sobota, 19 października 2013

ZBIÓR SKOŃCZONEJ MOCY


Miły panie Bolesławie,

gdy się idzie po linie 3458 i pół metra nad poziomem morza, ziemi i zwykłej ostrożności, nic nie wydaje się ważne. Ani zajmujące nawet. Od dawna już przecież patrzyłam na wszystko z góry, Pan to wie, jak nikt inny. I to wcale nie chodzi o to, że mam innych za nic. Ja po prostu nie mogę patrzeć w tym samym kierunku, co reszta. Oczy mnie szczypią. I dusza. Perspektywa z góry na dół jest dla mnie odpowiedniejsza. A i zauważyć mnie trudniej na tych wysokościach. Tylko czasem tak na serio się martwię, co będzie, jak jednak spadnę? Siła przyciągania zrobi ze mnie miazgę. Złamie mi wszystkie kości, serce i charakter. 
Panie Bolesławie, czy Pan sobie wyobraża, jak trudno jest tu dostać znaczek na list? I to jeszcze na polecony priorytet. Bo chce się mieć pewność niezachwianą, a chwianie na tej wysokości grozi nieciekawymi konsekwencjami z punktu widzenia fizyki i psychologii, że list dotrze w Pańskie, i tylko Pańskie, ręce! Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby list przechwyciła Pana małżonka, lub któreś z dzieci wciąż jeszcze małoletnich, ale w sztuce czytania już biegłych! Naraziłoby to Pana na skandal obyczajowy, który odbiłby się echem od wszystkich mieszczańskich ścian salonów w naszym mieście. Do mnie te echa by z pewnością nie dotarły, za wysoko, ale Pan i Pańska reputacja bylibyście skończeni jak zbiór skończonej mocy. Matematyka nigdy nie była moją mocną stroną, jednak potrafię dodać dwa do dwóch, choć tlenu na tej wysokości jakby mniej i rzadziej rozkłada się w przestrzeni. Moje płuca i krwiobieg powoli przywykły już do tych warunków; Pan wie, że nie wracam. Zostawiłam wszystko bez żalu, no może oprócz psa. To stary bernardyn, poznał go Pan jednego razu, pamięta Pan?, zapewniłam mu odpowiednią opiekę, ale jakoś nie śmiałam spojrzeć w oczy przed ostatecznym wyjściem z domu. Nie powiedziałam mu, że to już koniec. No i po co mi te liny. Ani jednej sylaby, że więcej swojej pani nie zobaczy. Organicznie nie znoszę pożegnań, rozumie Pan?  
Mam nadzieję, że to Pana w żaden sposób nie urazi, ale Pan i mój bernardyn macie takie same zimne nosy. Znaczy nosy macie inne, ale chłód na ich czubku dokładnie taki sam. Łaskotał mnie Pan tym chłodem, gdy całował mnie Pan po szyi. Denerwował wtedy Pana mój głupkowaty chichot, wiem, ale podniecenie zawsze brało górę nad irytacją. Kochaliśmy się tak wiele razy w tajemnicy przed światem, a mimo to nigdy nie przeszliśmy na „ty“. Nie chciałam Pana dopuścić aż tak blisko. Nie chcę być dla Pana żadnym „ty“. Zbyt pospolicie.
Przypomniało mi się, że jak się spotkaliśmy pierwszy raz, to był Pan bardzo rozzłoszczony. Zwróciłam Panu uwagę, że oddawanie moczu w bramie, w której bawią się dzieci, jest co najmniej niehigieniczne. Ale Pan miał przecież przeziębiony pęcherz. Wtedy nie wydało mi się to żadną okolicznością łagodzącą, wręcz przeciwnie, pogrążało to Pana w moich oczach. Bo w końcu jak się jest chorym, to się człowiek nie szlaja po bramach, prawda? Ale teraz już tak na to nie patrzę. Jestem wdzęczna losowi, że przeziębił Panu ten pęcherz. Inaczej byśmy na siebie nie wpadli. I tak długo wahał się Pan, zanim zaczęliśmy się spotykać. I po co były te nerwy?
Będę już kończyć powoli, bo ręce grabieją mi z zimna, a do tego ciężko jest się skupić na sensownym pisaniu, gdy jednak jestem te 3458 i pół metra nad ziemią. I słów tu na górze mniej; większość tych, które znam, ma lęk wysokości. Wolały zostać na dole. Na przykład „kocham cię“ i „kup masło, bo potrzebuję do ciasta“. Właśnie! Nigdy nie spróbował Pan mojego przysmaku! Białego sera z majonezem! Niech mi Pan obieca, że Pan to zrobi chociaż raz, zanim Pan umrze kiedyś tam, dobrze?
A zatem więcej już nie napiszę. Dyndam, szwendam, włóczę się nad ziemią. Moje życie to cienka linia nad przepaścią. Przecina niebo. Wysoko, wysoko. Jak Pan zmruży oczy, to może mnie Pan zobaczy. Ja pomacham, ale Pan nie musi. A jeśli jednak spadnę, to niech mnie Pan nie łapie, broń Boże. Tylko podłoży mi poduszkę.

z wyrazami wdzięczności za najpiękniejszy romans na powierzchni ziemi
Celina.


2 komentarze:

  1. Chwila, chwila...! Coś mi się tu nie zgadza! Nie da się pisać listu na wysokościach, bo ręce są zajęte - trzeba dźwigać jakąś dzidę, albo inny dyszel, żeby utrzymać równowagę... Widziałam w telewizji. Mamy tu więc sytuację wyraźnie konfliktową, i nie jest to bynajmniej konflikt metafizyczny, a taki zwyczajny, przy...ziemny..., przylinny! Na-linny, psiakrew!
    PS. Uwielbiam biały ser z majonezem, solą i pieprzem:)

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Celina dzięki właściwej diecie może wszystko, a nawet więcej!

    OdpowiedzUsuń