czwartek, 29 sierpnia 2013

GŁOS DAMSKI, GŁOS MĘSKI


Telefonistka, o nadzwyczajnie wręcz wypielęgnowanych dłoniach, odebrała kolejną rozmowę. Palec zakończony w szpic niebieskim paznokciem, w odcieniu rozgniewanego nieba, nacisnął guzik i już dwa głosy z dwóch różnych stron kraju płynęły ku sobie wartkim nurtem rozmowy, naszpikowanej pretensjami wzajemnymi. Głos damski wyrzucał męskiemu, że złamał mu serce. Głos męski tłumaczył cierpliwie, że złamał sobie nogę. Stąd to serce potem złamał, bo na złamanej nodzie do miłości dojść trudno. Do toalety to już problem! Głos damski chciał znać wszystkie szczegóły złamania kończyny dolnej, oraz okoliczności, by wyrok wydany na właściciela głosu męskiego i złamanej nogi ewentualnie trochę złagodzić, lub też przeciwnie – strącić go w otchłań nienawiści i zawiedzionych nadziei. Sytuacja była patowa, choć męski głos brzmiał szczerze i przekonująco, to telefonistka jednak poczuła solidarność względem głosu damskiego. Już ona dobrze wie, do czego te tenory, barytony i basy są zdolne! Znaczy... teoretycznie. Po piętnastu minutach rozmowa się skończyła ogólną niezgodą i fochem. „Przyjadę“ powiedział głos męski. „Obejdzie się“ odfuknął damski. Więc na czym stanęło? Na niczym? Nogę pewnie da się wyleczeć, choć paskudnie złamana z tego, co mówił głos męski. Ale to serce... Telefonistka tylko cmoknęła bez przekonania. Wątpliwa sprawa. Sama takich problemów nie doświadczała, gdyż od lat uprawiała miłość własną. Odcienie miała subtelne, nagłe porywy cudzych namiętności jej nie groziły i łatwa była w utrzymaniu. Higieniczna, bezstresowa i spełniona. A najważniejsze, że zawsze pod ręką! I to jaką. Telefonistka była dumna ze swoich dłoni. Dogadzała im na różne sposoby. Maseczki, manicury, masaże. Gdy jej ciało strawi już śmierć, gdy przyjdzie jej tańczyć danse macabre gdzieś w zaświatach dalekich, to tylko jednego będzie jej żal. Dłoni. Przecież takie piękne! Wyrzeźbione w ludzkim ciele przez samego Boga. Telefonistka pilnowała ich jak oka w głowie, nigdy nie pozwalała ich dotknąć, nikomu. Nikt nigdy nie ściskał ich na powitanie. Odraza. Ubezpieczyła je na wysoką sumę w pewnej firmie, a gdy wybije jej ostatnia godzina i ciało zgodnie z ostatnią wolą zostanie spalone, to ogień ma oszczędzić te dłonie. Mają zostać zabalsamowane i wystawione gdzieś na widok publiczny. By każdy mógł podziwiać te organiczne dzieła sztuki.
Telefonistka napawała się tą wizją. Szła do domu niespiesznie,  a myśli jakże przyjemne odciągnęły uwagę od tego, co w tej sekundzie było najważniejsze i zaważyło na jej dalszych losach. Dłonie na aksamicie, za kryształem kuloodpornych szyb. Tłum ludzi wiwatujący na ich cześć. Płaczące wzruszeniem matki pokazujące je swoim dzieciom i drżenie serc nastolatek: ja też takie chcę! Całonocne gryzienie paznkoci w akcie desperackiej zazdrości. Wielogodzinne kolejki do gabinetów kosmetycznych i tylko jedno żądanie unoszące się w rozgrzanym od emocji powietrzu: też chcemy mieć takie dłonie! Jak ta telefonistka! Hip-hip! Hurra!
Telefonistka uśmiechała się do tych myśli. Chciała je przytulić do siebie z całych sił i ucałować w rumiane policzki! Ach, jakie wspaniałe! Ach, jakie cudne! Prawie jak jej dłonie! I weszła z tym uczuciem błogim na jezdnię, nie rozejrzała się, głupia. Wpadła wprost pod rozpędzonego tira. Ciało rozerwał jej na strzępy. Drobne, mięsne kawałeczki porozrzucane na całą szerokość asfaltu. Lecz cóż to ocalił ten metalowy potwór? Dłonie!
Trzy miesiące później wystawiono je na miejskim rynku. Na aksamicie, za kryształem szyb kuloodpornych. Stanął przed nimi męski głos ze złamaną nogą i damski głos ze złamanym, choć już nie tak bardzo, sercem. Patrzyli na palec zakończony w szpic niebieskim paznokciem w odcieniu rozgniewanego nieba. „Co za idiotyczny pomysł“  mruknął głos męski. „A moim zdaniem to wzruszające“ odparł głos damski. Spierali się o to jeszcze kilka razy w rozmowie telefonicznej. Tym razem guzik naciskał inny palec. Zupełnie zwyczajny, należący do zwyczajnych, nie mających dziwnych aspiracji, dłoni. 

piątek, 23 sierpnia 2013

PORZĄDEK RZECZY


Koniec końców wyszliśmy z tego cało. Jesteśmy na ostatniej prostej, chciałoby się powiedzieć. Chociaż łatwo nie było...
Najpierw byliśmy poganami, potem nas ochrzczono, podbito, zniewolono, wyzwolono, znowu wzięto do niewoli, zluteranizowano, uwolniono, uwłaszczono, a potem znowu upaństwowiono. Napadnięto, okupowano, wyzowlono, okupowano mniej jawnie, za to bardziej jawnie uciskając, zindoktrynowano, upaństwowiono, uwłaszczono i chyba to by już było na tyle. Z tego wszystkiego nikt z nas nic już nie wie na pewno. To, co obowiązuje w poniedziałek, zostaje wysłane do lamusa we wtorek. W środę na moment wraca stary porządek, ale stary względem czego? W czwartek regularnie dokonujemy przewrotu, a w piątek kontrewolucji. Sobota jest w miarę spokojna, bo niektórzy z nas obchodzą szabas. W niedzielę niby dzień odpoczynienia, jak nakazywał Pan, ale już zaczynamy coś tam sabotować od wczesnych godzin popołudniowych, po przecież w poniedziałek, jeśli tylko uda nam się ustalić, w którym momencie naszej historii obecnej jesteśmy, kto ma rację, kto nas uciska, lub wspiera, a komu bezwzględnie trzeba dać odpór, przystępujemy do działań rozpoczynający kolejny ciężki tydzień. Straty w ludziach są, wielkie rzeczy. Ale historia tego wymaga! Nasza bezwględnie.
Żeby było sprawiedliwie, każdy zmienia obóz raz na tydzień. Skład personalny każdego obozu też ulega ciągłej rotacji. Raz się tylko tak niefortunnie zdarzyło, że Maciejowa dwa tygodnie z rzędu była burżuazyjną reakcjonistką. Zastosowliśmy zwykłą w takich przypadkach procedurę postępowania, oddając ją w ręce pospólstwa. Akurat w jego rolę wcieliła się młodzież wykolejona z gminnego ośrodka poprawczego. Pospólstwo poddało Maciejową tradycyjnej chłoście, dwukrotnemu podtopieniu w przeręblu, a na koniec wygnało ją na trzy niedziele do lasu. Tam dokonał się, nad czym ubolewamy, ostateczny rozkład moralny Maciejowej.  Obywatelka ta już niemłoda i tuszą przypominająca ponton, współżyła bowiem z wszelkim stworzeniem leśnym, największych uciech doznając z guścem. O tym, że zwierz to lubieżny do cna wiedzieliśmy od jakiegoś czasu, inna jednak myśl frapowała nas dogłębnie: skąd gusiec w naszych stronach? Nieoczekiwanie z kłopotu wybawił nas Ksiądz Proboszcz Dobrodziej, w tym tygodniu zajmujący wysokie stanowisko w obozie przeciwnym do przeciwnego, zaangażowanym ideowo w obalanie samozwańczego przywódcy totalitarnego reżimu obozu opozycyjnego względem opozycji... Mniejsza o to. Gusiec, według ksiąg parafialnych, wziął się w prostej linni od swojego pra-pradziada (jakże odkrywcze!), który to przywędrował w nasze strony wraz z wojskiem napoleońskim. Według świadków tamtego przemarszu, pradziad gusiec kontent był, gdy zobaczył urocze wieśniaczki podczas robótek ręcznych i robót ziemnych. Dokonał jedoosobowej kolonizacji tych ziem, w niedługim czasie jednak, nie doczekawszys się potomstwa z tutejszymi białogłowami, sprowadził jednak przedstawicielkę swojego gatunku. Rad z tego nie był, ale wola przedłużenia gatunku wzięła górę. Tu nadmienić jeszcze wypada, kończąc ten dość rozpustny wątek i nieobyczajny, że w związku z chowem wsobnym guściów na naszych ziemiach, przybrały one dość wynaturzoną formą zarówno fizyczną jak i osobowościową. Nagminnie ulegają różnym maniom prześladowczym i zapadają na dokuczliwe choroby: a to szpotawa stopa, a to dychawica świszcząca. Jednak zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić. Życie przyjmujemy z dobrodziejstwem inwentarza.
Maciejowa odsiaduje teraz wyrok w kolonii karnej. Gusiec posyła jej paczki z lasu oraz tajną korespondencję. Ciągle nie wiemy, kto w jego imieniu wypisuje listy, bo przecież gusiec piśmienny nie jest, chociaż kto go tam wie? W każdym razie, gdy karę Maciejowa odbędzie, zostanie natychmiastowo wcielona, jak ustalił kolektyw podczas ostatniego posiedzenia,  do grupy piątej - bałwochwalczo czczącej Bóstwo Płodności i Urodzaju. Jej szeregi zostały dotkliwie zdziesiątkowane ostatnimi czasy,  bowiem jej najbardziej aktywni członkowie zostali poddani całopaleniu na stosach przy gminnych terenach rekreacyjnych. Były to działania czysto prewencyjne, nic osobistego. Wszyscy trzymamy kciuki, by kara Maciejowej została skrócona dzięki dobremu sprawowaniu, bowiem czas nas wszystkich policzony, jak się okazało zeszłej soboty.
Otóż koło naukowe inteligencji chłopskiej powołane tymczasowo na potrzeby symbolicznych szykan i pokazowych represji, z rozstrzeliwaniem włącznie, wykazało się inicjatywą własną i odkryło nadchodzący koniec świata. Wieści te zostały przyjęte z entuzjazmem, bowiem społeczność nasza już zmęczona nieustającą zawieruchą dziejową i na wieczny odpoczynek łasa.  Dokładnie za sześć zmierzchów i poranków uderzy w nas asteroida niebagatelnych rozmiarów, która zniszczy życie nie tylko w naszej gminie, ale na planecie w ogóle, pozostawiając niektóre spory nierozstrzygnięte, a stosunki do spraw różnych nieuregulowane. Jest tylko jeden szkopuł, który nieco psuje widoki na przyszłość. Jak trochę odsapniemy w niebycie, to najpewniej zejdzie z niebios na te zgliszcza poastroidalne jakiś Mesjasz zatracony. I zacznie się w kółko Macieju to samo. Burdel, zawierucha, nierząd i spółkowanie z guścem. 

