wtorek, 17 września 2013

NIECH ŻYJE!


Byłem szują. To prawda. Przez całe swoje życie. Ale byłem i jeszcze jestem, bo ciągle jeszcze jestem, prawdziwy. Dla mnie autentyczność jest jednak wartością. Życie w zgodzie ze sobą. Bo w gruncie rzeczy zawsze chciałem dobrze. Mówiłem rzeczy nieprzyjemne, ale w dobrym celu. Chciałem otworzyć wszystkim oczy. Chciejcie chcieć. Reszta nie ma żadnego sensu. Za dwie godziny umieram, ale zanim to nastąpi, coś chciałbym jeszcze powiedzieć.

Pewnego lata spacerowałem promenadą jakiegoś nadmorskiego kurortu. Już nie pamiętam, czy byłem mężczyzną w sile wieku, czy raczej chyliłem się ku ziemi, do której, od któregoś momentu, przyciąga nas siła umierania. To nie istotne. Było dość parno, pora popołudniowa, w powietrzu nieznośny zapach olejków do opalania, noszonych na ciele od samego rana, potu, duszących perfum, piwa, starego, smażonego oleju, przypalonego jedzenia i, Bóg raczy wiedzieć, czego jeszcze. Na środku deptaka odbywał się jakiś występ. Nic nadzwyczajnego. Ktoś tam podrygiwał, nazywając to tańcem, ktoś coś na ten temat mówił wszem i wobec. Było to tak fascynujące jak proces obróbki skrawaniem. Ale dość szybko zebrał się wokół tegoż wydarzenia tłumek ludzi. Opasał to ciasną wstęgą. Wieniec. Skojarzyło mi się ze śmiercią i słusznie. Bo wtedy dobitnie zdałem sobie z czegoś sprawę: moje przekonania umarły. Być może zawsze były tylko ułudą, ale teraz ułudą martwą. Co to za przekonania? Że ludzie pragną piękna, harmonii, zachwytu nad ulotnością, poezją chwili, cholera, czymś wyjątkowym. Błąd, dwója, siadaj, kretynie.
Młodzi robili swoje, muzyka grała, tłum klaskał rytmicznie, ale nie do rytmu zupełnie, chłopak opowiadał nieśmieszne bzdety, a ja mijałem to całe przedsięwzięcie z poczuciem wstydu za nich wszystkich. Tym ludziom było wszystko jedno, co oklaskują. Z tą samą obojętnością lub bezmyślnym zachwytem oglądaliby zbiorową lewatywę lub pielenie zagonu kapusty głowiastej. Ale za chwilę dopadła mnie też myśl ważniejsza. Że tylko ja widzę to, co się tu dzieje. A skoro tylko ja to widzę, w tak porażającej jednoosobowej mniejszości, to statystycznie jest to błąd! To oni mają rację, a nie ja. To ja muszę przemyśleć wszystko od początku. To ja jestem po tej niewłaściwej stronie. Nawrócenie potrzebne od zaraz! Chyba jednak nie skorzystam. Jak z publicznej toalety w epidemię sraczki.
Albo nie. Wróć. I wróciłem. Stanąłem przed nimi niczym mesjasz. Powiedziałem im, co o tym wszystkim myślę, poradziłem, żeby natychmiast się otrząsnęli. Przejrzeli na oczy. Zawrócili z tej drogi donikąd. Po prostu się opamiętali.
Chciejcie chcieć czegoś więcej, obudźcie się! Przecież to gówno, nawet nie zawinięte w lśniacy papierek. Ci chłopcy, co tak marnie tu występują przed wami, są młodzi, można im wybaczyć, chociaż właściwie to jednak nie! Na dodatek od trzech dni w muszli koncertowej wyje ten sam pan Stefan, który ma osiemset lat i ktoś mu wmówił, że ludzie chcą go słuchać. Ciekawe. W repertuarze sprzed epoki brązu?! I pewnie mu nawet nie płacą, bo to zaszczyt występować przed taką tłuszczą jak wy!
I... stało się... Dostałem największe lanie w swoim życiu. Ze szpitala nie wychodziłem dwa miesiące. Złamałem podstawę czaszki oraz podstawową zasadę życiową. Nie sądź innych swoją miarą. Niczego mnie to jednak nie nauczyło. Życie nigdy niczego mnie nie uczyło.

