wtorek, 23 lipca 2013

JA, ZOFIA.



Umberto Eco, miły i światły Włoch, rocznik 32, notuje na pudełku od zapałek. O czym to może świadczyć? A no o tym, że coś ważnego (w tym wypadku myśl) wcale nie musi być duże, ani długie. Czasem mądrość może zmieścić się na główce od szpilki. Jak diabeł. Takie i podobne rozważania odnajdują mnie zawsze przy zmywaniu. Dlatego lubię to robić i na szczęście mam go sporo.
Dziś na przykład podczas porannego zmywania po śniadaniu, a było tego dużo, bo mąż zażyczył sobie jajecznicę na boczku, smażoną kiełbasę, owsiankę, oraz zupę mleczną, która mi się przypaliła, towarzyszyła mi Wenus. Była nachalna. Piękne kobiety czasem tak mają. Nie chciała odejść. Nie dało się jej niczym przepędzić, ani przekupić. Myśli, że jak ma skórę białą jak mleko, włos lniany i kręcony, oraz alabastrowe lico, to jej wszystko wolno. Piękno w ogóle bywa bezczelne. Nie zna umiaru i granic przyzwoitości. Mogę się na ten temat wypowiadać z pewnym dystansem, ponieważ ja za piękność nigdy nie uchodziłam. Nawet w latach panieńskich. W naszym powiecie było kilka ślicznych dziewcząt. Nie ja. Niestety. Na drugie zawsze miałam Przeciętność. Nawet taka… Przeciętna Przeciętność.
Więc gdy z kranu leniwie lała się woda, a płyn pienił się jak morska piana – tak mi się wydaje, chociaż nigdy nie byłam nad Morzem - coś mnie zastanowiło. A co by było, gdyby Wenus, zamiast z morskiej pany, narodziła się z piany od zmywania? Przyszła na świat w zlewie, w detergencie… dajmy na to o zapachu mięty? Pewnie miałaby ręce jak moje. Wyszuszone, z głębokimi bruzdami. Jak miedza na naszym polu… Pewnie nie pisaliby o niej tylu pięknych słów. Pewnie w ogóle by o niej nie pisali.
Zmywanie po obiedzie wywołało melancholię. Z mężem nie możemy mieć dzieci. Trochę mi było przykro na początku, jak się dowiedziałam, ale teraz już nie jest. Zresztą wiek już nie ten. Mamy za to perliczki. Nie mówię, że perliczki są w czymś lepsze od dzieci… A może są? Nigdy nie będę miała możliwości porównania. I… to mnie chyba najbardziej boli w tym, że nie mogę mieć dzieci. Nigdy nie dowiodę wyższości perliczki nad potomkiem rodzaju ludzkiego… Teraz to do mnie dotarło. I nie powiem… trochę zasmuciło.
Chodzę karmić te nasze perliczki dwa razy dziennie. Zabieram wtedy ze sobą jakąś ciekawą książkę. Obecnie czytam książkę jakiegoś filozofa, co umarł. Całkiem niedawno mu się zmarło. Nie pamiętam tytułu… Poszłabym sprawdzić, ale mam mokre ręce. Nie chcę zniszczyć książki. Nie jest moja, jest z biblioteki. Szkoda. To ciekawe, że czasem trzeba umrzeć, żeby się ktoś nami zainteresował. Tak jak ja tym zmarłym filozofem. Gdyby żył, to pewnie bym nie wiedziała o jego istnieniu… Taka myśl nawiedziła mnie jak duch o północy, podczas zmywania po podwieczorku…
Przy zmywaniu wieczornym, po kolacji, pomyślałam zgoła o czym innym. I ogarnął mnie żal. Otulił szczelnie jak pled w jesienny wieczór. W domu było nas siedmioro rodzeństwa. Ja byłam środkowa. Do szkoły chodziłam krótko, chociaż na szczęście na tyle długo, że poznałam alfabet. Codziennie dziękuję za to Pani Bozi, że go poznałam. Te wszystkie literki. Jedna po drugiej. Dzięki niemu wiem, o czym piszą Platon, Kant, Wolter i ten… co to go nie pamiętam. I Bacon, i Demokryt, i Konfucjusz. To jest wspaniałe. Ciekawe skąd oni brali te wszystkie świetne myśli. Jak trafiały im do głowy? Bo chyba raczej nie przy zmywaniu. Na pewno nie zmywali, a już na pewno nie tyle, co ja, Zofia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz