niedziela, 4 maja 2014

POJEDYNEK

- Z tyłu są drzwi. Prowadzą do saloniku. Przekręcasz gałkę i już tam możesz być. Jest z mosiądzu. Gałka, nie salonik. Nie wiem, jak to jest, ale idealnie pasuje do każdej dłoni.
Do dużej, starej, spracowanej. Takiej, która umyła milion metrów kwadratowych podłóg, szorowała deski ryżową szczotką, a drobinki wody z mydłem pryskały na czerwoną z wysiłku twarz pochyloną nad matowymi deskami. Szare, zmywalne piegi w okół dużego nosa w pajęczynie spękanych naczyń krwionośnych. Najgorzej, gdy mini kropla wpadła do oka. Łzawiące oko przecierał wierzch tej szorstkiej dłoni. Do małej, pulchnej, dziecinnej, nieznającej jeszcze swojego przeznaczenia też pasuje w sam raz. Ośliniony kciuk zawsze się po gałce trochę ślizga. Kciuk ląduje w dzieciecej buzi, gdy coś dziwi, martwi, rozbawia. Gdy spać się chce. Wyrodna matka smaruje kciuk pieprzem, żeby oduczyć dziecko. Źle robi, nie uważasz?
No i wreszcie w średniej, dziewczęcej dłoni mosiężna gałka też leży jak ulał. Takiej, co zakrywa chichoczące usta i zrywa wiśnie prosto z drzewa. Nocą wędruje między uda. Wiesz po co, prawda? A... co jest w saloniku? To już... – robię nieco zbyt teatralną pauzę - sam musisz się o tym przekonać.
Chłopak prostuje się i patrzy na mnie nieufnie. Przez chwilę różne myśli krążą mu po głowie. Że jestem głupią, podstarzają babą, która opowiada mu bajki, a on przecież nie urodził się wczoraj. Że ten dom też jest stary i pewnie za drzwiami jest jakiś pachnący starością, zawilgocony i zagracony pokój, mały i ciasny, jak umysły ludzi z tego miasteczka. A jednak coś nie daje mu spokoju. Widzę to w jego granatowych oczach. Złości go to, bo wiem, że chce mnie o coś zapytać, ale jednocześnie usiłuje się przed tym powstrzymać.
- Może jutro przyjdę. – mówi w lekkim gniewie. – Teraz muszę już iść.
- Boisz się? Czego? – muszę go trochę sprowokować, bo buta zaraz wypchnie go za drzwi mojego domu i pewnie więcej tu nie wróci. A powinien zostać.
- Pani jest chyba stuknięta. Czego mam się bać. Tam na pewno nic nie ma.
- Tam na pewno coś jest. – uśmiecham się. Teraz chłopak się wyraźnie boi. – Nie jestem wariatką. Po prostu... chcę dać ci szansę.
- Do widzenia.
Wychodzi szybko, z gniewem w granatowych oczach. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć... ciekawe do ilu doliczę, zanim wróci... Dwieście trzynaście, dwieście czter...
- Dobra, co to za szansa? – słyszę nagle jego głos tuż za oknem. Stał tam przez cały czas? Słyszał, jak liczę?
- Wejdź do środka, jak człowiek, to ci powiem. Nie będę rozmawiać przez ścianę.
Cisza. Trwa to chwilę, zanim słyszę jego kroki na ganku, potem lekkie skrzypnięcie drzwi od werandy i wchodzi.
- Jeśli pani jest stuknięta i chce mnie na przykład...
- Zabić? A po co? Zresztą zabijanie jest niezbyt ciekawym zajęciem. Wiem, bo raz miałam okazję to zrobić. Nie polecam.
Strach przytrzymuje słowa w gardle chłopaka, ale ciekawość jest silniejsza i je wypycha.
- Zabiła... pani... kogoś?
- Więc za tymi drzwiami jest coś. Możesz to mieć, albo nie mieć. Decyzja należy do ciebie.
- Kogo pani zabiła?
- Jak nie przestaniesz, to wszystko zepsujesz. Bardziej ciekawi cię jakiś trup bez znaczenia niż twoja własna przyszłość?
- Dlaczego pani to zrobiła?
- Bo... zadawał zbyt wiele pytań.  – mówię to z powagą, chłopak zamiera. Nie spuszcza mnie z oka nawet na milisekundę, wszystkie mięśnie są w pogotowiu, w powietrzu czuję jego strach.
- Kto... to był...? – przestaje już nawet mrugać, żeby móc mnie stale obserwować.
- Wejdziesz tam, czy nie? Przekręć tę głupią gałkę i idź.
- Jak mi pani powie, kto to był.
- Czyli nie wejdziesz.
- Wejdę, jak mi pani powie!
- Jak ci powiem, to na pewno nie wejdziesz!

I tak patrzymy na siebie, jak rewolwerowcy podczas pojedynku. Zegar bije południe, słońce stoi w zenicie, ludzie z miasteczka wylegli, żeby obserwować, z której strony padnie ten śmiertelny strzał. Chłopak się waha, ręka na kaburze, ale decyzji brak. Ja też nie mam zamiaru wyjąć broni pierwsza. Ani chybi, a spędzimy tak cały dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz