poniedziałek, 19 maja 2014

piątek, 16 maja 2014

WTOREK (fragment opowiadania WIELKI TYDZIEŃ)


1. Pocieramy wnętrzami dłoni o siebie. 2. Pocieramy wnętrzem prawej dłoni o grzbiet lewej dłoni. Powtarzamy czynność odwrotnie. Wykonuję polecenia z instrukcji z najwyższą atencją. Jakbym szykowała swoje dłonie na audencję do królowej. W końcu koronowana głowa nie może czuć dyskomfortu, gdy podam jej prawicę. Ale dochodzę właśnie do punktu numer cztery instrukcji mycia rąk, która wisi w toalecie gabinetu dentystycznego i właściwie nie wiem, co o nim myśleć. 4. Pocieranie opuszków palców prawej dłoni o wnętrze lewej dłoni. Ma to na celu umycie strefy podpaznokciowej. Do tej chwili nie wiedziałam, że mam „strefę podpaznokciową“. Boże, którego już w piątek przybijemy do krzyża! Mam strefę podpaznokciową! Ale czy wypada zawracać mu tym głowę? Też koronowaną, ale cierniem? Ja też ponoszę dziś swój krzyż. Lewa górna piątka do kanałowego leczenia.
Po mękach Golgoty stomatologicznej chodzę wokół stolika we własnym przedpokoju. Jak w tym wierszyku dla dzieci o lisku nie mam ręki, ani nogi. Znieczulenie z zęba zawładnęło ciałem moim lewostronnie. Lecz to mnie nie trapi, to minie. Nie mogę się zdecydować: zadzwonić do niej czy nie. Przecież nie pierwszy raz się obraziła. Robi to raz na kilka miesięcy, powód zawsze jest błachy. Bezsensownie nieistotny, nie wart naszych nerwów. Może w innym życiu wcale byśmy nie chciały się przyjaźnić. Trybunał Haski wręczałaby swone nasiona komuś innemu. Do kogoś innego miałaby pretensje, że kiełkują, a u niej nie. Przecież to się zdarzyło pierwszy raz! Pierwszy raz w ogóle! Natura też ma swoje kaprysy! Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć? Może to efekt cieplarniany? Lub wręcz przeciwnie? Golfsztrom robi nas w konia? Albo plamy na słońcu? Ogon komety? Do kogo dziś wpadniesz na kawę, jeśli nie do mnie? Jesteśmy zakotwiczone w tym samym życiu. Obie wpadłyśmy na tę samą mieliznę w tym samym czasie. Można bez skrępowania mówić o przeznaczeniu. No dobrze, może faktycznie to ja pierwsza ugrzęzłam, bo to mnie pierwszą zostawił Karol. Ale mąż Trybunału jakoś się nie ociągał. Wziął sobie zachowanie Karola głęboko do serca. Tylko zamiast w roześmianej, młodej brunetce zatopił swoje żądze i przyrodzenie w dowcipnym równolatku, który też przez lata oszukiwał żonę oraz własne skłonności. Stworzyli udany związek tak jak mój były mąż. Jedyna różnica jest taka, że nie mają potomstwa.
Przez okno widzę, że nadchodzi listonosz. Przygarbiona postać zmierza prosto do drzwi werandy. Nie czekam, aż naciśnie dzwonek, po prostu otwieram. Dzień dobry. Dzień dobry. Poczta. Wiem, widzę. Jak zdrowie? Może być, a u pana? Pies się rozchorował. Nie wiem od czego. A był pan u weterynarza? No, idę dziś po pracy. To niech pan nie zwleka, sąsiadka zwlekała i w zeszłym tygodniu pomagałam jej wykopać dołek w ogrodzie. To smutne. Bardzo, dlatego nie chcę, żeby pana spotkało to samo. Oczywiście. Podpisze tu pani? Już. Dziękuję. Dziękuję. Niech pan pozdrowi psa. Kota. Nie, psa. Ale mój pies ma na imię Kot. Aha... To proszę pozdrowić psa Kota.
Korespondencja ląduje na kuchennym stole obok wytłoczki pełnej jaj. Ma być z tego sernik na święta. I może jakiś mazurek. Trybunał miała mi pomagać. Sama piec nie potrafi, ale jako podkuchenna się sprawdza. Cholera jasna, dzwonię do niej! Wracam do przedpokoju, podnoszę słuchawkę, szczerzą się do mnie pożółkłe, gumowe przyciski. Szydzą, że jestem tak słaba i ulegnę tej starej sekutnicy. Wybiorę numer, usłyszę chropowate (i dziś ciężko obrażone) „halo“, powiem: to ja, przepraszam; a Trybunał powie: „co ty sobie w ogóle myślałaś! i tak mam wystarczająco ciężko w życiu, a jeszcze najlepsza przyjaciółka wbija mi nóż w plecy i to po samą rękojeść, a jest to nóż tępy, a nawet nóż do masła, więc boli mnie jak skurwysyn!“ O, nie. Mowy nie ma, nigdzie nie dzwonię. Niedoczekanie.

