piątek, 16 maja 2014

WTOREK (fragment opowiadania WIELKI TYDZIEŃ)


1. Pocieramy wnętrzami dłoni o siebie. 2. Pocieramy wnętrzem prawej dłoni o grzbiet lewej dłoni. Powtarzamy czynność odwrotnie. Wykonuję polecenia z instrukcji z najwyższą atencją. Jakbym szykowała swoje dłonie na audencję do królowej. W końcu koronowana głowa nie może czuć dyskomfortu, gdy podam jej prawicę. Ale dochodzę właśnie do punktu numer cztery instrukcji mycia rąk, która wisi w toalecie gabinetu dentystycznego i właściwie nie wiem, co o nim myśleć. 4. Pocieranie opuszków palców prawej dłoni o wnętrze lewej dłoni. Ma to na celu umycie strefy podpaznokciowej. Do tej chwili nie wiedziałam, że mam „strefę podpaznokciową“. Boże, którego już w piątek przybijemy do krzyża! Mam strefę podpaznokciową! Ale czy wypada zawracać mu tym głowę? Też koronowaną, ale cierniem? Ja też ponoszę dziś swój krzyż. Lewa górna piątka do kanałowego leczenia.
Po mękach Golgoty stomatologicznej chodzę wokół stolika we własnym przedpokoju. Jak w tym wierszyku dla dzieci o lisku nie mam ręki, ani nogi. Znieczulenie z zęba zawładnęło ciałem moim lewostronnie. Lecz to mnie nie trapi, to minie. Nie mogę się zdecydować: zadzwonić do niej czy nie. Przecież nie pierwszy raz się obraziła. Robi to raz na kilka miesięcy, powód zawsze jest błachy. Bezsensownie nieistotny, nie wart naszych nerwów. Może w innym życiu wcale byśmy nie chciały się przyjaźnić. Trybunał Haski wręczałaby swone nasiona komuś innemu. Do kogoś innego miałaby pretensje, że kiełkują, a u niej nie. Przecież to się zdarzyło pierwszy raz! Pierwszy raz w ogóle! Natura też ma swoje kaprysy! Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć? Może to efekt cieplarniany? Lub wręcz przeciwnie? Golfsztrom robi nas w konia? Albo plamy na słońcu? Ogon komety? Do kogo dziś wpadniesz na kawę, jeśli nie do mnie? Jesteśmy zakotwiczone w tym samym życiu. Obie wpadłyśmy na tę samą mieliznę w tym samym czasie. Można bez skrępowania mówić o przeznaczeniu. No dobrze, może faktycznie to ja pierwsza ugrzęzłam, bo to mnie pierwszą zostawił Karol. Ale mąż Trybunału jakoś się nie ociągał. Wziął sobie zachowanie Karola głęboko do serca. Tylko zamiast w roześmianej, młodej brunetce zatopił swoje żądze i przyrodzenie w dowcipnym równolatku, który też przez lata oszukiwał żonę oraz własne skłonności. Stworzyli udany związek tak jak mój były mąż. Jedyna różnica jest taka, że nie mają potomstwa.
Przez okno widzę, że nadchodzi listonosz. Przygarbiona postać zmierza prosto do drzwi werandy. Nie czekam, aż naciśnie dzwonek, po prostu otwieram. Dzień dobry. Dzień dobry. Poczta. Wiem, widzę. Jak zdrowie? Może być, a u pana? Pies się rozchorował. Nie wiem od czego. A był pan u weterynarza? No, idę dziś po pracy. To niech pan nie zwleka, sąsiadka zwlekała i w zeszłym tygodniu pomagałam jej wykopać dołek w ogrodzie. To smutne. Bardzo, dlatego nie chcę, żeby pana spotkało to samo. Oczywiście. Podpisze tu pani? Już. Dziękuję. Dziękuję. Niech pan pozdrowi psa. Kota. Nie, psa. Ale mój pies ma na imię Kot. Aha... To proszę pozdrowić psa Kota.
Korespondencja ląduje na kuchennym stole obok wytłoczki pełnej jaj. Ma być z tego sernik na święta. I może jakiś mazurek. Trybunał miała mi pomagać. Sama piec nie potrafi, ale jako podkuchenna się sprawdza. Cholera jasna, dzwonię do niej! Wracam do przedpokoju, podnoszę słuchawkę, szczerzą się do mnie pożółkłe, gumowe przyciski. Szydzą, że jestem tak słaba i ulegnę tej starej sekutnicy. Wybiorę numer, usłyszę chropowate (i dziś ciężko obrażone) „halo“, powiem: to ja, przepraszam; a Trybunał powie: „co ty sobie w ogóle myślałaś! i tak mam wystarczająco ciężko w życiu, a jeszcze najlepsza przyjaciółka wbija mi nóż w plecy i to po samą rękojeść, a jest to nóż tępy, a nawet nóż do masła, więc boli mnie jak skurwysyn!“ O, nie. Mowy nie ma, nigdzie nie dzwonię. Niedoczekanie.

Wieczorem nadają film na milion którymś tam kanale satelitarnym. Powtarzają go już chyba czwarty raz w tym tygodniu. I za co człowiek im płaci? W życiu też nadają mi same powtórki. Dzień nie różni się niczym od poprzedniego, no może trochę pogodą. Dobrze, że pory roku się zmieniają, bo inaczej można by zwariować od tej monotonii i braku nadziei na zmianę. Ziewam. I znowu. I jeszcze raz. Zasypiam z pilotem na piersi, której nigdy nie ssało żadne dziecko.

3 komentarze:

  1. Za każdym razem czekam na koniec....i nigdy się nie zawodzę..dobre, mocne, mądre!
    ZDOLNA BESTIA ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak sobie myślę czytając....że chyba lepiej tego szerzej nie komentować.
    Sporo emocji.

    OdpowiedzUsuń