poniedziałek, 3 lutego 2014

Mężczyzna, Gajowy i grom, którego nie było.

Mężczyzna stał pod drzwem i patrzył w niebo usilnie czegoś wypatrując. Gajowy nadszedł od zachodniego młodnika. Stanął obok mężczyzny i zadarł głowę, mrużąc oczy. Nieboskłon nie miał nic do ukrycia. Goły jak święty turecki, gołodupiec zwyczajny.
- Przecież tam nic nie ma, na górze... – zagadnął Gajowy. – Pan na coś czeka?
- Czekam. - mężyczyzna zrobił daszek z dłoni, bo światło było wyjątkowo nieznośne. Szczypało w oczy, choć nie było ostre.
- Aha... A na co, jeśli można wiedzieć? – Gajowego zżerała ciekawość. Lubił wtykać nos w nie swoje sprawy. Wtykał też inne części ciała, a szczególnie jedną, niezwykle namiętnie w cudzą sprawę, a konkretniej żonę, ale taką już miał naturę lubieżnika.
- Czekam na grom z jasnego nieba, który niechybnie sprawi, że szlag mnie trafi tu, na miejscu. – mężczyzna wypowiedział te słowa bez większej emocji w głosie. Bez niepokoju, krztyny żalu, jakby właściwie był z tym gromem już umówiony na dwadzieścia osiem po szóstej rano. Taka właśnie zbliżała się godzina.
- To panu się nie chce żyć? – Gajowy był z tych wierzących, acz nie zgłębiających przyczyn swej wiary w Najwyżezsego. Życzenie śmierci komuś lub sobie uznawał za grzech najwyższy, gwarantujący wiekuisty pobyt w piekle, taplanie się w smole wszystkimi kończynami i niechybne picie roztopionego ołowiu.
- To nie pańska sprawa – mężczyzna naturę miał skrytą. Już samo to stanie pod drzwwem, w godzinach tak wczesnych, ze wszystkimi emocjami na wierzchu, choć właściwie bez nich zupełnie, uznawał za szczyt ekshibicjonizmu i zwyczajnie wstydził się tego. Nie życzył sobie żadnych świadków. Gajowy jednak nie zamierzał odejść. Był u siebie, niejako w biurze, w godzinach pracy, więc nigdzie mu się nie śpieszyło.
- A jak już ten grom, dajmy na to, na pana spadnie, to co wtedy? – pytanie było głupie, gdyż odpowiedź była nazbyt oczywista. Mężczyzna spod drzewa zbył je wymownym milczeniem. Gajowy nie tracił rezonu.
- Miałem taki przypadek w rodzinie. To była stryjenka, bodajże. Z dnia na dzień tak jej się stało, że wola życia z niej wypełzła i poszła het!, w pszenicę. Więc stryjenka od kuchni odeszła, warząchew do wiadra z pomyjami wrzuciła i powiedziała: „już mi się nie chce, nic“. Wzięła powróz od kozy, co to się pasła za domem i poszła się powiesić. Ale zły konar wybrała, przez robaki od środka wyżarty, próchno zupełne. Spadła tak niefortunnie, że obie nogi w piszczelach złamała. I do końca swoich dni potem kulała. Ale za to jaka był szczęśliwa! Mąż jej od tego czasu więcej na gospodarce pomagał i w ogóle łagodniejszy się zrobił w obejściu. Bo jak to tak? Bić kalekę? Niewypada trochę. Wstyd przed ludźmi. Więc już więcej na nią ręki nie podniósł. A panu to czemuż to odechciało się żyć? – Gajowy miał tak pospolicie poczciwy wyraz pyska, gdy wyrażał troskę, że mężczyzna w końcu się przełamał.
- Dajmy na to, że ma pan w życiu tylko taki wybór: ożenić się z własnym kotem-kastratem lub synem sąsiada. To co by pan wybrał?
Gajowy rozdziawił gębę. Przez chwilę trawił tę dziwną informację. Zaczynał ją rozważać na serio.
- Przecież to wybór niemożliwy! – zawołał odkrywczo, a jego słowa poniósł wiatr, który się właśnie zerwał i odbił je echem o grube pnie starego lasu i o pęcinki lasu młodego.
- Co pan powie? – mężczyzna nie był w stanie ukryć sarkazmu. – Też tak właśnie myślę. Dlatego czekam na grom. A pan niech sobie idzie leśniczyć w spokoju, czy co tam ma pan w planach na dziś.
- To się pan raczej nie doczeka – zafrasował się Gajowy – już od dawna u nas w powiecie burzy nie było. Ze trzy miesiące będzie. – A pan to na serio tylko takie opcje do wyboru żeniaczki ma?
Mężyzczna westchnął tylko. Miał oto przed sobą człowieka poczciwego, lecz umysłowo ociężałego.
- Bo widzi pan, ja mam siostrzenicę, od dwóch lat już na wydaniu. Urodziwa... robi się, jak człowiek flaszkę na dwóch  rozpije, ale uczciwa i pracowita jest jak trzeba! I do dzieciaków ma rękę, i do zwierząt. Pan może ma gospodarkę własną?
- Ale ja przecież panu klarowałem przed chwilą, z metafory cokolwiek przerysowanej do tego celu korzystając, że właśnie nie mam wybory! Niech mnie pan zostawi w spokoju. – mężczyzna zwiesił głowę. Gajowemu zrobiło się żal obcego mężczyzny. Zapragnął go pocieszyć całym sobą.
- Pan mi przypomina mojego pra-pradziadka... Za wojskiem Napoleońskim po Europie się włóczył. Cztery pary butów schodził do cna, a wie pan, jak wtedy o buty było trudno? I drogie były, pieruńsko. Więc z zabitych żołnierzy zdzierał. A że Francuziki stopy mieli małe i wąskie, to się pradziadunio takich haluksów nabawił...
- Ma pan rację... – mężczyzna sapnął ledwie słyszalnie.
- Ale ja jeszcze nie skończyłem. I ten mój pra-pradziad, niech pan teraz uważa...
- Dziś gromobicia nie będzie.
- To znaczy... że już pan sobie idzie?
- Przy drodze zaparkowałem samochód.
- Taki duży? Zielony? – zainteresował się nagle Gajowy.
- Tak, a czemu pan pyta?
- Bo to już las, a nie droga i mandat panu wlepiłem. Pięćset. Do uregulowania bezpośrednio u mnie lub w okienku pocztowym, co pan wybiera?
Mężczyna patrzył przez chwilę na uśmiechniętą twarz Gajowego. Oto grymas spełnienia z powodu dobrze wykonywanych obowiązków służbowych.
- Wybieram... kota-kastrata. – powiedział mężczyzna i odszedł.

Gajowy patrzył za mężczyzną jeszcze chwilę, bo nic z tego dziwnego spotkania nie pojął, po czym ominął zachodni młodnik i poszedł ku rozkołysanym trawom słonecznej polany. Na mężczyznę nie spadł grom owego dnia. Wrócił do domu, gdzie żył długo i nieszczęśliwie. A może na odwrót? Trudno orzec, bo naturę miał skrytą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz