niedziela, 3 listopada 2013

RUTA ZWYCZAJNA

Rutyna to brzydkie słowo. Jest krótkie. Jakby je postanowić pionowo, to będzie zupełnie niewysokie. Do tego to szerokie „r“, przysadziste „n“ i szerokobiodre „u“. Dobrze, że nie ma opasłego „o“. Los jednak nie jest tak bezwględnie złośliwy, jak powiadają.
Więc Rutyna – nieładnie. Zupełnie. Musimy się z tym zgodzić i wyrazić szczere ubolewanie. Kompletnie nie spełnia oczekiwań naszych oczekiwań. A Jej tak właśnie dali na imię. O, losie…
Jednak znalazła wyjście z tej, na pierwszy rzut oka, sytuacji beznadziejnej. Rutynę skróciła do Ruta. Ruta Zwyczajna. Bo Zwyczajna jej było na nazwisko. No i ładnie.

Kiedy poszła do szkoły na zajęciach z przyrody dowiedziała się, że jest też taka roślina jak ona. Ruta Zwyczajna. Roślina mądra, uzdolniona leczniczo. Pani od przyrody powiedziała jej też, że ta roślina była już znana ludziom w starożytności. Czyli bardzo dużo lat temu. Już wtedy używano jej jako lekartswa. Przynosiła ulgę. Na napięcia. I siusianie. To ją szczególnie rozśmieszyło. W końcu siusianie jest takie śmieszne. Zakryła sobie usta dłonią ze śmiechu. Lubiła się śmiać. Ale miała trochę krzywe zęby. I trochę jej było wstyd. Tej Rucie Zwyczajnej.

Ta roślina, jak przeczytała potem w mądrej książce w domu, co się nazywa tak samo jak ona, Ruta Zwyczajna, potrafi trochę obniżyć ciśnienie krwi. Dzięki zmniejszeniu oporów w drobnych naczyniach usprawnia się nieco krążenie obwodowe. Niezwykłe. Zamknęła oczy. Chciała to sobie jakoś wyobrazić. Ale jak może wyglądać krążenie obwodowe? Mając siedem lat, trudno ze swobodą rozprawiać o takich sprawach. A co dopiero je sobie rysować w głowie myślami! No trudno.

Zjadła kolację i zabrała tę mądrą książkę do łóżka. Chciała wiedzieć o Rucie Zwyczajnej jak najwięcej. Przeczytała, że ta roślina jest uprawiana na rabatach i może tworzyć niskie żywopłoty. Jest mrozoodporna i suszy się ją w miejscch przewiewnych. Czyli u nich na strychu byłoby dobrze…
Potem mądra książka pouczyła ją, że Ruta Zwyczajna rośnie w Europie południowo-wschodniej i wschodniej, ale zadomowiła się także na afrykańskim wybrzeżu Morza Śródziemnego… Afryka, daleka, ciepła. Ktoś ją w ogóle widział? Istnieje? Miała wątpliwości. Nikt, kogo znała, nie zapuścił się dalej, niż do tego dużego miasta, do którego jechało się pekaesem. Afryka. To musi być ciekawe miejsce. „F“ wysokie jak żyrafia szyja. Postawne „A“. No i to „K“. Takie… zawadiackie…

Gdy zasypiała pod powiekami malowały się niesamowite obrazy. Z dalekich krain, czyichś wspomnień, odwiecznych pragnień poznania niepoznanego.  Czy pekaesem dałoby się dojechać aż do Afryki? Musi zapytać pana kierowcę któregoś dnia.

Rano do pokoju przez uchylone okno wpadł pierwszy promyk słońca. Potem drugi. Rozchyliła powieki. Nie zaraz… przecież… jeszcze wczoraj w tym miejscu… był nos. Wiedziała to niemal na pewno, bo przebywał tam od zawsze. Od siedmiu lat.  Gdy zamykała jedno oko, mogła go sobie obejrzeć, ale tylko z jednej strony. Żeby zobaczyć drugą, musiała przymknąć drugie oko, a otworzyć to pierwsze. Zawsze działało. Ale teraz… Chciała podnieść rękę, żeby dotknąć nosa, ręką sprawdzić, co się z nim dzieje, ale zamiast ręki zobaczyła łodygę, zamiast palców rozczapierzone listki. Podniosła się, odwróciła głowę w stronę lustra. Powoli, ostrożnie. W szkle odbijał się kwiat. Żółty z zielonymi listkami. Ruta Zwyczajna. Niby ta sama - Rutyna, a jednak… zupełnie inna niż zwykle.

Co ja teraz powiem rodzicom? Pomyślała sobie. A pani od przyrody? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz