czwartek, 30 maja 2013

ONE



Miała doskonale wyregulowane brwi. W przeciwieństwie do rachunków, stosunków małżeńskich i międzyludzkich.
Dlatego spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Ewidentnie stawiała na to, co widoczne dla oka.
- Zdradzam męża, którego mam. – powiedziała prosto z mostu, co zabrzmiało jak propozycja.
-A ja zdradzam żonę, której nie mam. Tak jest przynajmniej sprawiedliwie.
Popatrzyła na mnie niespecjalnie zaskoczona.
-Lubi pan być oryginalny.
-Wcale. Za to pani codziennie wkłada dużo energii w to, co teraz tu siedzi mi przed nosem.
 Nie było w tym cienia złośliwości z mojej strony. 
-To chyba dobrze, prawda?
-Jeśli pani z tym dobrze, to dobrze.
Patrzyła na mnie przez moment, nie powiem, poirytowana. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Drażniło ją to. Mnie drażnił zapach jej perfum. Trochę.
-Czego pan ode mnie chce?
-A co pani by chciała, żebym chciał?
-Pan jest niedorzeczny.
-To pani jest niezdecydowana. Chce pani czegoś ode mnie, ale bardziej chce, żebym to ja chciał. A ja chcę tylko wiedzieć, czego mam chcieć. Czego pani chce, żebym chciał.
Obdarzyłem ją najbardziej uwodzicielskim uśmiechem, na jaki było mnie stać. Gdyby w tej chwili zależało od niego moje życie, natychmiast padłbym trupem. Ciągle ta nieporadność. Chociaż się staram. Ona, w niemej odpowiedzi, nieznacznie podniosła prawy kącik ust. Nie znaczyło to nic. Niepotrzebny gest. Gdybym nie był sobą, a kimś innym, kimś z niegasnącą nadzieją w sercu, pewnie widziałbym w tym zapowiedź czegoś. A tak przynajmniej nie mam złudzeń.
-Ile nam jeszcze zostało?  Czasu.
Nawet na mnie nie popatrzyła, jakby zupełnie nie była ciekawa odpowiedzi. Miesiąc czy sekunda. Co za różnica.
-Cztery minuty.
-Co będzie dalej?
Znów jej wzrok ominął mnie skrupulatnie.
-Nie wiem. Będziemy żyć, a potem umrzemy. W ogóle to chciałem pani powiedzieć, że drażnią mnie pani perfumy. Ale tylko trochę. Nie myślała pani, żeby zmienić zapach?
Teraz skierowała wzrok w moją stronę. Wycelowała jak karabin.
-Pan naprawdę jest niedorzeczny.
Nabrała powietrza, rozchyliła usta, by powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie nasz pociąg zatrzymał się na stacji „zmiana miejsc“. Oczekiwana.
Nasz motorniczy, prowadzący ten żałosny wieczorek dla samotnych, wypuścił w eter, znudzone jak on sam, słowa: „Zmiana. Proszę zmienić stolik.“
Wstała. Zabrała swoją torebkę i usiadła przy stoliku obok. Nawet na mnie nie popatrzyła. Przy moim rozsiadła się inna Ona. Spojrzałem na nią.
Miała doskonale wyregulowane brwi. W przeciwieństwie do rachunków, stosunków małżeńskich i międzyludzkich.


2 komentarze:

  1. Nie zrozumiałam tej zmiany miejsc. Do głowy przyszło mi tylko jedno : że był to wieczór w ten sposób zaplanowany.

    Bardzo lekki styl pisania. Płynny. Treść zakrapiana specyficznym poczuciem ironicznego humoru. Gdyby był to fragment Twojej książki - kupiłabym ją. Szczerze.

    Myślę, że będę tu częściej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mi miło, dziękuję i serdecznie zapraszam!

    OdpowiedzUsuń