piątek, 27 grudnia 2013

SZLACHCIC

W czołgu jest ciasno, w czołgu jest parno, gdy lato na dworze. W czołgu czujemy nawzajem swoje oddechy. Mieszają się między sobą i w końcu już nie wiadomo, który jest czyj. Czy to mój ten krótki, astmatyczny, urywany strachem? Czy ten świszczący pachnący cebulą? A może my już wcale nie oddychamy, może to tylko parujące z nas dusze? Opuszczają nas, bo koniec jest bliski? Spieprzają jak szczury z okrętu, gdy tonie? Czyżby nasze dusze były jak strachliwe gryzonie? Człowiek od dnia narodzin zmaga się ze swoimi niedoskonałościami i chciałby mieć nadzieję, że dusza w nim chociaż przyzwoita. A tu nic z tego. Ma cztery żółte siekacze i długi łysy ogon. Zginiemy w tej blaszanej trumience na gąsienicach, jak nic.
Odwracam się do kolegi i wpatruję mu się w spoconą twarz, długo, bez słowa. Widzę, jak porusza bezgłośnie wargami, wypuszcza z siebie ciąg sylab. Pewnie modlitwa. A przecież miało być zupełnie inaczej, myślę sobie. Miałem takie miłe dzieciństwo. Czas dorastania także wspominam z rozrzewnieniem. Gdy wsadzałem ręce pod sukienki dziewczynom, a one tak pięknie się śmiały. Dotykałem ich miękkiej skóry na pośladkach, piersiach, brzuchach. Dawały robić z sobą wszystko. Gdzie jest teraz ten świat?
Najgorzej, gdy zapada cisza. Kiedy słyszymy nasze ciała nawzajem. Jak bulgoczą, szumią, trzeszczą, coś w nich pstryka. Początkowo wszyscy się śmialiśmy, teraz nas to denerwuje. Dlatego już lepiej, jak do nas strzelają, albo jak my strzelamy do nich. Po pierwsze jest jakieś zajęcie, choć na trochę, po drugie nie myśli się o niczym. Nawet o śmierci. Ważne są wtedy czynności.
Teraz znowu jest cicho. Nie zabili nas wczoraj, w walce. Wyrok odroczono. Na jak długo? Nikt nie wie. Jest czas, by pomyśleć, by wróciły wspomnienia. O dzieciństwie i młodości już mówiłem. Kariera... Zapowiadała się świetnie.
Najpierw szlachtowałem świnie u rzeźnika-sąsiada. Pamiętam, jak mnie przyuczał:
- Zakonotuj sobie, Staszek, krew psuje się znacznie szybciej niż mięso. Dlatego do zbierania krwi zawsze używaj czystych naczyń. Emaliowanych najlepiej. Podczas uboju nie wolno ci palić i jeść. Ręce utrzymuj we wzorowej czystości, paznokcie zawsze krótko obcięte. Na głowie czapka.
Więc stosując się do wszystkich zaleceń mistrza, szlachtowałem te biedne zwierzęta przez kilka lat. Aż zrobiło mi się ich żal, bo niczym nikomu nie zawiniły, i przerzuciłem się na ludzi. Wybierałem tylko podłe charaktery. Funkcjonariusze, którzy nie potrafili mnie złapać, nadali mi przyjemny pseudonim. Szlachcic. Od tego szlachtowania najpewniej. I w gazetach o mnie pisali, choć nie wiedzieli, że to ja, Staszek. Potem przyszła ta cholerna wojna i wsadzili mnie do czołgu. Wszystko się dla mnie skończyło.
Wojny są złe. Wojny wszystko psują. Nie mogliby robić tych czołgów przestronniejszych nieco?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz