wtorek, 21 stycznia 2014

Duety do mety.




Zdjęcia wykonane na oddziale psychiatrycznym ;) , zaprzyjaźnionego DOMNUMER10, którego Właściciele, jak widać, Tatiana i Andrzej odznaczają się niezwykle ujmującym usposobieniem. Lubią dzieci, zwierzęta, gry towarzyskie, spacery, szynkę, ciocię Halinkę, beznogą Chinkę oraz śmiechu krzynkę.

sobota, 18 stycznia 2014

W SYPIALNI I NA TALERZU.

Szanowny Panie,

Podobno to Pan jest temu wszystkiemu winien. Że jestem, że mi tu nie zawsze dobrze, że prawą nogę mam nieco krótszą niż lewą i cierpię od dziecka na nieżyt jelita grubego. Od Pana też mam ponoć poczucie humoru, akurat nie narzekam na nie, dziękuję. Ale skoro już o narzekaniu napomknąłem byłem, to tę cechę mógł sobie Pan w moim przypadku darować. Ale skoro nie, to teraz ma Pan za swoje. Ten list to właśnie pokłosie niezaniechania Pańskiego. Pretensje do siebie!
Jednak piszę do Pana w nieco innej sprawie. Choć nie powiem, nerwy Pan mi zupełnie zszargał. Tyle razy już się próbuję z Panem skontaktować. I nic. I jak to działa, proszę mi łaskawie wytłumaczyć, że skoro jest Pan wszędzie, to czemu Pana nigdzie nie ma? I nigdy? Jeśli jest Pan niby taki wszechobecny, to logicznie rzecz biorąc, nie zastać Pana to cud! Cud niezastania! A jednak coś tu nie gra do końca. Więc grzecznie zapytuję: jak i gdzie można się z Panem spotkać? Liczę na odpowiedź. Poważnie. Domyślam się, że jest Pan piekielnie (oj...) zajęty w tych czasach. Bo czasy piekielne. Ale to też Pana dzieło, przypominam! Pretensje do siebie!
Dalej w kwestii naszego spotkania... Miejsce jest mi w zasadzie obojętne. Niech tylko będzie w miarę przewiewne, bez wilgoci i możliwie bez świadków. Nie, żebym miał jakieś niecne zamiary. Chociaż nie, skłamałbym, gdybym tak zupełnie się teraz wypierał. Wnerwia mnie Pan czasem, a właściwie to Pańskie dzieło stworzenia wszelkiego. Fuszerkę w paru kwestiach Pan niezłą odstawił i tyle. Ale z drugiej strony trochę oko na to jednak przymykam. W końcu pierwszy raz Pan to wszystko robił. Za drugim razem powinno być lepiej. Uczy się Pan na swoich błędach? O tym to może pogadamy, jak już się spotkamy.
Chciałbym jeszcze nadmienić, że mimo to, że się Panu nie do końca udałem, jak cały szereg różnych rzeczy, to jestem osobą hojną. W związku z tym, podczas tego naszego wyczekiwanego przeze mnie spotkania, ja stawiam. Opłacę napoje i jedzenie. Od dziecka matka mnie instruowała, że z bliźnimi wypada się dzielić. Na tym to wszystko ponoć polega. Świat nas obdarza swoimi dobrami, więc i my powinniśmy obdarzać nimi świat. Kiedyś oczywiście moja wiara w te słowa pozostawała niezachwiana, teraz już sam nie wiem. Choć w swej hojności trwam, to jednak nie mogę liczyć zbyt często na rewanż ze strony tak zwanej rzeczywistości. Rozdałem już połowę swojego majątku. Nawet żonę rozdałem. Dwóm kochankom. Nie, nie! Broń Boże, nie naraz. Jakoś tak nastał jeden po drugim. Tak, wiem, że to grzech, ale co począć, skoro żona nie mogła począć ze mną? To też Pana wina! Przypominam! To Pan nas takimi ułomnymi uczynił jako parę, że nie mogliśmy wydać potomstwa po Bożemu. Pretensje do siebie!
Ale syna z tych żony ekscesów uposażyłem. Pisałem wcześniej, że hojny jestem. Traktuję go właściwie jak trzeba. Tylko drażni mnie, że oczy ma skośne i kolor skóry nieco inny. Cóż, tak już Pan moją żonę stworzył był, że lubi egzotykę. W sypialni i... na talerzu.


Z poważaniem – ja.

wtorek, 7 stycznia 2014

BABKA Z PIASKU

Spotkali się w maju. To był maj z rodzaju tych nierozsądnie ciepłych. Nadgorliwe podgrzewał temperaturę powietrza i uczuć. Nic dziwnego, że w sercach wrzało. Powietrze było gorące, drgało, podskakiwało, jakby ciepło szczypało je w pośladki. Tak dla żartu. I choć do lata było jeszcze tyle dni i nocy, to żar z lipca rodem bezceremonialnie przechadzał się po polach i drogach. To był maj miłości.

Więc spotkali się na piaszczystej drodze. Ona nadeszła od strony wsi, On od strony lasu. Coś  niezwykłego – pomyślał o Niej – taka kobieta na piaszczystej drodze? Babka z piasku.  

Od tej pory nieustannie myślał. O niej. Miała włosy koloru tego piasku. Buzię też miała złocistą. I te piegi… We śnie, na jawie liczył piegi na jej policzkach. Za każdym razie wychodziła mu inna liczba. Nieważne – uśmiechał się do swoich myśli – to liczba miłości. Dziś kocham ją jak 347, a jutro jak 673.
A oczy zielone jak liście tych drzew przy tej piaszczystej drodze. Szmaragd i pistacje. I troszkę groszku cukrowego. Wzdychał.
A usta pudrowe. Miękkie i ciepłe. Jak dotyk Aniołka.
A skóra pewnie gładka.
A myśli zawstydzone.

Tak myślał. Cały czas. Od bladego świtu, po biezmiar czarnej nocy. Nie jadł, nie pił, nie pracował. Nie czytał, nie słuchał, nie jeździł samochodem. Nie sprzątał, nie prał, nie gotował.
Tak myślał, aż umarł.


A mówią, że myślnie nie szkodzi.