wtorek, 30 grudnia 2014

poniedziałek, 29 grudnia 2014

W Ogrodzie Zen tylko serce nie pokryte szronem...






Zasypiam i budzę się w sobie. 
Mam ogród niepielęgnowany cudzą dłonią.
Patrzę mocno przez ciebie. 
Nie widzę, nie czuję nikogo.
Chcę ciszy, w której rozpadną się słowa.
Zostaną rusztowania nowych zdań
Do wypowiedzenia.
Jutro, gdy ostatnia wątpliwość straci dla mnie głowę.

***


przed obiektywem: Marzena
make up/hair: Karolina Wawrzyniak


czwartek, 25 grudnia 2014

COŚ JESZCZE...

Widziałam, jak tamtem zabija tego. Musiał trafić ostrzem w tętnicę, bo krew siknęła jak z jakiejś rurki pod ciśnieniem. I ten zrobił się blady, jak papier kredowy. I złapał się ręką za szyję, a drugą musiał podeprzeć się o ścianę, żeby nie upaść, ale i tak upadł. Osunął się po tej ścianie i zostawił tylko taki krwawy maz. Równy, prostopadły do chodnika, na szerokość dłoni. Takiej średniej, raczej damskiej niż męskiej. I brakowało jednej litery w neonie, który świecił na froncie tego budynku. Znaczy była, tylko nie świeciła na niebiesko, jak pozostałe. I przez tę niebieską poświatę z dzurawego neonu, to ten z tą przebitą szyją był już nie tylko blady, ale też niebieski. Trupio niebieski. I wybałuszał oczy, chciał złapać oddech, ale nie mógł. I tylko powiedział „pomóż“, a ja nie mogłam mu pomóc, bo cóż mogłam? Zrobić? Pan by coś zrobił na moim miejscu?
A tamten drugi?
Ten co mu wbił ten nóż w szyję? Uciekł. Na końcu ulicy jeszcze się obrócił i widziałam, że rzuca coś błyszczącego na chodnik, to pewnie był nóż. Ostrze musiało widocznie tak zalśnić w świetle latarni na rogu, bo wyglądało to, jakby taka mała błyskawica wypadła mu z ręki. Władca małych piorunów pomyślałam sobie. Gromowładny morderca. I potem skręcił i już go nie widziałam. To chyba tyle.
A może było coś jeszcze?
Coś jeszcze? - popatrzyłam na mężczyznę, który  podpierał brodę obiema dłońmi, jakby bez ich wsparcia miała opaść z głuchym łoskotem na blat, sturlać się po drewnianej krawędzi i spaść wprost do kosza na śmieci. Jak głowa ścięta na szafocie. Jego oczy patrzyły na mnie bez większego zainteresowania; myśli błądziły gdzie indziej; nie był specjalnie pochłonięty tym, co mówię. Ot, kolejny rutynowy dzień w pracy.  Pewnie parę lat temu, kiedy dopiero zaczynał, patrzyłby na mnie inaczej. Chłonąłby każdą sylabę, w nadziei, że przyniesie mu rozwiązanie... A ja bym sobie myślała, patrząc na tę jego czujność łowiącą mój najmniejszy gest i grymas, że gdyby tak patrzył na mnie kochanek, to pewnie poszłabym za nim wszędzie, za najdalszy horyzont, w nieznane.
Tak, proszę pana. Było... coś jeszcze...
To było dawno, kiedy wiatr jeszcze szumiał zrozumiałe dla ludzi słowa. Kiedy można było rozpoznać tęskne pieśni w jego świstach i szelestach. Kobieta nuciła pod nosem słowa starej kołysanki, którą śpiewała jej babcia... W duszy twej już śpiewa fala bez rubieży, śpiew twój synom słodki, gorzki dla macierzy... Wstała przed świtem, warkocz lenny zaplotła, ciasto na chleb zagniotła, a gdy cegły pieca były w kolorze jarzębiny, która rośnie przy wschodnim młodniku, bochen wylądował w środku. Pochłonęły go gorące czeluści, otoczyły miękkie ciasto ciepłym wyziewem.
Lecz chleba już z pieca nie wyjęła na czas. Ból rodzenia przeszył jej krzyże i ranek ten miał być dniem narodzin dwóch braci. Jednak pierwszy z nim przyszedł na świat martwy. Sine ciałko opuściło łono matki z niemal bezgłośnym mlaśnieciem. Drogi rodne wydały na świat śmierć, nie życie. Na próżno matka tuliła go do piersi z całych sił. Sine usteczka nie wydały nawet skrawka oddechu. Druga fala bólu przypomniała matce, że będzie coś jeszcze. Kobieta otarła łzy wierzchem dłoni: Nie znaleźli w fiordach twego ojca ciała! Tyś się rodził wówczas: jam nie zapłakała. Ciche nuty pomogły przyjść na świat drugiemu dziecko. Drogi rodne wydały na świat życie, nie śmierć. Martwy syn spoczął pod jabłonką. Żywy syn bawił się pod gruszą. Matka zwała go Drugi, o Pierwszym nigdy nie powiedziała ni słowa. Drugi rozmawiał z ptakami, podkuwał dzikie konie i śpiewał w niezrozumiałym dla nikogo języku. Pewnego dnia obudził się jeszcze przed świtem, obciął śpiącej matce lenny warkocz i odszedł w najdalsze góry. Nigdy już nie powrócił, a ludzie mówią, że matka wypatrzyła za nim oczy. I kiedy zgasł w nich ostatni blask, zamknęła je na zawsze. W dniu, kiedy ludzie składali ją do ziemi, zerwał się wiatr od gór i rzucił na jej trumnę lenny warkocz. A grusza, pod którą w dziecinne lata bawił się Drugi, uschła następnej wiosny.
Zapadła cisza. Mężczyzna podpierający głowę patrzył na mnie zupełnie nie mrugając, a ja patrzyłam na niego. Po chwili oboje wybudziliśmy się z tego krótkiego letargu.
Ja coś mówiłam?
A ja o coś pytałem?

