czwartek, 13 lutego 2014

BAŚKA

Na statku "Barbara", piszczotliwie zwanym Baśka, zawsze przewożono ciekawe towary. No, może nie towary. Przesyłki. I nie ciekawe, a szczególne. Raz była to Żyrafa ze skręconą szyją. Biedaczka ciągle patrzyła za siebie. Nie wiedziała, co przyniesie przyszłość. Innym razem była to Hienka Halinka, która nie mogła przestać się śmiać. Żadną miarą. Potem wożono magiczne kufry i latające dywany. Przez całe lata. Widocznie popyt na nie był jakby większy. Potem już nikt ich nie kupował.
Przez kolejne lata nic się nie zmieniło. Baśka zawsze miała coś niezwykłego pod pokładem. Raz był to ciężki fortepian, wykuty z litej skały. Wydobywał z siebie mocne, dosadne dźwięki. Od jego muzyki i ciężaru Baśce popękały wszystkie żebra. Biedaczka – okropnie cierpiała. Musiała przejść operację i rekonwalescencję. W nagrodę za wytrwałość pomalowano ją na piękny czerwony kolor. W czerwonym było jej do twarzy! Dostała też piękną, lśniącą kotwicę na srebrnym łańcuszku, oraz nową kajutę dla Pana Kapitana. Baśka znowu rozpruwała fale masywnym kadłubem!
Pewnego dnia zawinęła do jakiegoś mało znanego, zamorskiego portu. Port był spowity mgłą, szczelnie zakryty drobinkami wody. Dwóch znanych, tutejszych marynarzy, choć akurat tego dnia gęsta mgła zapewniła im anonimowość, wniosło coś tajemniczego na pokład Barbary. Nikt nie mógł wiedzieć, co to jest. Do końca rejsu nie rozmawiano o tajemniczej przesyłce, choć każdy o niej myślał. Nieustannie.
Czy to złoto?
Czy zamorskie wonności?
A może dziwny zwierz?
Albo błyszczący klejnot dla jakiejś Królowej?
Para trzewików?
Czapka niewidka?
Różowa pomada?
Teleskop do oglądania nieba?
W końcu Baśka zawinęła do macierzystego portu. Wszyscy wylegli na pokład, by zobaczyć zawartość tajemniczej przesyłki.


To był Zdrowy Rozsądek, którego ostatnio tak bardzo wszystkim brakowało.  Naukowcy liczyli na to, że uda im się go rozmnożyć w warunkach labolatoryjnych. Niestety. Zdrowy Rozsądek rozmnaża się tylko na wolności. A wolności u nas jak na lekarstwo.

Kropka.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Mężczyzna, Gajowy i grom, którego nie było.

Mężczyzna stał pod drzwem i patrzył w niebo usilnie czegoś wypatrując. Gajowy nadszedł od zachodniego młodnika. Stanął obok mężczyzny i zadarł głowę, mrużąc oczy. Nieboskłon nie miał nic do ukrycia. Goły jak święty turecki, gołodupiec zwyczajny.
- Przecież tam nic nie ma, na górze... – zagadnął Gajowy. – Pan na coś czeka?
- Czekam. - mężyczyzna zrobił daszek z dłoni, bo światło było wyjątkowo nieznośne. Szczypało w oczy, choć nie było ostre.
- Aha... A na co, jeśli można wiedzieć? – Gajowego zżerała ciekawość. Lubił wtykać nos w nie swoje sprawy. Wtykał też inne części ciała, a szczególnie jedną, niezwykle namiętnie w cudzą sprawę, a konkretniej żonę, ale taką już miał naturę lubieżnika.
- Czekam na grom z jasnego nieba, który niechybnie sprawi, że szlag mnie trafi tu, na miejscu. – mężczyzna wypowiedział te słowa bez większej emocji w głosie. Bez niepokoju, krztyny żalu, jakby właściwie był z tym gromem już umówiony na dwadzieścia osiem po szóstej rano. Taka właśnie zbliżała się godzina.
- To panu się nie chce żyć? – Gajowy był z tych wierzących, acz nie zgłębiających przyczyn swej wiary w Najwyżezsego. Życzenie śmierci komuś lub sobie uznawał za grzech najwyższy, gwarantujący wiekuisty pobyt w piekle, taplanie się w smole wszystkimi kończynami i niechybne picie roztopionego ołowiu.
- To nie pańska sprawa – mężczyzna naturę miał skrytą. Już samo to stanie pod drzwwem, w godzinach tak wczesnych, ze wszystkimi emocjami na wierzchu, choć właściwie bez nich zupełnie, uznawał za szczyt ekshibicjonizmu i zwyczajnie wstydził się tego. Nie życzył sobie żadnych świadków. Gajowy jednak nie zamierzał odejść. Był u siebie, niejako w biurze, w godzinach pracy, więc nigdzie mu się nie śpieszyło.
- A jak już ten grom, dajmy na to, na pana spadnie, to co wtedy? – pytanie było głupie, gdyż odpowiedź była nazbyt oczywista. Mężczyzna spod drzewa zbył je wymownym milczeniem. Gajowy nie tracił rezonu.
- Miałem taki przypadek w rodzinie. To była stryjenka, bodajże. Z dnia na dzień tak jej się stało, że wola życia z niej wypełzła i poszła het!, w pszenicę. Więc stryjenka od kuchni odeszła, warząchew do wiadra z pomyjami wrzuciła i powiedziała: „już mi się nie chce, nic“. Wzięła powróz od kozy, co to się pasła za domem i poszła się powiesić. Ale zły konar wybrała, przez robaki od środka wyżarty, próchno zupełne. Spadła tak niefortunnie, że obie nogi w piszczelach złamała. I do końca swoich dni potem kulała. Ale za to jaka był szczęśliwa! Mąż jej od tego czasu więcej na gospodarce pomagał i w ogóle łagodniejszy się zrobił w obejściu. Bo jak to tak? Bić kalekę? Niewypada trochę. Wstyd przed ludźmi. Więc już więcej na nią ręki nie podniósł. A panu to czemuż to odechciało się żyć? – Gajowy miał tak pospolicie poczciwy wyraz pyska, gdy wyrażał troskę, że mężczyzna w końcu się przełamał.
- Dajmy na to, że ma pan w życiu tylko taki wybór: ożenić się z własnym kotem-kastratem lub synem sąsiada. To co by pan wybrał?
Gajowy rozdziawił gębę. Przez chwilę trawił tę dziwną informację. Zaczynał ją rozważać na serio.
- Przecież to wybór niemożliwy! – zawołał odkrywczo, a jego słowa poniósł wiatr, który się właśnie zerwał i odbił je echem o grube pnie starego lasu i o pęcinki lasu młodego.
- Co pan powie? – mężczyzna nie był w stanie ukryć sarkazmu. – Też tak właśnie myślę. Dlatego czekam na grom. A pan niech sobie idzie leśniczyć w spokoju, czy co tam ma pan w planach na dziś.
- To się pan raczej nie doczeka – zafrasował się Gajowy – już od dawna u nas w powiecie burzy nie było. Ze trzy miesiące będzie. – A pan to na serio tylko takie opcje do wyboru żeniaczki ma?
Mężyzczna westchnął tylko. Miał oto przed sobą człowieka poczciwego, lecz umysłowo ociężałego.
- Bo widzi pan, ja mam siostrzenicę, od dwóch lat już na wydaniu. Urodziwa... robi się, jak człowiek flaszkę na dwóch  rozpije, ale uczciwa i pracowita jest jak trzeba! I do dzieciaków ma rękę, i do zwierząt. Pan może ma gospodarkę własną?
- Ale ja przecież panu klarowałem przed chwilą, z metafory cokolwiek przerysowanej do tego celu korzystając, że właśnie nie mam wybory! Niech mnie pan zostawi w spokoju. – mężczyzna zwiesił głowę. Gajowemu zrobiło się żal obcego mężczyzny. Zapragnął go pocieszyć całym sobą.
- Pan mi przypomina mojego pra-pradziadka... Za wojskiem Napoleońskim po Europie się włóczył. Cztery pary butów schodził do cna, a wie pan, jak wtedy o buty było trudno? I drogie były, pieruńsko. Więc z zabitych żołnierzy zdzierał. A że Francuziki stopy mieli małe i wąskie, to się pradziadunio takich haluksów nabawił...
- Ma pan rację... – mężczyzna sapnął ledwie słyszalnie.
- Ale ja jeszcze nie skończyłem. I ten mój pra-pradziad, niech pan teraz uważa...
- Dziś gromobicia nie będzie.
- To znaczy... że już pan sobie idzie?
- Przy drodze zaparkowałem samochód.
- Taki duży? Zielony? – zainteresował się nagle Gajowy.
- Tak, a czemu pan pyta?
- Bo to już las, a nie droga i mandat panu wlepiłem. Pięćset. Do uregulowania bezpośrednio u mnie lub w okienku pocztowym, co pan wybiera?
Mężczyna patrzył przez chwilę na uśmiechniętą twarz Gajowego. Oto grymas spełnienia z powodu dobrze wykonywanych obowiązków służbowych.
- Wybieram... kota-kastrata. – powiedział mężczyzna i odszedł.

Gajowy patrzył za mężczyzną jeszcze chwilę, bo nic z tego dziwnego spotkania nie pojął, po czym ominął zachodni młodnik i poszedł ku rozkołysanym trawom słonecznej polany. Na mężczyznę nie spadł grom owego dnia. Wrócił do domu, gdzie żył długo i nieszczęśliwie. A może na odwrót? Trudno orzec, bo naturę miał skrytą.