Wieczorem nadają film na milion którymś tam kanale satelitarnym. Powtarzają go już chyba czwarty raz w tym tygodniu. I za co człowiek im płaci? W życiu też nadają mi same powtórki. Dzień nie różni się niczym od poprzedniego, no może trochę pogodą. Dobrze, że pory roku się zmieniają, bo inaczej można by zwariować od tej monotonii i braku nadziei na zmianę. Ziewam. I znowu. I jeszcze raz. Zasypiam z pilotem na piersi, której nigdy nie ssało żadne dziecko.

niedziela, 4 maja 2014

POJEDYNEK

- Z tyłu są drzwi. Prowadzą do saloniku. Przekręcasz gałkę i już tam możesz być. Jest z mosiądzu. Gałka, nie salonik. Nie wiem, jak to jest, ale idealnie pasuje do każdej dłoni.
Do dużej, starej, spracowanej. Takiej, która umyła milion metrów kwadratowych podłóg, szorowała deski ryżową szczotką, a drobinki wody z mydłem pryskały na czerwoną z wysiłku twarz pochyloną nad matowymi deskami. Szare, zmywalne piegi w okół dużego nosa w pajęczynie spękanych naczyń krwionośnych. Najgorzej, gdy mini kropla wpadła do oka. Łzawiące oko przecierał wierzch tej szorstkiej dłoni. Do małej, pulchnej, dziecinnej, nieznającej jeszcze swojego przeznaczenia też pasuje w sam raz. Ośliniony kciuk zawsze się po gałce trochę ślizga. Kciuk ląduje w dzieciecej buzi, gdy coś dziwi, martwi, rozbawia. Gdy spać się chce. Wyrodna matka smaruje kciuk pieprzem, żeby oduczyć dziecko. Źle robi, nie uważasz?
No i wreszcie w średniej, dziewczęcej dłoni mosiężna gałka też leży jak ulał. Takiej, co zakrywa chichoczące usta i zrywa wiśnie prosto z drzewa. Nocą wędruje między uda. Wiesz po co, prawda? A... co jest w saloniku? To już... – robię nieco zbyt teatralną pauzę - sam musisz się o tym przekonać.
Chłopak prostuje się i patrzy na mnie nieufnie. Przez chwilę różne myśli krążą mu po głowie. Że jestem głupią, podstarzają babą, która opowiada mu bajki, a on przecież nie urodził się wczoraj. Że ten dom też jest stary i pewnie za drzwiami jest jakiś pachnący starością, zawilgocony i zagracony pokój, mały i ciasny, jak umysły ludzi z tego miasteczka. A jednak coś nie daje mu spokoju. Widzę to w jego granatowych oczach. Złości go to, bo wiem, że chce mnie o coś zapytać, ale jednocześnie usiłuje się przed tym powstrzymać.
- Może jutro przyjdę. – mówi w lekkim gniewie. – Teraz muszę już iść.
- Boisz się? Czego? – muszę go trochę sprowokować, bo buta zaraz wypchnie go za drzwi mojego domu i pewnie więcej tu nie wróci. A powinien zostać.
- Pani jest chyba stuknięta. Czego mam się bać. Tam na pewno nic nie ma.
- Tam na pewno coś jest. – uśmiecham się. Teraz chłopak się wyraźnie boi. – Nie jestem wariatką. Po prostu... chcę dać ci szansę.
- Do widzenia.
Wychodzi szybko, z gniewem w granatowych oczach. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć... ciekawe do ilu doliczę, zanim wróci... Dwieście trzynaście, dwieście czter...
- Dobra, co to za szansa? – słyszę nagle jego głos tuż za oknem. Stał tam przez cały czas? Słyszał, jak liczę?
- Wejdź do środka, jak człowiek, to ci powiem. Nie będę rozmawiać przez ścianę.
Cisza. Trwa to chwilę, zanim słyszę jego kroki na ganku, potem lekkie skrzypnięcie drzwi od werandy i wchodzi.
- Jeśli pani jest stuknięta i chce mnie na przykład...
- Zabić? A po co? Zresztą zabijanie jest niezbyt ciekawym zajęciem. Wiem, bo raz miałam okazję to zrobić. Nie polecam.
Strach przytrzymuje słowa w gardle chłopaka, ale ciekawość jest silniejsza i je wypycha.
- Zabiła... pani... kogoś?
- Więc za tymi drzwiami jest coś. Możesz to mieć, albo nie mieć. Decyzja należy do ciebie.
- Kogo pani zabiła?
- Jak nie przestaniesz, to wszystko zepsujesz. Bardziej ciekawi cię jakiś trup bez znaczenia niż twoja własna przyszłość?
- Dlaczego pani to zrobiła?
- Bo... zadawał zbyt wiele pytań.  – mówię to z powagą, chłopak zamiera. Nie spuszcza mnie z oka nawet na milisekundę, wszystkie mięśnie są w pogotowiu, w powietrzu czuję jego strach.
- Kto... to był...? – przestaje już nawet mrugać, żeby móc mnie stale obserwować.
- Wejdziesz tam, czy nie? Przekręć tę głupią gałkę i idź.
- Jak mi pani powie, kto to był.
- Czyli nie wejdziesz.
- Wejdę, jak mi pani powie!
- Jak ci powiem, to na pewno nie wejdziesz!

I tak patrzymy na siebie, jak rewolwerowcy podczas pojedynku. Zegar bije południe, słońce stoi w zenicie, ludzie z miasteczka wylegli, żeby obserwować, z której strony padnie ten śmiertelny strzał. Chłopak się waha, ręka na kaburze, ale decyzji brak. Ja też nie mam zamiaru wyjąć broni pierwsza. Ani chybi, a spędzimy tak cały dzień.