wtorek, 4 marca 2014

STUDIUM NIEODWAGI

Ufna, jak hodowana domowym sposobem osierocona sarna, podeszłam bliżej. Była to bliż bardzo nierozsądna, kusząca, ale i groźna zarazem. Mogłam policzyć najdrobniejsze zmarszczki w okół jego zielonoszarych oczu, albo zauważyć wąziutką stróżkę siwizny nad lewą skronią. Mogłam też go pocałować, lub polizać w ucho jak stęskniony pana pies, ale wtedy nie powiedziałby tego, co miał mi do powiedzenia i tylko rozeszlibyśmy się na zawsze skrępowani moim bezmyślnym występkiem.
- Za gaz w tym miesiącu wyszło pani więcej niż w poprzednim okresie rozliczeniowym. Się tu pani podpisze. – stuknął palcem wskazującym w służbowy druk, a ja posłusznie wywinęłam tam zawijas swojego, wciąż jeszcze panieńskiego, nazwiska. Matka też była panną od narodzin do śmierci, podobnie babka.  Fatum, klątwa czy chwała Najwyższemu? Po dopełnieniu tej formalności wyszedł, a ja wiedziałam, że znowu przyjdzie mi tęsknić przez kilka tygodni.

Kiedy to dokładnie się w nim zakochałam? W tym klasycznie pięknym pracowniku miejscowej gazowni, w inkasencie Jankowskim Tadeuszu, numer ewidencyjny 1574B/14. Dlaczego moje serce tak się z piersi wyrywa, gdy raz na czas jakiś ten obcy, postawny pachnący popołudniową ulicą mężczyzna staje w progu mojego życia? Zawsze zapraszam go głębiej, w nadziei, że herbata z konfiturą z malin (kupna, ale za to wysokiej jakości, bez cukru i konserwantów) pomoże nam przełamać pierwsze, drugie, a nawet trzecie lody. Że potem zechce zwiedzić zakamarki mieszkania, te ciemne, ciepłe i wilgotne także, a może nawet ze szczególną ciekawością, ale on nigdy nie daje się do tego nakłonić. Jest skoncentrowany na swych obowiązkach służbowych, jak agent w służbie Jej Królweskiej Mości. Skrupulatnie spisuje rząd cyfr z gazomierza, notuje precyzyjnie w odpowiednich rubrykach, prosi o autograf i wychodzi. A ja zostaję, obiecując sobie za każdym razem, że przy następnej wizycie coś zrobię. Ale nie umiem, nie potrafie, odwagi mi brak. Tak minęło kilka lat. Inkasent Jankowski Tadeusz zdążył się już nieco zużyć, mnie też pośladki oklapły, pierś obwisła i oczy straciły młodzieńczy blask. Inkasent Jankowski Tadeusz musiał zakładać okulary, by spisywać stan mojego gazomierza. Ja musiałam opanować coraz częstsze drżenie rąk przy składaniu podpisu na dole formularza. Inkasent Jankowski Tadeusz już nie tak żwawo opuszczał skromne, acz wysokie progi mojego mieszkania, a pokonywanie kamiennych schodów w górę i w dół zraszało jego coraz wyższe czoło potem wysiłku. Gdy któregoś zimowego dnia zwichnął sobie biodro na chodniku, którego dozorca nie zdążył był odsnieżyć, bo dnia poprzedniego biesiadował imieninowo, stało się nieuniknione. Więcej się nie pojawił. Do gazomierza przyszedł ktoś inny. Inkasent Nadarzyński Jerzy, numer ewidencyjny 356K/17/C. Drzwi mojego mieszkania także otworzył ktoś inny – młoda kobieta, Aldona, która wprowadziła się trzy tygodnie po mojej śmierci. Ufna, jak hodowana domowym sposobem sarna, podeszła bliżej. Mogła policzyć piegi na nosie przystojnego inkasenta, albo ugryżć go w udo. Co zresztą niewiele myśląc uczyniła.