Tego dnia, jak podawali w radiu, warunki biometeo były wyjątkowo niekorzystne. Stąd te zabójstwa drastyczne i bajania bez związku.


środa, 17 grudnia 2014

Dzika róża



Dzika róża rośnie w polu, gdzie myszy i skowronki. Pachnie słodko, cierpko smakuje. Wczepia się w ciało cierniem. Na drogę weź od niej czerwoną jagodę.




przed obiektywem: Patrycja
make up/hair: Magdalena Boska Lewandowska

wtorek, 16 grudnia 2014

Hern






przed obiektywem: Ida



****
towarzyszył nam tego dnia dżdżystego Jego Wysokość Helios 40-2, któremu pokłony biję. Praca z nim to magia.

wtorek, 9 grudnia 2014

HISTORIA NIENARODZONA

Jestem postacią fikcyjną. Ociekam nieprawdziwością zdarzeń. Piszę antybiografię. Zasypiam snem zmyślonym, budzę się w nieistnieniu dnia. Śpiewam nieme piosenki. Czytam książki bez autorów, bez tytułów, bez półek do stania. Wszystkie pokryte kurzem niebytu. Nie ma nawet mojego nieoddechu.
Ale gdybym była, to chciałabym napisać o sobie coś wzruszająco niewiarygodnego. Że, dajmy na to, matka poczęła mnie młodo i w niewiedzy z chłopakiem z pobliskiego miasteczka. Zainteresowanie jurnego młodzieńca moją matką po akcie miłosnym jakże prędko gdzieś znikło oraz przepadło z kretesem jak i on sam. Matka z rozpaczy postanowiła zginąć śmiercią tragiczną, dlatego w zimową noc poszła do lasu, żywiąc głęboką nadzieję, że zostanie rozszarpana przez wilki. Jednak wilkom apetyt owej nocy nie dopisywał, za to matce zrobiło się żal dziecka, które zagnieździło się w jej łonie i postanowiła je wydać na świat. To będzie trochę za karę – myślała sobie. Potem wzorem innej matki sprzed wieków wielu włożyła niemowlę do wyplecionego ze złudzień i nadziei kosza i puściła w nurt przeznaczenia. Ale to nie moja historia wzniosła.
Nie moja jest też o tym, jak w dzieciństwie przeskakiwałam kałuże. Po ulewie, która trwała siedemnaście dni i nocy wylęgła się przed domem kraina wielkich jezior. W każdym z nich przeglądał się inny człowiek. Ludzie pochylali się nad tymi zwierciadłami i widzieli siebie pięknymi w sposób niewypowiedziany. Pani Filomena, która mieszka tuż przy parku, miała w swym odbiciu skośne oczy i pełne usta, które się ciągle śmiały. Pan Bolesław miał nos bez garba i niebieskie oczy. Mojej babci, która też wyszła się przejrzeć w kałużowym lusterku, wyrastały skrzydła na drżącej tafli wody. I mieniły się kolorami tęczy. A potem spadła przed dom kometa i ogonem zamiotła krainę wielkich jezior pod latający dywan, który odtąd krążył nad światem, sypiąc na wszystkich gwiezdny pył. Ale to też nie o mnie.
