wtorek, 9 lipca 2013

BEZ SENTYMENTU


Miłego pobytu na wycieraczce!
Powiedziałam do męża i do butów. Właściwie ich już nie odróżniam. I on i one przechodzone.
Gdy humor mi nie dopisuje, lub odpisuje na na składane na piśmie prośby i groźby, by raczył powrócić, gdzie jego miejsce, wtedy robi się niebezpiecznie. Lepiej nie wchodzić mi w drogę nieroztropnym ruchem, choćby gestem. Dlatego właśnie warknęłam w kierunku męża i obuwia. Nie raz. Bo każdy powinien wiedzieć, gdzie jest jego miejsce. Ktoś może sobie pomyśleć, w pierwszym odruchu być może słusznym, lecz w gruncie rzeczy samobójczym, że to niesprawiedliwe tak wyładowywać swoje złe nastroju na Bogu ducha winnych ludziach czy przedmiotach. W porządku, niech się odezwie ktoś, kto nigdy w życiu tego nie zrobił! Chociaż raz! Choć pół razu. Kto być może tego nie wyartykuował, ale zgrzeszył w ten sposób choćby myślą! No? Co jest? Cisza. Wiedziałam. Więc tej ciszy się trzymajmy. Ja mówię.
Mąż mnie wnerwia, buty też. Uwierają mnie. I mąż, i buty. Choć mają już swoje lata i powinni być rozchodzeni. Idealnie przylegać do stóp.  Więc wiek: mąż liczy sobie blisko czterdzieści osiem wiosen, buty zaledwie cztery. Ale podobno wiek butów, zupełnie tak samo jak wiek psów, liczy się razy ileś tam. Chyba dziewięć w przypadku butów. Więc cztery razy dziewięć. Niech każdy sobie policzy, ile mu wychodzi, a potem zapłacze nad losem moich biednych stóp. Kto to widział obuwać je w takie starocie?!
Mąż nie raz nadepnął mi na odcisk – ukąszenie wiekowych butów. Podejrzewam, że są w zmowie. Trudo roztrzygnąć, która z tych kreatur wykazuje się większą bezlitością. Buty dzięki mnie zwiedziły właściwie całe województwo, mąż też. Każdy powiat, gminę, sołectwo. Pokazałam im świat. No dobrze, może tylko fragment, ale kto wie? Może to ten właśnie najważniejszy?
Pastuję te buty, noszę do szewca regularnie, a gdy przemokną, suszę na piecu. O męża też dbam. Zrobię mu herbaty, gdy akurat złość mnie na niego nie bierze, lub też nawet strawy duchowej uwarzę, czytając mu do poduszki. Ciekawe, że ta poduszka wykazuje większe zainteresowanie lekturą. Mąż mniej, zero właściwie. Poduszka to jasiek i pewnie to jej ludzkie oblicze pod postacią imienia tłumaczy nieco tę dziwną, jak na poduszkę, skłonność. Ciekawe, że mąż to też Jasiek i jakoś tej skłonności zupełnie nie wykazuje. To po cholerę jak mu czytam?!
Spróbowałam zatem poczytać butom. Nic. Nawet nie zmarszczyły nosków, nie wystawiły języków. Oblicze miały równie niewzruszone, lub tępe po prostu,  nazywając rzeczy po imieniu, jak oblicze mojego Jaśka, męża. Więc aż tyle ich łączy... o zgrozo. Mąż równa się stare buty, stare buty równa się mąż. Dlatego niech to nikogo nie zdziwi. Pozbywam się ich bez sentymentu. On i one wylądują jutro na śmietniku. Tymczasem przed nimi ostatnia noc.
Miłego pobytu na wycieraczce! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz