środa, 5 czerwca 2013

W NIENAZWANYM


Miejsce jak miejsce. Nic szczególnego. Niebo ociekało krwią zachodzącego słońca. Wykrwawiało się tak co dwadzieścia cztery godziny. Potem cudowne zmartwychwstanie. Nic wielkiego. Nocą gwiazdy dziurawiły niebo jak pociski karabinu. Bezgłośnie, bezładnie. Tylko ludzie doszukiwali się w tym jakiegoś porządku, czując odwieczną odrazę do chaosu, bajzlu, bezładu.
Nazywali te dziury po pociskach romantycznie lub zwyczajnie, bo nazwane to oswojone, nasze, swojskie, po sąsiedzku. Nazywali wszystko, co zobaczyli. Rośliny, zwierzęta, rzeczy martwe i żywe. Ich zachłanność w tym względzie nie znała granic. W innym też. Nazywali humory, niedole, perspektywy. Zawłaszczyli wszystkie cztery horyzonty. Piekło, niebo i żywioły. Czego nie zdołali nazwać, lub nazwać się nie dało, strącili w przepaść niepamięci na wieczne nienazwanie. Tacy byli. Aż przyszedł dzień, kiedy wszystko zaczęli zapominać. Że drzewo to drzewo, a hamak to hamak. Najpierw wszystko im się pomyliło. Szczoteczki do zębów z odkurzaczami, a samochód z krową. Na początku to było zabawne, potem mniej. I tak przestali nazywać cokolwiek i nic już ich nie obchodziło. Patrzyli na niebo ociekające krwią zachodzącego słońca, i gwiazdy, i chmury, i horyzonty. I tylko uśmiechali się do siebie w niemym zachwycie. Jakie to proste, wystarczy wszystko zapomnieć, żeby nie pamiętać. I żyć. I być. W nienazwanym sobie beztrosko… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz