czwartek, 7 listopada 2013

UDO KOLEGI


Betonowy kościół stał przy ruchliwej ulicy. Trudno będzie go opisać, bo był nijaki. Wybudowany góra trzydzieści lat temu. Bez wyrazu, bez koncepcji, bez emocji. Chyba nie chciano przypodobać się Panu Bogu tą architekturą. Szara masa, która przyjmowała w siebie szarą masę. A na pewno ciemną. Na metalowej wieży, która wyglądała jak wbity w środek kościelnego gmachu wrak samolotu, widniał napis: „Jam jest Zmartwychwstaniem“. Biorąc pod uwagę naprawdę posępną posturę gmachu kościoła, wątpliwe. Ale ponoć wiara czyni cuda.
Przed kościołem stał niski, podłużny budynek. Tak samo szary, jak wszystko dookoła. Na budynku dwa bennery reklamowe: „Usługi pogrzebowe, czynne całą dobę“ oraz Karczma „Paśnik“.
- Wie pani, z czego tam mięso serwują? – mężczyzna w średnim wieku, z którym czas nie obchodził się zbyt łaskawie, patrzył zaczepnie na elegancką kobietę. Wpatrywała się w napisy już dobrych kilka chwil. Była zakłopotana zestawieniem ich treści. Mężczyzna uśmiechnął się dwuznacznie, a na twarzy kobiety pojawiła się odraza. Poczuła mdłości. On nie może mówić poważnie. Mężczyzna zaczął się śmiać, wydawał z siebie ogdłosy warchlaka. Wygląd miał przy tym równie odpychający: mały, cherlawy osobnik o ziemistej cerze. Zapadnięte policzki, krzywy, wielokrotnie łamany nos. Tylko oczy zaskakująco ładne, duże, o głębokim odcieniu turkusu.
- Żartowałem! Normalne serwują, ze świniaka!
Kobieta poczuła ulgę, chociaż przecież nawet przez myśl jej nie przeszło, by wstąpić do „Paśnika“. Zaparkowała akurat tu, bo chciała kupić kwiaty, nic więcej. Zagapiła się, bo zestawienie dwóch bannerów było tak niedorzeczne, że nie można ich było minąć obojętnie, bez refleksji nad kondycją umysłową człowieka, który je tu zainstalował. Kobieta kiwanęła głową i już chciała odejść, ale mężczyzna zastąpił jej drogę. Wbił w nią wzrok, chciał czegoś więcej niż samej zaczepki.
- Ale mój ojciec jadł raz ludzkie mięso. Udo kolegi. Razem je zjedli. To było na wojnie, kolega starego oberwał, noga mu się paprała, gniła czy coś w ten deseń, więc mu ją ucieli. A że straszny głód był, to ją zjedli. Gotowali najpierw kilka godzin, żeby bakcyle z niej wygotować i zjedli. Smakowała ponoć jak stara baranina. Bo z tego kumpla ojca to był zwykły baran!
Mężczyzna parskąnł  głupawym śmiechem. Kobieta pozieleniała na twarzy. Dziś na pewno nic już nie zje. Brzydki mężczyzna spoważniał nagle.
- Pani się mnie boi? Bo jestem synem kanibala?
Kobieta przez chwilę wahała się z odpowiedzią. Wybrać dyplomatyczną czy prawdziwą?
- To pan powinien się mnie bać.
Mężczyzna nie wiedział, czy to żart. Przez kolejne sekundy trawił tę niespodziewaną wiadomość. Kobieta w tym czasie zdążyła go wyminąć i podejść do straganu z kwiatami. Kupiła kilka ciętych gerberów; miały ozdobić stół w jadalni i umilić kolację z mężem.
- Dlaczego mam się pani bać? – usłyszała za sobą głos mężczyzny, gdy zamykała kwiaty w bagażniku auta. Mężczyzna chyba nie był taki głupi, na jakiego wyglądał. – Powiedziała to pani, żeby mnie spławić. Żebym się odczepił. Nie lubi mnie pani.
- Nie znam pana. Czego pan chce? – kobieta miała już dość tej sytuacji.
- Bo jak panią zobaczyłem, jak pani wysiada z tego swojego drogiego samochodziku, jak staje jak wryta, bo się pani te reklamy nie podobają, jak pani blednie, gdy opowiadam pani o prawdziwym życiu, to sobie pomyślałem, że jest mi pani żal. Bo pani nic nie wie, niczego nie doświadczyła i nie ma pojęcia, że w świecie istnieje dobro i zło.
- Oczywiście, że o tym wiem! Co to za bzdury! – irytacja zaczęła brać górę nad wpojoną przez dobre szkoły poprawnością zachowań.
- A potrafi je pani odróżnić?
- Oczywiście, że tak.
Mężczyzna niepostrzeżenie wyjął z kieszeni krótki nóż i szybkim, niezwykle wprawnym ruchem wbił go w serce kobiety.
- To jest dobre czy złe, co teraz pani zrobiłem?
Kobieta nie była w stanie wydać najcichszego dźwięku. Z rany wyciekało jej życie. Miało kolor czerwony, ale taki subtelny, elegancki, nieco buduarowy odcień. Kobieta osunęła się na ziemię. Wzrok stał się zupełnie pusty, bez wyrazu. Mężczyzna wytarł nóż o brudną nogawkę spodni.
- Oczywiście, że to nie było ani dobre, ani złe. To było nijakie. Jak pani życie.

Tego wieczoru, w karczmie „Paśnik“ podawano flaki, befsztyk i znakomitą wątrobę.

4 komentarze:

  1. Serca i płucek zapewne nie serwowano...
    Kolor życia... ciekawe ujęcie tematu. Ale to wywraca do góry nogami wszystko, w co wierzyłam! Przecież w takim razie niebieską krew powinny mieć niebieskie ptaki, a nie jakaś tam arystokracja...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiarę ciagle trzeba wystawiać na próbę podobno, żeby można się było w niej utwierdzać, bądź też skończyć jako innowierca, ewentualnie... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Coś w sam raz w Twoim, kulinarnym klimacie :)

    OdpowiedzUsuń