Nie spotkałam też mężczyzny, który zabrał mnie nad morze, postawił przy brzegu tak, by w stopy łaskotały mnie fale. Nie powiedział szeptem: zamknij oczy, moja piękna, i słuchaj tego, co mówi ci woda.  Nie odrzekłam, że nie rozumiem, co mówi. On się nie zdziwił i nie powiedział: prosi w moim imieniu, byś została ze mną już zawsze... A ja się nie zgodziłam. I nie odbyło się wesele na polanie. I drzewa nie kłaniały się młodej parze, i nie strzelało do góry weselne ognisko. A goście nie bawili się do rumianego świtu. I nikt z tego dnia nie zachował żadnych wspomnień. Bo go w mym nieistniejącym kalendarzu po prostu nie było...
W końcu ostatni bal w wieczerzy życia. Balowa sala w zamku na samotnej skale.  Do tańca przygrywa nam orkiestra. Na parkiecie wirują kobiety w cudnych toaletach i panowie o szlachetnych licach. Już brzmi ostatni taniec, stary król prosi mnie do tańca, a przy wyjściu z sali mą dłoń podaje Śmierci, która w rytm mrącej muzyki prowadzi mnie w zaświaty. I gasną wszystkie światła. I nachodzi mnie już myśl ostatnia. Piękne było to życie...
Ale życia nie ma. Bo to historia nienarodzin i wszystkiego, co się nigdy w życiu nie zdarzyło.


wtorek, 2 grudnia 2014

Zaplątana w późnej jesieni gąszczach...








przed obiektywem: Żaneta
make up/hair: Agata Szulc

...
W gałązkach i pędach zarośli myśli mi się rozpierzchły i już sama nie wiem, co miałam jeszcze napisać. Chyba, że zima idzie. A w raz z nią ma radość przeogromna...

piątek, 28 listopada 2014

W subtelnościach Idy






przed obiektywem: Ida i jej subtelności.



A Ten z góry świecił tego dnia miękko, atłasowo, bez kantów i zagnieceń. Można było pójść na spacer, albo wyjechać gdzieś bardzo daleko, nawet za Radom. Ale ja wolałam zostać tam, gdzie byłam. W subtelnościach Idy widzieć świat.



poniedziałek, 24 listopada 2014

Na kogo czekasz, Julio?









Jej czekanie ma ten sam zapach, co tamtej jesieni. Przegniłych liści i pestek moreli. Wygląda jak białe margerytki stojące na baczność w wazonie. Jest prostą struną promienia świecy. Upodobało sobie jej pytające spojrzenie i ten ruch głową jak wahadło zegara: to w lewo, to znów w przeciwną stronę. Z którego kierunku nadjedzie bądź zwyczajnie przyjdzie wreszcie w schodzonych butach? Kres tego czekania...




przed obiektywem: Julia
stylizacja: Marzena Deryło
plener: DOM NUMER 10

czwartek, 20 listopada 2014

Marta&Bartek







make up: Karolina Wawrzyniak
stylizacja: Marzena Deryło, Maura Ładosz

w roli pleneru stary park, który świadkował narodzinom romansu pewnej Vice Hrabiny z pewnym Ogrodnikiem, Koniuszym, bądź Stajennym. Co z tego wyniknęło? O tym szumią wierzby, klony i buki.

wtorek, 18 listopada 2014

Idziemy do góry!


gdzie drzewa udają kaktusy
z chłopca w okularach wykluje się batman
ludziki z makiety chodzą ukosami
B. krzyczy, że to najgorszy dzień w jego życiu
T. strzela do Niemców z patyka
i wszyscy idziemy do góry
na frytki i kolę.









Dla Tatiany, która wymyśliła, że idziemy do góry! A potem w dół.

piątek, 14 listopada 2014

SOBOTNI ARCHIPELAG RZECZYWISTOŚCI

(dla T.) 

Sen jest prawdą. A jak umrzesz, to będziesz tą samą kremową duszą, tylko że w niebie. Ranek po obfitej w mary i marzenia nocy. Zobaczyłam wpatrzone we mnie niebieskie oczy mojego syna. Uśmiechał się. W rączce zaciskał coś. Wielki skarb. Co tam masz? W nocy mi wyleciał. Więc chyba już dużo urosłem, co? Ząb? Naprawdę? Naprawdę! Mój pierwszy. I zobacz, już drugi mi się rusza. Zobacz, pokiwaj nim, widzisz? Ząb się kolebie jak łódka w lekkim, przybrzeżnym prądzie. Wioślarz posiał gdzieś pagaje. Trzeba wstawać i wiosłować w nurcie nowego dnia, albo jeszcze nie? Za chwilę. Sobota zaczyna się leniwie, od przeciągania i z obłoczkiem marzeń nad głową – taki dymek z komiksu. W dymku tylko cztery litery: kawa. Sama się nie zrobi przecież. Ale póki co leżmy tak w rozkopanej pościeli, niech czas płynie innym, nie nam. Porozmawiamy o czymś? A o czym byś chciała, mamo, tak najbardziej? Tak najbardziej? To nie wiem. Chodź, przytul się do mnie najmocniej na świecie. Wydawało mi się, że moje ciało oplata dopiero cienka warstwa wspomnień, przylegająca do skóry, na w pół przeźroczysta, jak lekka pończocha, którą wkłada się wiosną. Nie chodzi o to, by grzała, tylko by ładnie odbijała światło, nadawała przyjemnego odcienia bladej po zimie skórze. Moje wspomnienia związane z nim też takie były, a raczej tak mi się zdawało. A tymczasem to już nie była transparentna warstewka. Wyleciał mu pierwszy ząb, drugi był już rozchwiany i już odebrał nakaz eksmisji. Na śniadanie zjemy zupę z pochmurnej żaby i popijemy kompotem z mazgaja, dobrze? A co to mazgaj, mama? To ktoś, kto ciągle beczy. I ty zrobisz z niego kompot? A ty co byś z takim kimś zrobił? Śmieje się. Z pomysłu i ze mnie. Ściągam z niego kołdrę. Wstajemy.
Opowiedz mi coś. To nie będziesz oglądał bajki teraz? Będę, ale i tak mi opowiedz. Chwilę myślę, chcę go zaskoczyć, ale to trudne zadanie. Jak miał niecałe trzy lata sam mi opowiadał pięknie zmyślone historie. O surowym mięsie, które latało na księżyc, albo mieszkało w doniczce, albo jeździło samochodem. Kogoś takiego nie jest łatwo zaskoczyć. I któż to surowe mięso? Myślę sobie, że to każdy z nas. Jesteśmy surowi, ciągle niedogotowani, niedojrzali do tego, w czym bierzemy udział. I choć bardzo się staramy, no przynajmniej niektórzy, to ciągle surowe mięso z nas. Z krwistymi żyłkami na wierzchu.
Mój ty mały filozofie. Głaszczę go, łapię jego twarz w obie dłonie, gwałtownie przyciągam do siebie, sprzedają lepkiego buziaka. Ej, nie chcę twojej ślini, opowiesz czy nie? Mówi się „śliny“, a nie „ślini“. Ślini to się buldog, albo pies na baby. Co? Nico. Dowiesz się w swoim czasie. No to opowiesz mi coś, czy nie? Jak się niecierpliwi, to marszczy czoło zupełnie jak ja. Mogę się w nim czasem przeglądać jak w lustrze. Usta mamy takie same. I trudny, zacięty charakter. Na kogo tak się zawzięliśmy? I dlaczego nigdy, przenigdy nie odpuszczamy? Brniemy w sytuację czołowych zderzeń z losem wagi ciężkiej, nie robimy uników, trzymamy gardę, ale i tak wychodzimy poturbowani. Rany goją się szybko i kolejnym razem stawiamy się w ringu tym chętniej. Uzależnia nas ta adrenalina. Im dalej w życie, tym bardziej. Dziwaczni z nas narkomani. No dobra, to powiem, co mi się zdarzyło wczoraj, jak siedziałam przed teatrem i czekałam na spektakl. A co to spektakl? Przedstawienie. Aha... No to siedziałam na murku i czekałam na Julkę i, wyobraź sobie, przypałętał się do mnie plaster pomidora. Zagaduje, zagaja... Co to znaczy zagaja? No, że gada coś do mnie. Plaster pomidora? No, przecież mówię. Nie-e! To nieprawda! Prawda. A na dodatek szczerzy się do mnie uśmiechem pestkowym, pożółkłym. Wydaje mi się, że za dużo pali. Papierosów? No. Pomidor? A co? Pomidory nie palą! Ten pali. Bzdury opowiadasz, mama. A. No to pewnie wolisz bajkę w telewizorze? Nie, pobawię się w drugą wojnę światową. Pobawisz się też? Dobra, a masz dla mnie panzerfausta? Ale chcę prawdziwego, a nie na niby!
Przy obiedzie rozmawiamy o genezie. Mamo, a powiedz mi, jak to się stało, że się poznaliśmy? No cóż... Jak to się stało? Myślę, że to było nam pisane, synu, to przede wszystkim. Widzę, jak kropki źrenic zmieniają mu się w dwa pytajniki. Czyli to znaczy, że tak po prostu miało być. No dobrze, ale opowiedz mi o tym. Jak to było? Było to tak, że mieszkałeś w moim brzuchu, i długo tam mieszkałeś, wcale ci się nie śpieszyło, żeby wyjść, ale wreszcie wyszedłeś. Ale jak? Tak... po prostu. Dołem. Jakim dołem? Dlaczego tak ciężko powiedzieć wprost, jak się rodzi dzieci? Tamtędy... I pokazuję w dół. Przez pupę? Zaczyna się śmiać. Ja też. Bo to śmieszne, żeby dorosła kobieta po przejściach nie była w  stanie powiedzieć: wyszedłeś z mojego krocza, waginy. Dobra, tak naprawdę to ja sobie ciebie wyśniłam, wiesz? Pewnej nocy, kiedy pomyślałam, że chcę mieć dziecko. Zamknęłam oczy i pomyślałam o tym z całych sił. I przyszedłeś do mnie we śnie. I już zostałeś. Może być taka opowieść? A było dużo krwi, jak mnie urodziłaś? Sporo. A bolało cię? Trochę. Ale nie aż tak. A ile było tej krwi? No, już mówiłam, że trochę. A, mamo, ile ja mam krwi w sobie? Czy ja wiem? Dwa litry? Nie znam się na tym za bardzo. A jak mi cała wyleci? Nie wyleci. A jak tak? No to wtedy przestaniesz żyć. A jak ty będziesz już stara to umrzesz? Tak. A ja? Też. Ale ja nie chcę umierać. Rozumiem. To może być dziwne tak przestać żyć i już nic nie robić. Nie bawić się w wojnę, ani nie patrzyć na drzewa. Cisza. Trawienie brutalnej prawdy. A jak umrę, to mój pindol będzie dalej do mnie przyczepiony? No jasne! Śmiejemy się. Śmierć się nas nie ima, nie w to sobotnie popołudnie. I nie ima się naszych genitaliów. Póki my żyjemy.
Na obiad wata cukrowa, cynaderki z pieprzem i lody futrzane. Układam menu starannie. Składniki dobieram ekologiczne. Doprawiam do smaku, a potem wszystko i tak zamienia się w nieśmiertelną zupę pomidorową z makaronem. Ryż jest ryżykowny. Czas na drzemkę. Mrużę oczy, przez okno wpada zapóźniony promyk słońca. Łaskocze w nos. A ja odpływam. Budowałam zamek z piasku. Czy długo? Nie wiem, ale z pewnością wytrwale. Wiedziałam, że jego los niepewny, właściwie przesądzony. Jeśli nie zabierze go ta fala, to pewnie kolejna, lub jeszcze następna. Ale nie. To ty go rozdeptałeś niby nieroztropnie, ale twój ruch zdradził premedytację. Więc myślę sobie, że jesteś brzydkim, bezkształtnym bakłażanem, bezprecedensowo bezkrwistym, bełkotliwym befsztykiem baranim, bilirubiną baletnicy bezpruderyjnej! Postanawiam cię zbesztać wyzwiskami na „be“. Ale jakoś mi od tego nie lepiej. Śpisz? Czy myślisz, mamo? Jedno i drugie, ale chyba mi się już nie chce. Porysujemy? Ale co? Może... może czyjś samochód? Mały się krzywi. Nie chce być Wandalem, ani Frankiem, ani Wizygotą. Jeszcze do tego nie dorósł. A może nie ma mojego genu dzikusa, który się nie popdporządkuje. Nigdy, nikomu.
Narysuję drugą wojnę światową. To już mi pachnie lekką obsesją, ale muszę być wyrozumiała, sama mam kilka własnych na stanie. Ale całą? To będzie trudne. Nie wiem, czy ci starczy papieru i kredek. No i to zajmie wiele dni. Jakieś... 476352946438262  roboczogodzin.  W przybliżeniu... Tak? No to policz do nieskończoności, jak jesteś taką mądra! Tak? No to zaczynam! Uważaj. Jeden, dwa...
Do nieskończoności doliczyłam akurat tuż przed tym, jak zrobiliśmy się głodni.
Na kolację flaki z lemura, co ty na to synu? A potem polecimy w kosmos. Chciałbyś? Może nawet lepiej przed kolacją, żebyśmy byli trochę lżejsi. Przecież w kosmosie się nic nie waży, mamo. I wcale nie polecimy. Uśmiechnął się, pokiwał do mnie rozchwianym zębem. Polecimy. I trochę nas nie będzie. Może nawet nie pójdziesz w poniedziałek do przedszkola? Nie prawda, mamo. Nie lecimy w żaden kosmos. No to się zdziwisz, młody.

