środa, 26 czerwca 2013

NIE O TYM


Akcja rozgrywa się tu i teraz. Za świadków mam oczy i uszy. Po dwie pary. Bliźniaki. Intuicję oraz nos. Którym czuję różne rzeczy. Najcześciej to gotowaną kapustę, której zapach wtacza się torami zgrzybiałej wentylacji punktualnie o trzynastej, dnia pierwszego, trzeciego i szóstego każdego tygodnia. Zgodnie z rozkładem jazdy. I na nic otwieranie okna. Przeciąg go nie przeciągnie na drugą stronę parapetu. Uparciuch.
Ale nie o tym.
Więc codziennie jestem świadkiem swojego życia. Stoję w samym centrum wydarzeń. Dokładnie to w naszej kamienicy, na drugim piętrze, a najdokładniej to w przedpokoju, na dywanie. Kiedyś był ładny, teraz to tylko wspomnienie pachnące kurzem. A dywan jest z wełny. Ani ładnej, ani brzydkiej. Takiej zwyczajnej zwyczajnością zwykłych przedmiotów martwych. Nieożywionych.
Ale nie to.
Bez wątpienia nasza kamienica żyje swoim życiem. Niepożyczonym. Osobistym. Czy niepowtarzalnym? Tego nikt z nas, mieszkańców, nie sprawdził. Dzięki temu przekonanie o naszej absolutnej wyjątkowości zapuściło w nas solidne i mocne korzenie. Jesteśmy jedyni w swoim rodzaju. Jak wszyscy inni. A ja mam na imię… albo nie. To imię tak naprawdę niczego we mnie nie nazywa.
Nie to!
Mieszkam tu już wystarczająco długo, żeby się zorientować, kto kim jest. Tak naprawdę. Na przykład ta miła staruszka spod szóstki… Pani Janina. Geranium na oknie, cztery kocury, niewielka renta i dorosłe dzieci, które nigdy jej nie odwiedzają. Pani Janina uśmiecha się ciepło do wszelkiego stworzenia. Nosi nylonowe fartuszki w zabawne wzorki. W niedzielę gotuje rosół, we wtorki pomidorową. Rozwiązuje krzyżówki i modli się zawsze przed snem. Żeby Pan Bóg, który ma do niej słabość, nie gniewał się na nią zbytnio. To prawda. Pozbyła się męża w pewien jesienny wieczór, gdy wszyscy byli zajęci sobą. Nikt tego nie zauważył. Nikt nie wie, że najpiękniejsze róże na naszym podwórku karmią się panem Marianem. Od lat dwunastu z okładem.
Ale ja przecież nie o tym.
Tak naprawdę to chciałam tylko zapytać, czy ktoś ma może dychę do pożyczenia. Na tydzień lub dłużej...

wtorek, 18 czerwca 2013

STAROMODNE PRZYZWYCZAJENIA


Napisałam list. Wsadziłam do butelki. Zakorkowałam. Wyrzuciłam za burtę domu. Pech chciał, że wpadł do kałuży. Butelka się potłukła, list cały się pomoczył, atrament spłynął po rozmiękłym papierze. A w liście było wszystko:
Że mam sto sześćdziesiąt trzy centymetry wzrostu, że trochę schudłam ostatnio, że lubię kolor fioletowy i te śmieszne czapki z piórami, które noszą górnicy na Barbórkę…
Liczyłam na to, że go znajdziesz. Mój list. Znaczy butelkę. Odkorkujesz ją, przeczytasz list, zrozumiesz, zapukasz do moich drzwi. Ja ci otworzę. Kupiłam już nawet sukienkę na tę okazję. Ładną. Fioletową. W kratkę. I mam też kolczyki. Więc ci otworzę w tych kolczykach i sukience, a w domu będzie pachniało ciastem, które specjalnie na tę okazję upiekę. Może być mazurek? Lubisz? A ty się uśmiechniesz, powiesz, że ładnie wyglądam i ładnie pachnie. W domu. I że mazurek to twój ulubiony. A potem pooglądamy telewizję, posłuchamy radia, powiem Ci, że cię kocham, ty się ucieszysz i weźmiemy ślub. Głupi… Pewnie, że nie tego samego dnia. Tak się nie da. Słyszałam, że w naszym urzędzie są kolejki. Trzeba czekać. Chyba, że chcesz kościelny. Potem mielibyśmy dzieci. Chłopca i dziewczynkę. Ty byś nam kupił psa. Jeździlibyśmy na wakacje do Mielna. Albo na przykład nad jeziora? Za granicę to ja się trochę boję. Tam mówią w innych językach i mają inne pieniądze… Ale gdybyś bardzo chciał, to ja bym się przemogła. Potem byśmy sobie spacerowali w jesieni naszego życia. Ja bym karmiła kaczki w parku, w stawie, a ty byś czytał gazetę na ławce. I byś się denerwował, że znowu taka drożyzna. A potem byśmy już sobie umarli. Razem. Tego samego dnia. Trzymając się za pomarszczone ręce. A potem poszlibyśmy do nieba. A potem nie byłoby już nic.

Ale list rozmiękł, papier rozszedł mi się w dłoniach, jak przeżarty przez mole wełniany sweter… Ty idziesz właśnie do domu pod rękę z tą blondynką. Ładna jest. Wysoka. Ale nie potrafi piec takich mazurków jak ja. No i odejdzie za trzy lata z tym Rafałem czy jak mu tam, a ty skoczysz do rzeki i utoniesz. A wszystko dlatego, że wysłałam do Ciebie list w butelce. W dobie internetu i szybkich pociągów…

czwartek, 13 czerwca 2013

PRZYPADŁOŚĆ


Zaczęło się zupełnie niewinnie. Najpierw przestałem lubić ulubioną pomidorową. Potem żonę. Patrzeć już na nią nie mogłem. Rozwód był szybki i bezbolesny. Powiedziałem, że to moja wina i tylko moja. Już żony nie lubię i basta. Nie jej wina. A może i jej? Kto to wie…
Potem irytowały mnie dzieciaki. Owszem, alimenty będę płacił, ale widywać to już ich nie chcę. Nie potrzebuję, nie mam przyjemności. No, nie lubię zwyczajnie gadziny. Nie.
Kiedy odrzuciło mnie od piwa i golonki zacząłem się zastanawiać. Ale nie tak zwyczajnie rozmyślać, tylko tak refleksyjnie. Inaczej. Miarka się przebrała, gdy ze wstrętem wyłączyłem telewizor podczas transmisji meczu piłki nożnej na szczeblu międzynarodowym. Co jest?! Dlaczego już tej gry nie lubię?! To niepodobieństwo! Wdziałem palto i kalosze, a może na odwrót?, i wyszedłem. Jestem chory. Jestem chory i to bardzo, bez dwóch zdań. Obłożnie. Oświadczyłem doktorowi. Niech pan odkryje co mi jest i leczy tę francę! Wezmę, co będzie trzeba. Czopki, pastylki, kroplówki! Nawet dam się zoperować, niech stracę. Pomidorówki i żony to mi tak nie żal. Dzieciaki też już duże, ale ta piłka… Piłki mi żal! Ogromnie!
Doktor opukał, osłuchał i orzekł. (Lekarze w ogóle są biegli we wszelkich sytuacjach na „o“.) Zgaga albo melancholia! Ale jeszcze zrobimy rentgen płuc i lewatywę dla pewności. Dobrze, proszę, pan tu rządzi. Po lewatywie nic się nie zmieniło. Ale rentgen wszystko wyjaśnił. Dobrze wymyślili ten rentgen. Znaczy Rentgen wymyślił. Znaczy Marian Güntner Rentgen dokładnie. Poczciwy chłop z tego Mariana. Szkoda, że go ruskie zabili.
Teraz już wiem, czemu nie lubię żony, i pomidorówki, i dzieci. O nieodżałowanej piłce nożnej i golonce nie wspominając. Na rentgenie to widać dokładnie. Serce mam. Z kamienia… 

