środa, 2 października 2013

POSZEDŁEM.


Bo wszyscy ode mnie poszli. Przyjechał taki jeden, mówił z południowym akcentem. Ładnie mówił. Więc nas przekonał. Dostaliśmy jakieś pieniądze, ale to chyba nie o to chodziło. Po prostu. Uznaliśmy, że musimy pójść. Znaczy… tak to zapamiętałem.
Wiedziałem, że to nie będzie zabawa. Chociaż może trochę… Nikt nie ma takiej wyobraźni, żeby to sobie wyobrazić. Nawet ten… taki rudy, od nas. Najbystrzejszy był w klasie. Znaczy mądry. Dużo czytał i sporo wiedział. Interesował się geografią, pisał opowiadania. Miał wyobraźnię, ale nawet on, by tego nie wymyślił. A to się po prostu stało. I wciąż się dzieje. We mnie. Pod powiekami.
Wiedziałem, że chodzi o zabijanie. Wiedziałem, że będę musiał zabijać. Wszystkich. Czasem nawet… Nie chcę kończyć tego zdania.
Trudno to sobie wyobrazić, że krew jest aż taka gęsta, kiedy tak zimo. Gęsta jak zupa. I ciepła. Nie raz ogrzała mi dłonie. Jej dotyk jest przyjemny. Jak dotyk matki.  Kiedy patrzysz w oczy konającego i on już wie, że ty wiesz, że jesteś ostatnim człowiekiem na Ziemi, któremu spojrzy w źrenice, w te czarne punkty przepowiadające jego prywatną wieczność, nie słyszysz już jego jęków, nie widzisz bólu, zapach cierpienia nie drażni już nozdrzy. Czujesz ulgę. Tylko to. Bo jego strach i jego męka odpływa właśnie tam, gdzie nic już nie ma. W otwór twojej źrenicy. Od teraz jest już cząstką ciebie… Mam ich w sobie zbyt wielu. 
Nie wiedziałem, że człowiek to jest tak naprawdę zbiornik. Na płyny, jedzenie i strach. W pewnym momencie kończy się człowiek, podmiot ludzki, a zaczyna fizjologia. Instynkt. Natura. Staje się tym, w co oberwał. Wątrobą, jelitem, barkiem, urwaną nogą, głową. Kości łamią się jak wykałaczki. Jest tylko mięsem.
Więc miałem zabijać, ale los ze mnie zadrwił. Okrutnie. Nie zabijałem… To jest łatwiejsze. Miałem ratować. Ocalać. Wskrzeszać. Opiekować się nimi. Na ramieniu miałem opaskę z czerwonym krzyżykiem. W sercu tylko jedno błaganie: niech to się skończy, niech to się skończy, niech to się skończy…  
Ale to się nie kończy. Wojny kończą się na papierze, w książkach do historii, w prasie. Ale żyją w ludziach jak larwy i z czasem się wykluwają. A wtedy znowu zjawia się ktoś z południowym akcentem, ładnie mówi i przekonuje.
I znowu pachnie krwią i patrzysz w gasnące źrenice.
W czarne, gasnące źrenice.
Wieczności. 

2 komentarze:

  1. nie mogę przestać się nadziwić
    - że to blog, a nie opowiadania z wydanych już książek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim marzeniem jest prawdziwa publikacja. Może kiedyś tak się stanie. Po raz kolejny dziękuję za miłe słowa.

    OdpowiedzUsuń