Do tego kurortu wracałem czasem, ale nigdy w porze turystycznej stonki. O ileż piękniejszy jest w te dni! Odzyskuje swój właściwy zapach, odradza się w pustce. Powraca rytm zatokowy jak u pacjenta po zapaści. Dla nich wszystkich staje się nudny, nieciekawy. Nikogo nie interesuje ta jego prawdziwa twarz. W ogóle nikogo nie interesuje prawdziwość. Tak też było z moją przyrodnią siostrą.
Teraz mogę już z niej szydzić otwarcie, bo zmarła biedaczka. Tak, zgadza się. Zasadę, że o zmarłych mówi się dobrze, lub wcale, wsadziłem sobie już dawno głęboko w dupę. Czego i państwu życzę. Jak ktoś był szują, to niby śmierć mu to wybacza? Jest jakąś nadzwyczają okolicznością łagodzącą, w obliczu której trzeba to puścić w niepamięć i powiedzieć, no cóż, umarł, wielka szkoda, ale jaki był zacny, jaki zacny! I po co tak łżeć okrutnie? Lukrujmy dalej to zakłamanie. Znaczy wy to róbcie. Mój pociąg odjeżdża za niecałe dwie godziny. Mam nadzieję, że powiecie o mnie wtedy prawdę. Że będzie was na nią stać. Chyba, że codzienna hipokryzja każe wam zapomnieć, jaki ze mnie był łajdak. 
Wracając do siostry nieboraczki, była ofiarą operacji plastycznych. Chciała upodobnić się do kasztanki Piłsudskiego, bo mąż miał obsesję. I na punkcie kasztanki i na punkcie Piłsudskiego. Namiętnie przywoływał jego ducha... Pewnego dnia na szczęście sam go wyzionął. Umniejszył grono kretynów żyjących, zasilił zmarłych. To ostatnie zdanie, to fragment nekrologu, który zamieściłem w prasie lokalnej po śmierci szwagra. Jak Boga kocham. Siostra nie odzywała się za to do mnie przez pięć lat. Chwalę sobie ten okres niezmiernie. Po owych pięciu latach umarła. Milczenie przedłużyło się w sposób naturalny zatem. Zawsze wierzyłem w potęgę i mądrość natury.

Więc odchodzę, proszę państwa zgromadzonych tu i ówdzie, w sposób nieodwracalny. Za niespełna dwie godziny odgrywam rolę życia. Przed samym sobą. Wcielam się w ponurego drwala. Nie, nie żniwiarza, jeszcze wiem, co mówię, na Boga! Drwala. Zetnę drzewo swojego życia toczonego próchnem choroby. Pożegnam się na wieki, wieków, ale jeszcze chwila. Jeszcze chwila. Jeszcze chwila.



sobota, 7 września 2013

STRACONY WĄTEK


W Departamencie do Spraw Odzyskiwania Straconych Wątków pracował już długo. Przychodził codziennie do pracy na ósmą i od progu zadawał sobie to samo pytanie – ale o co tu chodzi? W którym miejscu straciłem wątek? A tymczasem wątek stracił się sam. A oto jak do tego doszło:

-Dzień dobry, panu… - usłyszał pewnego lipcowego dnia, gdy właśnie przełykał ostatni kęs śniadaniowej bułki. Właścicielka owego „dzień dobry“ była przeciętnie wyglądającą kobietą, ale miała w sobie coś… to coś. Nieuchwytne, nienazywalne, ledwie widoczne. On zauważył.
- Chciałabym wiedzieć, co będzie dalej… Pomoże mi pan?
- Momencik… - przełknął – proszę wejść do środka, dobrze? – bo stała w progu.
Kobieta przyjęła urzędnicze zaproszenie. Poczuł subtelny zapach perfum. A może to nie były perfumy? Są podobno ludzie, którzy z natury ładnie pachną.
- Zapytać? – zawahał się – Może nie. Pomyśli jeszcze, że się wtrącam.
- Co to za wątek? Co chce pani wiedzieć? – słowa wydobyły mu się tym razem z gardła. Był to ton służbowy, umiarkowanie miły, nienachalny, zwykły. Jak ich uczono na kursie, zanim podjął tę pracę piętnaście lat temu. Od tamtej pory szkolenia niewiele się zmieniły. Wiedział to, bo musiał je odnawiać co trzy lata.
- Chciałabym wiedzieć, co będzie dalej z moim życiem? Bo straciłam wątek…– powiedziała cicho, zawstydzona.
Popatrzył na nią z lekkim uśmiechem.
- Niech się pani nie zawstydza. Codziennie słyszę to pytanie. Spokojnie. Zaraz sprawdzę i pani powiem, dobrze?
Kobieta lekko skinęła głową i przygryzła dolną wargę. Pewnie często tak robi, jak się niepokoi. On postukał w klawisze. Zadał kilka rutynowych pytań. Palce zabębniły w klawiaturę. Po chwili już wiedział. Spojrzał na kobietę. Ona czekała w niepewności. On tylko uśmiechnął się do niej lekko zawstydzony.
- Zostanie pani moją żoną. A potem zamieszkamy razem. Będziemy mieć pelargonie i psa. A potem dwójkę dzieci.
Kobieta patrzyła na niego zdumiona. On też czuł się raczej nieswojo. Dziwnie tak spotykać swoje przeznaczenie.
- Ale ja już mam męża. I jestem z nim umiarkowanie szczęśliwa. – usłyszał.
Spojrzał na nią, potem jeszcze raz na monitor.
- Oj, najmocniej panią przepraszam, błąd systemu, wirus. Zaraz to naprawię.
Przeprowadził operację jeszcze raz. Teraz dostał właściwe dane.
- Za trzy dni w pani domu wybuchnie pożar. Straci pani wszystko. Męża też. Będzie pani tak nieszczęśliwa, że straci pani wątek. Tym razem już kompletnie i nieodwracalnie. Nawet my nie będziemy pani w stanie pomóc.
- To straszne… I nic się nie da z tym zrobić?
- Przepraszam panią najmocniej, ale z czym? Bo zdaje się, że straciłem wątek… – oznajmił i zaraz potem oblał się rumieńcem wstydu.