poniedziałek, 14 kwietnia 2014

PAPROTKA


Spotkali się na ulicy. Chciał zapytać o godzinę, bo spieszył się na pociąg, ale jeszcze nie zdążył nabrać powietrza dla słów, które nie potrafią przetrwać w środowisku beztlenowym, gdy usłyszał wkurzoną frazę: pocałuj mnie w dupę! Takie intymne zaproszenie? Tak od razu? Uśmiechnął się do niej. Ona pokazała mu język. Długi, mokry, mięsisty jak malina. Potem wydarzenia poszły już utartym szlakiem. Ślub, płodzenie dzieci, dwa porody. A teraz siedzą przy stole, dwanaście lat później. Jedzenie wystygło, łopatka lub szponder, a oni nie mają sobie nic do powiedzenia. Nie patrzą na siebie, dzieli ich przestrzeń fizycznie niewielka, do przebycia w ułamku sekundy, ale mentalnie to tysiące kilometrów w lodowatej tundrze. Każde z nich zatapia się we własną rzeczywistość: są w niej kimś innym, żyją inaczej, mają spełnienie wpisane w życiorys.
ONA ma niewielkie stadko owiec, takich kudłatych, które hoduje się w Szkocji, bo odpowiada im tamtejszy klimat. Dają jej mleko i znakomitą wełnę. W sezonie raz w tygodniu jeździ na targ do pobliskiego miasteczka, rozkłada przenośny drewniany stragan i oferuje kupującym swojskie towary. Dba o ich jakość, a także o relacje z każdym klientem, nawet takim, który jest tu tylko przejazdem, nigdy nie wróci, choćby nawet chciał.
ON właśnie leci w kosmos, będzie pierwszym człowiekiem na Marsie. Ma ze sobą klej szybkoschnący sprawdzony w komorze antygrawitacyjnej i muzykę elektroniczną na czterech płytach cd. Chce zostawić ślad na Czerwonej Planecie, płyty naklejone na chropowatą powierzchnię kosmicznych skał. Może też odda mocz gdzieś w marsowych zaroślach? Kto wie...
ONA nie chce zostawiać po sobie żadnych śladów, nie oddaje moczu gdzie popadnie.  Pieści w wyobraźni świeżo urodzone jagnię; jakże jest ciepłe, szuka wymion matki. Już postanowiła, że gdy umrze, jej ciało ma zostać spopielone w piecu kremacyjnym, a to co zostanie, niech rozrzucą gdziekolwiek. ON nie chce umierać. A jeśli już do tego dojdzie, niech uczą się o nim z podręczników do historii! ONA zniknie w niepamięci przyszłych pokoleń.
Będziesz jeszcze jadł?
Już nie.
Kto pozmywa?
Wszystko jedno.
ONA wraca do kudłatych owiec, trzeba je spędzić na noc do zagrody. Podobno pojawiły się wilki w lesie. ON napełnia baki statku kosmicznego, który już za trzy godziny startuje na Marsa. Lub Snikersa. Pakuje do walizki mały junkers i elektroluks. Zbiera się na kosmiczny deszcz. Warto dolać płynu do spryskiwaczy. 
A tymczasem na parapecie kuchenngeo okna, które wychodzi na zaniedbane podwórze kamienicy, stoi paprotka. Stoi zwyczajnie, gdy przy jadalnianym stole piętrzą się steki niewypowiedzianych pretensji, omlety niezadowolenia i sorbety wzajemnych żali. 

3 komentarze:

  1. Bardzo smutne..
    I nikt nie czyta, bo pisze się tylko sobie, a Muzom..
    Sam w całym Kosmosie...
    Miro.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ups ! :) ..
    Nie odrobiłem, lekcji przed napisaniem komentarza :) ...
    Scenarzystka (ciekawe do czego sprzedane już scenariusze były, bo tych gniotów dla Ludu w Telewizorni chyba nie ? :) ...), profesjonalny fotograf i artystka :) ..
    Nie gniewaj się...
    Odebrałem tylko ton i nastrój tekstu "Paprotka"...
    Jeszcze nie do końca sarkastyczny i zgorzkniały...
    Jeszcze jest w Tobie Młodość i ogień...
    Jeszcze masz z kim pogadać na pewno.
    JESZCZE NIE wszystko dookoła zdebilało unijnie do reszty...
    Że strach się odezwać...
    Trzymam kciuki za trzymanie się WŁASNEJ Drogi...
    Miro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, staram się nie zbaczać z obranego kursu ;)
      pozdrawiam!

      Usuń