środa, 5 czerwca 2013

W NIENAZWANYM


Miejsce jak miejsce. Nic szczególnego. Niebo ociekało krwią zachodzącego słońca. Wykrwawiało się tak co dwadzieścia cztery godziny. Potem cudowne zmartwychwstanie. Nic wielkiego. Nocą gwiazdy dziurawiły niebo jak pociski karabinu. Bezgłośnie, bezładnie. Tylko ludzie doszukiwali się w tym jakiegoś porządku, czując odwieczną odrazę do chaosu, bajzlu, bezładu.
Nazywali te dziury po pociskach romantycznie lub zwyczajnie, bo nazwane to oswojone, nasze, swojskie, po sąsiedzku. Nazywali wszystko, co zobaczyli. Rośliny, zwierzęta, rzeczy martwe i żywe. Ich zachłanność w tym względzie nie znała granic. W innym też. Nazywali humory, niedole, perspektywy. Zawłaszczyli wszystkie cztery horyzonty. Piekło, niebo i żywioły. Czego nie zdołali nazwać, lub nazwać się nie dało, strącili w przepaść niepamięci na wieczne nienazwanie. Tacy byli. Aż przyszedł dzień, kiedy wszystko zaczęli zapominać. Że drzewo to drzewo, a hamak to hamak. Najpierw wszystko im się pomyliło. Szczoteczki do zębów z odkurzaczami, a samochód z krową. Na początku to było zabawne, potem mniej. I tak przestali nazywać cokolwiek i nic już ich nie obchodziło. Patrzyli na niebo ociekające krwią zachodzącego słońca, i gwiazdy, i chmury, i horyzonty. I tylko uśmiechali się do siebie w niemym zachwycie. Jakie to proste, wystarczy wszystko zapomnieć, żeby nie pamiętać. I żyć. I być. W nienazwanym sobie beztrosko… 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

MYŚLI


Jestem szewcem i mam pasję, niech pani sobie wyobrazi... 
Zaczął skromnie o sobie. W pierwszej osobie.
W życiu niewiele mnie nęci. Zbieram buty. Takie kopniaki od życia, prosto w pośladki. Kość ogonowa mi się od tego wykrzywiła. I morale też. Jaka to pasja? Nie wyszukana, zwykła, właściwie zupełnie nieciekawa dla kogoś, takiego jak pani.
A co on może o mnie wiedzieć?
Na ludziach to ja się słabo znam. O ich nogach to mogę już więcej powiedzieć. Każda z nich ma swoje sekretne życie. Tajemnice. Nie? Nie wierzy mi pani? I dobrze. Bo żartowałem... 
Dziwak. Szybka i bezbolesna diagnoza.
Wiem, co ludzie mówią. Pije jak szewc. A właściwie czemu? Ja nie piję. Wątroba mi nie pozwala. Od dziecka złośliwa taka, chora. Więc to głupie przysłowie, nie sądzi pani? A w ogóle to z czym pani do mnie przychodzi? Podzelować? Dziurę załatać? Fleczek nowy wstawić? No bo chyba nie buciki na obstalunek...
W oczach zamajaczyła nadzieja. Ręką zadrżała. Widać, co kochał ten człowiek. Buty robić.
Buty? Nie, dzieci! Zarechotał.
W myślach przeczytał?
Tak, proszę pani szanownej, a przeczytał. Zdziwiona pani, jak widzę. Strach obleciał? A czemu? Myśli swoich się pani wstydzi? Boi? A co ja w nich mogę zobaczyć takiego? Już tyle widziałem...
Zdziwiłby się pan. Wreszcie postanowiłam się odezwać.
Eeee, mnie już w życiu nic nie zdziwi.
Założymy się?
A założymy...
Patrzył na mnie hardo, więc pomyślałam mu prosto w twarz. A on stał i te myśli czytał. I niknął w oczach. Zapadał się w sobie. I coraz mniej go było, jakby go te moje myśli zżerały. Już po chwili po szewcu nie było śladu. Ani po jego pasji nieciekawej. Zgubna umiejętność czytania w cudzych myślach też bezpowrotnie przepadła. O czym pomyślałam? Już nie pamiętam, ale teraz myślę sobie, że zapowiada się piękne popołudnie. I wieczór. Spędzę go bezmyślnie.