Mijają nas gwiazdy. Małe i duże. Niektóre mają ramiona jak wielkie ośmiornice i wyciągają macki w stronę naszego statku. Robimy uniki; nie chcemy przepaść na zawsze w ich uściskach, choćby tych najserdeczniejszych. Połykamy kolejne lata świetlne. Mijamy mgławice, galaktyki, łaskoczemy ogon komety. Omijamy skrzętnie czarne dziury. Nikt ich nie łata w kosmosie. Szybko nie wrócimy, to pewne. Coś odkryjemy, a może i sami zostaniemy odkryci? Przez obce cywilizacje i ich floty statków, które będą miały mnóstwo kolorowych światełek i będą wyglądały jak bożonarodzeniowe drzewka. A może nikt, zupełnie nikt się nami nie zainteresuje? I przemierzymy wszechświat nie zauważeni? Tak czy inaczej przepadamy w otchłani Uniwersum. I ani się nam witać, ani żegnać -  jak onegdaj napisał poeta - na jednym z archipelagów rzeczywistości.


środa, 12 listopada 2014

Liściopadowe rozmarzenie (vol.2) monochromy









przed obiektywem: Oliwia
stylizacja: Marzena Deryło, Maura Ładosz

liściopad wpadł w monochromatyczną zadumę, robiąc wszystko i wszystkich na szaro.