko wrócimy do domu. Od razu to zrobię, przysięgam! R.! Proszę cię, błagam, zawróć, zawracaj, żebym jak najszybciej mogła to zrobić!
- Marto... daj spokój, to nie przez słonia, to... niczyja wina. Po prostu już czas, żeby w końcu sprzedać ten samochód. Ten niedziałający dach doprowadza mnie już do szału... Ciebie nie?

Wróciliśmy do domu późnym wieczorem. Od razu poszłam zobaczyć się ze słoniem i długo go przepraszałam. Wiem, że zraniłam jego uczucia. Jestem złą kobietą. Złą.


6 komentarzy:

  1. no właśnie, pisz opowiadania i wydaj je na światło nieinternetowe! Twój rodzinny doradca

    OdpowiedzUsuń
  2. I wróciłem tu po raz wtóry. Diabelnie rzadko zdarza mi się wracać do raz przeczytanych wpisów.

    OdpowiedzUsuń