piątek, 15 listopada 2013

ZBRODNIA PRAWIE NIEDOSKONAŁA

Wąska uliczka przechodziła w bliźniaczo podobną wąską uliczkę, a ta skręcała w prawo, w kolejną wąską, potem w lewo skos, w prawo vis a vis, w lewo zgrabnym łuczkiem, w prawo ostrym kątem i tak dalej, i tak dalej, aż wszystkie wąskie uliczki się zupełnie poplątały, lecz na końcu plątaniny wąskich uliczek następowało szczęśliwe rozwiązanie i cały ten galimatias kończył się rozległym placem, który dawał szansę na uleczenie rozwijającej się u spacerujących klaustrofobii uliczkowej nabytej, uff. Na środku placu, no, może nieco w lewo od tego środka, dokładnie sześć kroków od punktu centralnego, stał mężczyzna. I patrzył. Na kapelusz spadła kropla, a potem sto sześćdziesiąt osiem następnych podskakiwało na kapeluszowym rondzie jak na trampolinie, rozpryskując się na dziesiątki podkropli. Gdyby było słonecznie, okruchy wody skrzyłyby się w blasku, lecz to był pochmurny dzień... Ponury i mrokiem przyszłych wydarzeń podszyty. Właściciel moknącego kapelusza nosił też długi prochowiec, nie prany już od niepamiętnych czasów, czyli od dnia, w którym zostawiła go żona. Niegdyś przyjemny w dotyku beżowy materiał, zmatowiał, zszarzał, zrobił się szorstki i pokrył się licznymi plamami. Zupełnie jak charakter właściciela płaszcza – podkomisarza Trznadla. W pracy był perfekcjonistą, w życiu nieudacznikiem.
Podkomisarz Trznadel stojąc w deszczu wykonywał czynności operacyjne. Jego wzrok oparł się pewnie o gzyms kamienicy na wschodniej ścianie placu i stąd piął się niezachwianie do parapetu okna na trzecim piętrze, gdzie w mieszkaniu pod numerem osiem mieszkała Ponętna Blondynka. Kobieta go nie interesowała, była tylko elementem prowadzonego śledztwa. Trznadel wiedział, że już niedługo zjawi się u niej Obiekt. Przyjdzie niepostrzeżenie, jakby znikąd. Trznadel rozpozna ten moment, bo w oknie mieszkania Ponętnej Blondynki przygaśnie światło. Obiekt był ostrożny, wiedział, że półmrok doskonale skryje jego sylwetkę na tle ciemnobordowych ścian mieszkania na trzecim piętrze.
Deszcz lał się już strumieniami, takiej ulewy nie było od miesięcy. Plac opustoszał, ale Trznadel postanowił wytrwać na stanowisku. Jeśli dziś się nie uda, jeśli dziś Obiekt mu się wymknie, to wiele tygodni śledztwa pójdzie na marne. Godziny spędzone na obserwacjach, tworzeniu portretu psychologicznego Obiektu, wreszcie mozolnego nagabywania rozlicznych informatorów, by podzielili się swoją wiedzą z organami ścigania... Dziś miał nastąpić finał. Dziś i tylko dziś.
Światło w oknach mieszkania na trzecim piętrze przygasło. Podkomisarz Trznadel ruszył zdecydowanym, sprężystym krokiem, a wchodząc do bramy kamienicy wyciągnął broń. Była odbezpieczona i gotowa do działania, tak jak Trznadel.

Trznadel wpadł do mieszkania na trzecim piętrze razem z drzwiami i framugą. Nie stawiały najmniejszego oporu, podobnie zaskoczony Obiekt, który pogrążył się był w objęciach Ponętnej Blondynki. Podkomisarz Trznadel wymierzył do niego z zaciętą miną, by cel jego gwałtownej wizyty był jasny, przejrzysty i nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
- Jesteś aresztowany. – tę kwestię zawsze wypowiadał powoli, dobitnie, z namaszczeniem.
Ponętna Blondynka osunęła się na podłogę. Obiekt znowu nie stawiał oporu, gdy poczuł na przegubach zimną stal policyjnych obrączek. Nic nie mógł już zrobić.
- Byłeś  cwany, bardzo cwany, ale straciłeś czujność. – Podkomisarz Trznadel aż zmrużył oczy z zadowolenia; triumfował - Myślałeś, że mnie przechytrzyłeś, że zgubiłem twój ślad. A ja po prostu czekałem, aż dopadnie cię ta narcystyczna pewność siebie i przeciągnie całkowicie na moją stronę. To jest mój odwieczny sprzymierzeniec w walce z przestępczością. – podkomisarz Trznadel uśmiechnął się nieznacznie i popchnął Obiekt w stronę drzwi.
- Nie! – krzyknęła w rozpaczy Ponętna Blondynka – Dokąd go pan zabiera?! Za co?!  
Podkomisarz Trznadel odpalił papierosa.
- Czternaście tygodni temu zatrzymany dokonał zuchwałej kradzieży koca z przedziału sypialnianego pociągu relacji Zamość-Gdańsk. – Trznadel wsadził papierosa w zęby, z kieszeni prochowca wyciągnął notes; czytał - Koc w kolorze czerwonym, skład: 60 procent wełna, 30 procent anilana, 10 procent bawełna. Wymiary dwieście na sto pięćdziesiąt centymetrów, waga kilo sześćdziesiąt.  Wyprodukowany w Chinach, rok produkcji 1987. W prawym rogu dwie dziury wypalone papierosem, prawdopodobnie podczas podróży składu w maju 1993 roku, na tej samej trasie.
Trznadel zatrzasnął notes. Obiekt wbił spojrzenie w podłogę. Nie był w stanie spojrzeć w spłakane oczy Ponętnej Blondynki. Wstyd palił mu trzewia. Nie dlatego, że ukradł, ale dlatego że wpadł.

Obiekt nie stawiał oporu przy wyprowadzaniu z mieszkania na trzecim piętrze. Trafił do celi o zaostrzonym rygorze. Ponętna Blondynka przepłakała resztę popołudnia. W sobotę przecież mieli iść na tańce. A w niedzielę na ogródki działkowe. Wszystko marność...


(inspirowane niezwykłymi przygodami P.)

2 komentarze:

  1. Zaraz, zaraz... W 87r. Anilana łódzka jeszcze ciągnęła, ale skąd Chińczycy mieliby tę przędzę? Dostali w ramach reparacji wojennych czy co..?
    Chyba że te koce przychodziły z Chin w częściach, a montaż odbywał się tu, na miejscu..., hmm.
    A Blondyny żal... Licz tu, człowieku, na facetów!

    OdpowiedzUsuń
  2. Sprawa chińska frapująca wielce!

    OdpowiedzUsuń