sobota, 5 lipca 2014

PODOBNO

Podobno z bitewnego pola zeszłam o własnych siłach. Chłopcy podbiegli do mnie z noszami, ale wrzeszczałam, że jak tylko do mnie podejdą, to zastrzelę. Zwalił mnie z nóg dopiero trzeci postrzał. Rozerwał mi płuco. Podobno z ust chlusnęło mi tyle krwi, że dwóch ofiarnych szeregowców z noszami natychmiast zwymiotowało. A ja się, podobno, darłam w niebogłosy, że zaraz tam wrócę i zajebię tego skurwysyna, który mi ubił konia. Dopiero przytomność naszego sanitariusza, który dźgnął mnie ampułką z morfiną w udo, ostatecznie położyła kres moim wystąpieniom. Podobno kapelan po drodze udzielał mi ostatniego namaszczenia. Podobno moja skóra miała sino-popielaty odcień. Podobno otaczał mnie zapach kwitnących jaśminów. Aż wszystkich zemdliło. Rzygali od tego jak koty.
Oprzytomniałam w szpitalu polowym; chirurg mnie właśnie kroił. Nie czułam bólu. Połatamy panią, pani Kapitan. Nie możemy stracić najlepszego dowódcy. Wszyscy stoją pod salą, modlą się, żeby nie drżała mi ręka. Śpiewają pani ulubioną piosenkę, ale cicho, żeby mnie nie rozpraszać. Boli panią?
- Nie...
To morfina.
- Nie... Mnie nigdy nie boli. Niech pan wyśle kogoś, niech znajdą Karolinkę. Niech ją stamtąd zabiorą. Zabili ją... skurwysyny.
Podobno straciłam przytomność. Krążę gdzieś pomiędzy. Nigdzie mnie nie chcą, albo to mnie się nie podoba i nie zostaję. W ustach czuję smak żelaznej kulki, patrzę na ręce, które tracą skórę, mięśnie. Kości odlatują pyłem na wietrze. Jest ciepło i zimno, jasno i ciemno, wilgotno i sucho. Jest wszędzie i nigdzie. Za późno i za wcześnie. Za mało i za dużo. Otwieram oczy, ktoś siedzi przy moim łóżku, wygląda jak śpiący na siedząco posąg. Z profilu poznaję go w mdłym świetle. To nasz sanitariusz. Mówi do mnie coś, widzę, jak z oczu płyną mu dwie stróżki łez. Ale jest też uśmiech.
Mamy ją, pani Kapitan. Karolina żyje. Była tylko ogłuszona. Czeka na panią, jak pani wydobrzeje.
-Chcę ją zobaczyć teraz.
To był niezwykły widok. Dwóch szeregowych wprowadziło mojego konia. Czarna, polepiona ludzką krwią sierść lśniła od jarzeniowego światła. Karolinka była wystraszona, chrapy pracowały rytmicznie. Zapach umierania i leków musiał ją okropnie drażnić. Rzuciła łbem kilka razy, szeregowcy ją puścili; podeszła wprost do mojego łóżka. Spuściła łeb; na policzku poczułam ciepły oddech.
-To co? Wracamy tam, Karolinka? Jesteś gotowa? Bo ja tak.
Nikt nie odważył się powiedzieć słowa, gdy kazałam wsadzić się na konia. Podobno podano mi broń i pełną manierkę. Lekarz, który mnie pozszywał, popatrzył na mnie z wyrzutem. Taka koronkowa robota. Tyle pięknych, równych szwów.
-Powrotu nie przewiduję. Niech pan nie czeka.
Ale wróciłam. Karolinka przywiozła mnie z wieczora. Podobno zeszłam z siodła o własnych siłach. Na nikogo jednak tym razem nie krzyczałam.
-Jak to jest, że nikt z nich nie umie mnie zabić?
Karolinka zwiesiła głowę, dotknęła mojego policzka ciepłą chrapą. W jej oczach zobaczyłam odpowiedź. A więc to takie proste.

Podobno umarłam nad ranem. Podobno nikt nie śpiewał. Podobno Karolinkę oddali do rzeźni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz