piątek, 31 maja 2013

POŁOWA


Brak mi boskich atrybutów. Nie jestem nawet w trzech osobach. Co ja mówię… nawet dwóch we mnie próżno szukać! Jedną nie jestem… zaledwie połówką. Połówką osoby. A mimo to – żyję.
Na śniadanie zjadam tylko pół śniadania. Obiadu też wystarcza mi połowa. O kolacji nie mówię, celowo, gdyż jej nie zjadam. W połowie. Ale, niestety. Pół butelki mi nie wystarcza. Piję za dwóch. Znaczy, za całego, którym nie jestem.
Jak to się stało? Że jestem tylko połówką osoby? Matka urodziła mnie w całości. Dziesięć punktów dostałem, nie połowę. I szkoły skończyłem. Od początku do końca. Całe. I rodzinę całą szczęśliwie miałem. Dopóki nie rozbiłem. Na połowy. Dwie. Moja okazała się mniejsza…
Dokładnie to nie pamiętam, kiedy to się stało. Jaki to mógł być dzień? Pewnie środa… Środek tygodnia. Połowa. Miesiąc? Pewnie czerwiec. W połowie roku. A dzień…? Jakoś piętnasty pewnie… w połowie.
Teraz już wiem. Tak. To było dokładnie w połowie dnia. Wtedy zostałem rozpołowiony. Nie bolało prawie nic. Właściwie to nawet się nie zorientowałem. Rzut oka w lustro, a tam już tylko połowa odbicia niedawnej całości.

Więc jestem zaledwie połową. W połowie życia. Połową człowieczeństwa wypełniony. I choć nie żyję pełnią życia, żyję tylko w połowie, to jest coś w tym dobrego: umrę też tylko w połowie…
Miał rację, gdy pisał: non omnis moriar. 

czwartek, 30 maja 2013

ONE



Miała doskonale wyregulowane brwi. W przeciwieństwie do rachunków, stosunków małżeńskich i międzyludzkich.
Dlatego spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Ewidentnie stawiała na to, co widoczne dla oka.
- Zdradzam męża, którego mam. – powiedziała prosto z mostu, co zabrzmiało jak propozycja.
-A ja zdradzam żonę, której nie mam. Tak jest przynajmniej sprawiedliwie.
Popatrzyła na mnie niespecjalnie zaskoczona.
-Lubi pan być oryginalny.
-Wcale. Za to pani codziennie wkłada dużo energii w to, co teraz tu siedzi mi przed nosem.
 Nie było w tym cienia złośliwości z mojej strony. 
-To chyba dobrze, prawda?
-Jeśli pani z tym dobrze, to dobrze.
Patrzyła na mnie przez moment, nie powiem, poirytowana. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Drażniło ją to. Mnie drażnił zapach jej perfum. Trochę.
-Czego pan ode mnie chce?
-A co pani by chciała, żebym chciał?
-Pan jest niedorzeczny.
-To pani jest niezdecydowana. Chce pani czegoś ode mnie, ale bardziej chce, żebym to ja chciał. A ja chcę tylko wiedzieć, czego mam chcieć. Czego pani chce, żebym chciał.
Obdarzyłem ją najbardziej uwodzicielskim uśmiechem, na jaki było mnie stać. Gdyby w tej chwili zależało od niego moje życie, natychmiast padłbym trupem. Ciągle ta nieporadność. Chociaż się staram. Ona, w niemej odpowiedzi, nieznacznie podniosła prawy kącik ust. Nie znaczyło to nic. Niepotrzebny gest. Gdybym nie był sobą, a kimś innym, kimś z niegasnącą nadzieją w sercu, pewnie widziałbym w tym zapowiedź czegoś. A tak przynajmniej nie mam złudzeń.
-Ile nam jeszcze zostało?  Czasu.
Nawet na mnie nie popatrzyła, jakby zupełnie nie była ciekawa odpowiedzi. Miesiąc czy sekunda. Co za różnica.
-Cztery minuty.
-Co będzie dalej?
Znów jej wzrok ominął mnie skrupulatnie.
-Nie wiem. Będziemy żyć, a potem umrzemy. W ogóle to chciałem pani powiedzieć, że drażnią mnie pani perfumy. Ale tylko trochę. Nie myślała pani, żeby zmienić zapach?
Teraz skierowała wzrok w moją stronę. Wycelowała jak karabin.
-Pan naprawdę jest niedorzeczny.
Nabrała powietrza, rozchyliła usta, by powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie nasz pociąg zatrzymał się na stacji „zmiana miejsc“. Oczekiwana.
Nasz motorniczy, prowadzący ten żałosny wieczorek dla samotnych, wypuścił w eter, znudzone jak on sam, słowa: „Zmiana. Proszę zmienić stolik.“
Wstała. Zabrała swoją torebkę i usiadła przy stoliku obok. Nawet na mnie nie popatrzyła. Przy moim rozsiadła się inna Ona. Spojrzałem na nią.
Miała doskonale wyregulowane brwi. W przeciwieństwie do rachunków, stosunków małżeńskich i międzyludzkich.