środa, 21 sierpnia 2013

SPOTKANIE W OGRODZIE


Petunia, lat 88. Georgina, lat 85. Mają wspólną przeszłość, zainteresowania oraz skłonność do wykwitu plam wątrobowych tu i ówdzie.  Siedzą na ławce i popijają szampana z termosu po kawie. Tak sobie to wymyśliły, a spotykają się w każdy drugi czwartek miesiąca, o ile jest to parzysty dzień, o trzymastej piętnaście.
Rozprawiają i rozważają różne różności. A to czemu jednej sernik się nie udał, a to czemu burak taki marniuchny tego lata. A to wzrok już nie ten i wzrost niechybnie też. W końcu człowiek na starość maleje. Cały, bez wyjątku. Marzenia też mu maleją. Oraz pomysłowość. Chociaż nie. Wszak szampana popijają z termosu po kawie…
O czym to gawędzą dwie nie młode już białogłowy? O nowościach świata nowożytnego. Że te internety, autostrady, eurozłącza. Że powietrze jakby gorsze, morowe. Że koty się w lutym marcują. Taka heca.
Kiedy robi się chłodno w te co drugie, parzyste czwartkowo popołudniowe popołudnia, wyciągają pledy. Każda przynosi dla tej drugiej; swój własny nigdy tak nie ogrzeje jak cudzy. I siedzą tak, aż przychodzą zamykać ogród na noc. I cieszą się tym szampanem w termosie po kawie. Chichoczą, a potem jest długa przerwa. W niej oddychają i myślą, ile to jeszcze tych czwartków im pozostało. I są szcześliwe, że chyba jeszcze całkiem dużo.
Aż w końcu przychodzi nieunikniony czwartek bez tej drugiej. Bąbelki wystukują żałobnego marsza o ścianki termosu. W niedosłyszących uszach dzwoni cisza cichsza niż zazwyczaj. Ciepłe pomarszczone dłonie nie ściskają już tych drugich. Powietrze martwieje nie rozbite stareńkim chichotem. Z czego to śmiały się po raz ostatni? Że Franciszek już taki wiekiem nierozgarnięty, że nie odróżnia, która z nich kładzie mu się do łóżka. I tej jego starej, wysłużonej fujarki nadmuchać już niepodobna, choć nie wiadomo co by się z nią robiło. I że szkoda, że nie miały z nim dzieci. Byłyby rodzeństwem w połowie. To nic, że się trochę o tego Franciszka czasem kłóciły. Bo w końcu jaka to różnica, na które oko zezował? Jak różnica, którą kochał bardziej? Petunię czy Georginę. Jaka różnica... skoro nie ma z kim wypić szampana z termosu po kawie.