poniedziałek, 15 lipca 2013

TRWANIE


Meandrował. Zawsze z wielką precyzją omijając mój dom, mój próg, schody, podwórko. Nawet kury liliputy, które się przechadzały lilipucim krokiem lilipucich nóg. Parę szpaków też omijał, gniazdujących na skarlałej sośnie. Psa również. A trzeba wiedzieć, że psy do takiego omijania to się zupełnie nie nadają! Więc pies mój ma tęskne spojrzenie baseta, którym nie jest, nie był i nigdy nie będzie. I tym spojrzeniem basecim omiata nieśmiertelne podwórko i zerka za parkan w stronę zabudowań sąsiadów, których On nigdy nie omija, za to zawsze boleśnie doświadcza. Żal mi ich, gdy patrzę, jak się rodzą, żyją i umierają. A wystarczy, by zrobili jeden krok. Odnaleźli dziurę w płocie. I byliby po drugiej stronie… Pod piątką. 
I niby wszystko jest jak wszędzie, jak u innych. Słońce wschodzi na wschodzie, zachodzi po zachodniej stronie nieba. Dzień trwa w zimie krótko, latem nie chce się skończyć. Wszystko wszędzie rytmicznie pulsuje w takt odmierzanych sekund, minut, godzin, dni, miesięcy, lat, stuleci, er. U nas nie. Nas nic nie goni. Zegarek wyrwał sobie wskazówki z rozpaczy. Kalendarz zgrzyta zębami ze zgryzoty. Bezrobotny, bezcelowy.
A my? Nie mieliśmy go w ogóle. Nigdy. Ani trochę. A żyliśmy, jakbyśmy go mieli pod dostatkiem. Nigdy miał się nie skończyć, chociaż się zaczął. Znaliśmy słowo „początek“. Ale „końca“ nikt z nas nie pozna. Ja, liliputy, szpaki i pies.
Czas.
Bezczas.
Trwanie.  

3 komentarze:

  1. Nie wiem kto meandrował. On-człowiek czy on-zwierze.
    Spokój, beztroska. Czasem pewnie nuda.
    Własny mikrokosmos rządzi się swoimi prawami.

    OdpowiedzUsuń