sobota, 25 maja 2013

GROCHOWA


Nad jego głową zbierały się czarne chmury. Zawsze. Punktualnie o godzinie szesnastej dwanaście. Wtedy wychodził z pracy do domu. Do domu: miejsca kaźni i upokorzeń. Porzucał kochane biureczko, krzesełeczko, cyfereczki, liczydełko i wychodził z pokoiku. Korytarzem do widny dokładnie piętnaście kroków. Potem osiemnaście pięter w dół, i gdy winda ogłaszała dobicie do wieku dojrzałości, on wychodził na spotkanie parteru, z którym pożegnał się dokładnie osiem godzin i dwanaście minut temu. Teraz szybko na przystanek. Tramwajem numer dwanaście prosto pod dom. Dom, w którym czekała jego żona.
Przygotowywał się do tego dnia bardzo długo. Ułożył sobie wszystko w głowie. Co jej powie, jak się zachowa. Będzie stanowczy. Nie wzruszą go jej łzy. Będzie odporny na prośby, groźby i błagania. Ten rozdział właśnie się kończy. Musi w końcu paść to ostatnie zdanie. I to on, do stu tysięcy beczek solonych śledzi, je wreszcie wypowie. Jego będzie na wierzchu. Pierwszy i ostatni raz w tym ich marniuchnym byciu razem.
Więc wszedł do domu, założył pantofle, odłożył aktówkę. Usiadł w fotelu i rzekł:
-Aldono, nadszedł moment, w którym postanowiłem ci zakomunikować, że odchodzę. Nasze wspólne źródło, z którego przez tyle lat czerpaliśmy, wyschło. Zamęczasz mnie na śmierć. Nudzisz mnie i odstręczasz wiecznym marudzeniem. A twoje papiloty doprowadzają mnie do obłędu niemalże. Wiem, że będziesz chciała mnie zatrzymać, ale ja się nie dam. Postanowiłem – odchodzę.
Po tych słowach nastąpiła cisza absolutna. Aldona zamrugała powiekami kilka razy, a w powietrzu dał się odczuć trzepot jej zbyt mocno wytuszowanych rzęs. Jak szelest ptasich skrzydeł. Potem… ziewnęła kilka razy i rzekła.
-Bogusławie, a idź sobie w cholerę, skoro masz chęć.
Po czym wyszła, szurając kapciami. Bo grochowa jej się zaczęła przypalać. Wróciła jednak za moment. Pewnie przywiódł ją nagły poryw żalu w sercu – pomyślał Bogusław.
-A skoro ju odchodzisz, Bogusławie, to wyrzuć po drodze śmieci z łaski swojej…
To mówiąc, wręczyła mu worek. Pełen jego wyrzutów sumienia.

Tego dnia grochowa smakowała mu jak nigdy.