środa, 23 października 2013

DROGĄ NA SZCZYT


Do szczytu prowadziła już tylko wąska ścieżka. Ścieżynka właściwie. Z gatunku tych nadmiernie odchudzonych. Taka anorektyczka zupełna. Szłyśmy zatem gęsiego. Ja i moja dusza. Normalnie to siedziałaby mi na ramieniu, jak tresowana papuga. Ale na to nie było tu miejsca. Musiała iść za mną, pozostając trochę z tyłu.
Nóżki ma krótkie i nie nadążała. Przystawałam na moment zniecierpliwiona, żeby na nią zaczekać. Musi wszędzie za mną łazić? Duszę, podobnie jak matkę, ma się tylko jedną. Wiem, wiem. Jak się ją zgubi, albo zaprzeda, to koniec. Drugiej nie będzie. Tak mówią.
Od czasu do czasu robiłyśmy sobie krótkie przerwy w tym marszu na szczyt. Trzeba było się posilić. Ja jadłam kanapki, dusza strawę duchową. Nie wiem, co to było dokładnie, ale po posiłku robiła się taka rumiana. Za dużo karotenu moim zdaniem. 
-       Co zobaczymy na szczycie? – zapytała mnie na którymś postoju.
-       Sama jestem ciekawa. W folderze zachwalali widoki. Musi być pięknie, a jak nie, to oddadzą nam pieniądze, sukinsyny. – zapewniłam ją.
-       Mamy taki punkt w umowie?
-       Mamy. Reklamację zawsze można złożyć. Mogą jej nie uznać, ale będziemy się odwoływać w razie czego.
Na kolejnym przystanku powiedziała, że bolą ją nogi.
-       Oj, bo ty się w ogóle nie ruszasz na co dzień. Mało. Prawie nic! – ofuknęłam ją.
Nic nie powiedziała. Było jej przykro. Czy ona musi być taka wrażliwa?
-       Siedzisz mi tylko na ramieniu i się boisz, boiduszo. A potem narzekasz, że cię boli.
Trochę się na nią zdenerwowałam, szczerze mówiąc. Mam ją od urodzenia, a ona mnie. Już by się mogła przyzwyczaić, że ja nie lubię, jak ktoś narzeka.
-       Daleko jeszcze? – zapiszczała na zakręcie. – Muszę siusiu.
-       Co za bzdura! Dusze nie robią siku.
-       Robią. Bo piją. To muszą potem siusiu.
Faktycznie. Jest w tym jakaś logika.
-       To idź w krzaki.
-       Ale ja się boję. Pójdziesz ze mną?
Chyba ją zabiję. Przeszło mi przez myśl. I będę miała ją z głowy. Ale jak tu zabić duszę nieśmiertelną?
-       Dobra. Pójdę z tobą.
Nie pytajcie mnie, jak wygląda dusza, która robi siusiu. Wygląda zwyczajnie. Jeśli to dusza męska, to siusia na stojąco, jeśli żeńska to kuca. Po prostu.
-       Bardzo cię proszę, już bez żadnych ekscesów, dobra? Idziemy prosto na szczyt. Nie jemy, nie sikamy.
-       A może zrobimy rachunek sumienia? Kto wie, co nas czeka na tym szczycie?
Nie wytrzymałam. Jaki rachunek sumienia?! Ja już nie mam sumienia od lat! Pozbyłam się go, bo mnie wnerwiało, tak jak ona! Więc ją walnęłam. Nie tak znowu mocno. Tak mi się zdawało. Czyżbym była taka silna? Pomyślałam z podziwem sama o sobie.
Dusza nie jest jednak nieśmiertelna. Nie dajcie się zwieść. To bujda.
A ja… cóż. Od lat nie mam już sumienia, od niedawna jestem bezduszna, a mój Anioł Stróż gdzieś mi się zgubił, sierota. I dobrze. Przeszkadzało mi to całe w towarzystwo w moich pieszych wędrówkach. A poza tym za dużo jadło. Kto to utrzyma? Kogo stać na takie luksusy? 

sobota, 19 października 2013

ZBIÓR SKOŃCZONEJ MOCY


Miły panie Bolesławie,

gdy się idzie po linie 3458 i pół metra nad poziomem morza, ziemi i zwykłej ostrożności, nic nie wydaje się ważne. Ani zajmujące nawet. Od dawna już przecież patrzyłam na wszystko z góry, Pan to wie, jak nikt inny. I to wcale nie chodzi o to, że mam innych za nic. Ja po prostu nie mogę patrzeć w tym samym kierunku, co reszta. Oczy mnie szczypią. I dusza. Perspektywa z góry na dół jest dla mnie odpowiedniejsza. A i zauważyć mnie trudniej na tych wysokościach. Tylko czasem tak na serio się martwię, co będzie, jak jednak spadnę? Siła przyciągania zrobi ze mnie miazgę. Złamie mi wszystkie kości, serce i charakter. 
Panie Bolesławie, czy Pan sobie wyobraża, jak trudno jest tu dostać znaczek na list? I to jeszcze na polecony priorytet. Bo chce się mieć pewność niezachwianą, a chwianie na tej wysokości grozi nieciekawymi konsekwencjami z punktu widzenia fizyki i psychologii, że list dotrze w Pańskie, i tylko Pańskie, ręce! Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby list przechwyciła Pana małżonka, lub któreś z dzieci wciąż jeszcze małoletnich, ale w sztuce czytania już biegłych! Naraziłoby to Pana na skandal obyczajowy, który odbiłby się echem od wszystkich mieszczańskich ścian salonów w naszym mieście. Do mnie te echa by z pewnością nie dotarły, za wysoko, ale Pan i Pańska reputacja bylibyście skończeni jak zbiór skończonej mocy. Matematyka nigdy nie była moją mocną stroną, jednak potrafię dodać dwa do dwóch, choć tlenu na tej wysokości jakby mniej i rzadziej rozkłada się w przestrzeni. Moje płuca i krwiobieg powoli przywykły już do tych warunków; Pan wie, że nie wracam. Zostawiłam wszystko bez żalu, no może oprócz psa. To stary bernardyn, poznał go Pan jednego razu, pamięta Pan?, zapewniłam mu odpowiednią opiekę, ale jakoś nie śmiałam spojrzeć w oczy przed ostatecznym wyjściem z domu. Nie powiedziałam mu, że to już koniec. No i po co mi te liny. Ani jednej sylaby, że więcej swojej pani nie zobaczy. Organicznie nie znoszę pożegnań, rozumie Pan?  
Mam nadzieję, że to Pana w żaden sposób nie urazi, ale Pan i mój bernardyn macie takie same zimne nosy. Znaczy nosy macie inne, ale chłód na ich czubku dokładnie taki sam. Łaskotał mnie Pan tym chłodem, gdy całował mnie Pan po szyi. Denerwował wtedy Pana mój głupkowaty chichot, wiem, ale podniecenie zawsze brało górę nad irytacją. Kochaliśmy się tak wiele razy w tajemnicy przed światem, a mimo to nigdy nie przeszliśmy na „ty“. Nie chciałam Pana dopuścić aż tak blisko. Nie chcę być dla Pana żadnym „ty“. Zbyt pospolicie.
Przypomniało mi się, że jak się spotkaliśmy pierwszy raz, to był Pan bardzo rozzłoszczony. Zwróciłam Panu uwagę, że oddawanie moczu w bramie, w której bawią się dzieci, jest co najmniej niehigieniczne. Ale Pan miał przecież przeziębiony pęcherz. Wtedy nie wydało mi się to żadną okolicznością łagodzącą, wręcz przeciwnie, pogrążało to Pana w moich oczach. Bo w końcu jak się jest chorym, to się człowiek nie szlaja po bramach, prawda? Ale teraz już tak na to nie patrzę. Jestem wdzęczna losowi, że przeziębił Panu ten pęcherz. Inaczej byśmy na siebie nie wpadli. I tak długo wahał się Pan, zanim zaczęliśmy się spotykać. I po co były te nerwy?
Będę już kończyć powoli, bo ręce grabieją mi z zimna, a do tego ciężko jest się skupić na sensownym pisaniu, gdy jednak jestem te 3458 i pół metra nad ziemią. I słów tu na górze mniej; większość tych, które znam, ma lęk wysokości. Wolały zostać na dole. Na przykład „kocham cię“ i „kup masło, bo potrzebuję do ciasta“. Właśnie! Nigdy nie spróbował Pan mojego przysmaku! Białego sera z majonezem! Niech mi Pan obieca, że Pan to zrobi chociaż raz, zanim Pan umrze kiedyś tam, dobrze?
A zatem więcej już nie napiszę. Dyndam, szwendam, włóczę się nad ziemią. Moje życie to cienka linia nad przepaścią. Przecina niebo. Wysoko, wysoko. Jak Pan zmruży oczy, to może mnie Pan zobaczy. Ja pomacham, ale Pan nie musi. A jeśli jednak spadnę, to niech mnie Pan nie łapie, broń Boże. Tylko podłoży mi poduszkę.

z wyrazami wdzięczności za najpiękniejszy romans na powierzchni ziemi
Celina.


środa, 2 października 2013

POSZEDŁEM.


Bo wszyscy ode mnie poszli. Przyjechał taki jeden, mówił z południowym akcentem. Ładnie mówił. Więc nas przekonał. Dostaliśmy jakieś pieniądze, ale to chyba nie o to chodziło. Po prostu. Uznaliśmy, że musimy pójść. Znaczy… tak to zapamiętałem.
Wiedziałem, że to nie będzie zabawa. Chociaż może trochę… Nikt nie ma takiej wyobraźni, żeby to sobie wyobrazić. Nawet ten… taki rudy, od nas. Najbystrzejszy był w klasie. Znaczy mądry. Dużo czytał i sporo wiedział. Interesował się geografią, pisał opowiadania. Miał wyobraźnię, ale nawet on, by tego nie wymyślił. A to się po prostu stało. I wciąż się dzieje. We mnie. Pod powiekami.
Wiedziałem, że chodzi o zabijanie. Wiedziałem, że będę musiał zabijać. Wszystkich. Czasem nawet… Nie chcę kończyć tego zdania.
Trudno to sobie wyobrazić, że krew jest aż taka gęsta, kiedy tak zimo. Gęsta jak zupa. I ciepła. Nie raz ogrzała mi dłonie. Jej dotyk jest przyjemny. Jak dotyk matki.  Kiedy patrzysz w oczy konającego i on już wie, że ty wiesz, że jesteś ostatnim człowiekiem na Ziemi, któremu spojrzy w źrenice, w te czarne punkty przepowiadające jego prywatną wieczność, nie słyszysz już jego jęków, nie widzisz bólu, zapach cierpienia nie drażni już nozdrzy. Czujesz ulgę. Tylko to. Bo jego strach i jego męka odpływa właśnie tam, gdzie nic już nie ma. W otwór twojej źrenicy. Od teraz jest już cząstką ciebie… Mam ich w sobie zbyt wielu. 
Nie wiedziałem, że człowiek to jest tak naprawdę zbiornik. Na płyny, jedzenie i strach. W pewnym momencie kończy się człowiek, podmiot ludzki, a zaczyna fizjologia. Instynkt. Natura. Staje się tym, w co oberwał. Wątrobą, jelitem, barkiem, urwaną nogą, głową. Kości łamią się jak wykałaczki. Jest tylko mięsem.
Więc miałem zabijać, ale los ze mnie zadrwił. Okrutnie. Nie zabijałem… To jest łatwiejsze. Miałem ratować. Ocalać. Wskrzeszać. Opiekować się nimi. Na ramieniu miałem opaskę z czerwonym krzyżykiem. W sercu tylko jedno błaganie: niech to się skończy, niech to się skończy, niech to się skończy…  
Ale to się nie kończy. Wojny kończą się na papierze, w książkach do historii, w prasie. Ale żyją w ludziach jak larwy i z czasem się wykluwają. A wtedy znowu zjawia się ktoś z południowym akcentem, ładnie mówi i przekonuje.
I znowu pachnie krwią i patrzysz w gasnące źrenice.
W czarne, gasnące źrenice.
Wieczności.